www.reconnet.pl Strona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy  Statystyki  Rejestracja  Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Poza systemem
Autor Wiadomość
zdybi 


Pomógł: 2 razy
Wiek: 38
Dołączył: 01 Lut 2009
Posty: 435
Skąd: zachpom
Wysłany: 2011-06-15, 19:07   

Bardzo ciekawie się czyta :-) Liczę na to, że "akcja się rozwinie". Myślę, iż fajnie było by "wyjąć" w opowieści niektóre zwykłe sprawy życia codziennego np, obserwacje przyrody, czynności życia codziennego (w końcu nie da ich się uniknąć żyjąc na odludziu). Jednak to tylko moja luźna propozycja ;-) Ale i tak jest super! Pozdrawiam.
_________________
http://lukaszzdyb.blogspot.com
http://mybushcraft.blogspot.com
"Bo życie przecież po to jest,żeby pożyć"
 
 
     
Hillwalker 


Pomógł: 7 razy
Wiek: 43
Dołączył: 03 Wrz 2009
Posty: 270
Skąd: Dąbrowa Górnicza
Wysłany: 2011-06-15, 22:02   

zdybi napisał/a:
Myślę, iż fajnie było by "wyjąć" w opowieści niektóre zwykłe sprawy życia codziennego np, obserwacje przyrody

Dzięki za radę, problem w tym, że nie jestem w stanie o przyrodzie pisać na poziomie Zdybiego :) Trzeba by trochę doczytać i więcej pochodzić po lesie.

[ Dodano: 2011-06-18, 19:09 ]
POZA SYSTEMEM część 4



Lampa naftowa sprawiała, że wieczory w domku były przytulne, choć dość mroczne. Lubiłem ten moment, kiedy po intensywnym spacerze po okolicznych polach wracam do ciepłego wnętrza, przygotowuję półlitrową herbatę i zasiadam przy stole, w głównym pomieszczeniu, kładąc przed sobą książkę. Przysuwam lampkę i zagłębiam się w lekturze. Mam jasny umysł, odświeżony wędrówką, panuje cisza, wiem że nikt mi nie przeszkodzi. Zawsze lubiłem czytać, ale w tych warunkach sprawia to jeszcze większą radość.

Miałem w zestawie lektur kilka książek podróżniczych. W grudniowe wieczory zacząłem czytać o zmaganiach samotnych podróżników, przemierzających ogromne odległości. Marek Kamiński przekonująco pisał o wyprawach na oba bieguny, druga książka opisywała ambitny rejs dookoła świata Francisa Chichestera, który na niewielkiej jednostce dokonał owego wyczynu mając 65 lat. Dziadek starszy ode mnie. Nigdy nie jest za późno na przygodę.

Czytałem te książki na zmianę, jednego dnia fragment Chichestera, drugiego dnia zmagania Kamińskiego. W pewnym momencie olśniło mnie, że wyzwania obu panów, choć pozornie tak odmienne, łączy jednak więcej, niż można na początku przypuszczać. Mam na myśli warunki, a jeszcze konkretniej, pewną monotonię.

Chichester płynie po oceanie, przez szereg dni widząc wokół siebie bezmiar wód. Jedynym namacalnym światem jest dla niego ograniczona przestrzeń jachtu, pewna skończona liczba przedmiotów, wyposażenia. Ktoś podatny na nudę nie wytrzymałby tego zbyt długo. W przypadku Marka Kamińskiego ta izolacja jest nawet jeszcze bardziej dotkliwa. Widzi biel, wszędzie. Przy gorszej pogodzie brnie przed siebie, nie widząc dalej niż na parę metrów, jakby zawieszony w zaświatach, poza naszą cywilizacją. Trud wędrówki, przygotowanie obozu, posiłku, sen. Śpiwór, jedyne miejsce, gdzie może przez kilka godzin na dobę poczuć ciepło. Rankiem zwinięcie obozu i dalsza droga. Kilometry mijają tak powoli. Jest dużo czasu na rozmyślanie. Ciało pracuje, nogi niosą ku obranemu celowi, a umysł podąża swoimi ścieżkami, docierając dalej niż u mieszkańca miasta, gorączkowo i pośpiesznie przeżywającego kolejny dzień bez chwili na refleksję.

Czytając o ich przygodach, czułem się mniej samotny. Ci ludzie, nie bojący się podejmować takich wyzwań, stali mi się bliscy. Moja decyzja o półrocznym odosobnieniu wydawała się na początku dziwna, żeby nie powiedzieć wariacka, ale na tle ich przygód nie robiła już takiego wrażenia. Nie wymagała ani nieprzeciętnej kondycji ani też nie wiązała się z jakimś realnym zagrożeniem. Po prostu odsunąłem się od spraw, które zajmują ludziom mnóstwo czasu.

Spośród zabranych książek tylko w jednej mogłem znaleźć poezję. Był to stary podręcznik do literatury, poświęcony okresowi Młodej Polski. Nie jestem wielbicielem czytania wierszy, prawdę mówiąc to nie sięgam po tomiki poetów, ani współczesnych, ani dawnych. Tymczasem, ku własnemu zaskoczeniu, spokojne czytanie fragmentów tego podręcznika dawało mi naprawdę dużą przyjemność.

Kiedy pogoda nie dopisywała, czytałem: O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny/ I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny/ Dżdżu krople padają i tłuką w me okno.../ Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną.

W krainę gór przenosiły mnie słowa: Taki tam spokój... na gór zbocza/ Światła się zlewa mgła przezrocza/ na senną zieleń gór/ Szumiący z dala wśród kamieni/ W słońcu się potok skrzy i mieni/ w srebrnotęczowy sznur.

Albo coś mocniejszego: Nie wierzę w nic, nie pragnę niczego na świecie/ Wstręt mam do wszystkich czynów, drwię z wszelkich zapałów:/ Posągi moich marzeń strącam z piedestałów/ I zdruzgotane rzucam w niepamięci śmiecie.


Potem znowu czytałem Kamińskiego i Chichestera.

Prawda jest taka, że nie doświadczam ekstremalnych przygód, jednak tak długie osamotnienie sprawia, że człowiek zupełnie inaczej patrzy na świat. Przede wszystkim, czego tak naprawdę nie oczekiwałem, wychodzi poza SYSTEM, w którym był zanurzony przez tyle lat. Patrzę z boku. Oceniam. Sposób funkcjonowania społeczeństwa wydaje mi się jeszcze bardziej niedorzeczny. Na co dzień jesteśmy niewolnikami, którzy poświęcają osiem godzin dziennie, osiem cennych godzin życia, by zarobić pieniądze, które następnie wydajemy w dużej części na rzeczy zbędne, nie wspominając już o tym, że większą część wypracowanego przez nas zysku przejmują inni, głównie tzw. Państwo, nienasycony pasożyt golący nas jak owieczki, prawie przy samej skórze. Wsparty mediami, które urabiają masy tak, by uznawały ten chory układ za coś naturalnego.

Cóż, dramat polega na tym, że pranie mózgu działa. Ludzie nie pragną już wolności. Boją się jej. Ilu ludzi patrzy trzeźwo i odważnie na świat? Pół procenta? I tak muszą się dostosować do woli ogłupionej większości. Demokracja to okrutna dyktatura, w której tyranem jest przeciętny wyborca, a ciemiężonymi- ludzie myślący, mądrzejsi i uczciwi.

Cieszyłem się, że mogę w każdej chwili wyjść na spacer, nawet napić się piwa w szczerym polu. W mieście pewnie zapłaciłbym mandat. Wiatr, a raczej słaby podmuch wolności można jeszcze poczuć poza głównymi centrami cywilizacyjnymi. Ale gdybym spróbował postawić w okolicy najmniejsze domostwo, prędzej czy później miałbym na karku urzędników. Zakup wszelkich materiałów budowlanych też jest obłożony ogromnym haraczem, mimo że przecież wcześniej, pracując uczciwie, już zapłaciliśmy potężny podatek. To wszystko mało, potrzeba jeszcze zezwoleń, łapówek...

Tymczasem jednak, ponieważ w moim wieku i tak raczej nie mam co liczyć na poprawę, trzeba zachowywać dystans, cieszyć się pięknem przyrody. Aha, trzeba też zadzwonić do żony i życzyć wszystkiego dobrego. Jest grudzień, zbliżają się święta. Będą to pierwsze samotne święta w moim życiu. Tak, trzeba zadzwonić.

Zawitałem więc po raz drugi do miasteczka. Zaniedbany urząd pocztowy był nieczynny, ale obok wejścia stała budka telefoniczna. Co się stanie, kiedy takie telefony znikną? Zostaniemy zmuszeni do posiadania osobistego komunikatora, niestety telefonia komórkowa jest dużo bardziej zawodna niż stacjonarny odpowiednik.

Zadzwoniłem do domu, po raz pierwszy od początku pobytu. Od razu zostałem przygwożdżony pytaniem, a właściwie stwierdzeniem:

- Ale na święta przyjedziesz?

- Kochanie, wiesz że postanowiłem być tutaj pół roku. Przyjadę ostatniego lutego.

- Przecież możesz spędzić święta w domu i wrócić na tą działkę.

Kobiety pewnych rzeczy nigdy nie zrozumieją, nie da się wytłumaczyć oczywistości, które przeciętny mężczyzna chwyta od razu. Temat świąt szczęśliwie zamknąłem, potem to już zupełnie sympatycznie się rozmawiało. Najważniejsze, by konwersując z kobietami nie wchodzić na zagadnienia zupełnie poza zasięgiem ich pojmowania, czyli poszukiwanie przygód z dala od miasta oraz odkrycia nowoczesnej fizyki, i jeszcze kilka pomniejszych tematów.

Najważniejsze, że jest zdrowa i dobrze znosi nieobecność męża, tylko nie lubi tłumaczyć innym mojej nieobecności, szczególnie koleżankom. Dobrze to rozumiem.

Po półgodzinnej rozmowie wracałem szybko do chatki. Ludzi na rynku mniej, niebo zachmurzone, chłodny wiatr rozwiewał włosy, zrywał suche liście z drzew, wtłaczał do płuc rześkie powietrze. Cudowne uczucie. Jesień trzymała się mocno, ale to już nie potrwa długo.




***
Wykorzystałem fragmenty wierszy Leopolda Staffa i Kazimierza Przerwy-Tetmajera.
_________________
" YOU create your own reality "
Ostatnio zmieniony przez Abscessus Perianalis 2011-06-18, 18:41, w całości zmieniany 2 razy  
 
     
Abscessus Perianalis 
Dziki Dzik


Pomógł: 8 razy
Wiek: 32
Dołączył: 24 Mar 2010
Posty: 966
Skąd: CK / Wa-wa
Wysłany: 2011-06-18, 18:32   

Podbijam, bo wkleiło następną część w poprzedniego posta.

Miłego czytania. :)
_________________
"Żyj tak, aby twoim znajomym zrobiło się nudno, kiedy umrzesz."

"Pokonał ich swoją siłą, poraził skrzeniem, oślepił światłem, ogłuszył rykiem, padł na nich strachem, zmógł mocą po stokroć większą niż ich pospólna siła."

Forumowa Facebookowa Grupa Szturmowa: http://www.facebook.com/groups/160111940703089/
 
 
     
Pratschman 


Pomógł: 2 razy
Wiek: 28
Dołączył: 01 Gru 2009
Posty: 227
Skąd: Jarocin/Poznań
Wysłany: 2011-06-18, 20:07   

Hilwalker, koniec?

Tak się fajnie czytało! Choć trochę brakowało mi tych zwyczajnych zmagań z zimą, które naszego bohatera czekały na pewno...
_________________
https://picasaweb.google.com/pratschman

http://kuchniawterenie.blogspot.com/
 
     
Hillwalker 


Pomógł: 7 razy
Wiek: 43
Dołączył: 03 Wrz 2009
Posty: 270
Skąd: Dąbrowa Górnicza
Wysłany: 2011-07-03, 18:46   

Zapraszam do przeczytania przedostatniej części opowiadania :)



POZA SYSTEMEM część 5


- Wyjechałeś, a przecież nie tak planowaliśmy – mówiła kobieta, którą rozpoznałem jako moją koleżankę sprzed wielu, wielu lat – Mieszkalibyśmy w domu u mojej mamy, tyle miejsca... Pracę w gminie, w urzędzie mogłeś dostać... Jednak zostawiłeś mnie. Zostawiłeś swoją Beatkę – dodała z ironią.

Jezu, skąd ona się tu wzięła? - myślałem gorączkowo – Ostatni raz widziałem Beatę mając dwadzieścia cztery lata. Planowaliśmy zostać parą, może nawet założyć rodzinę, ale musiałem wyjechać, miałem po prostu możliwość podjęcia dobrej pracy

Teraz stała na polu, ubrana w ciepłą kurtkę i spódnicę, poruszaną lekkim wiatrem. Spoglądała na mnie z wyrzutem. Podniosła rękę i wycelowała we mnie palec:

- Rzuciłeś mnie dla innej.

- Przecież nie byliśmy jeszcze parą, Beato. Dzwoniłem potem do ciebie, ale przerywałaś rozmowę. Za każdym razem.

Opuściła bezradnie ręce. Miała długie włosy, wiało coraz mocniej i to widziałem jej twarz, to znowu zasłaniały ją ciemne kosmyki.

- Robi się zimno, wejdziesz do chatki? - zapytałem

- Nawet nie masz gdzie mnie ugościć – zaszlochała – Zmarznę. Zaraz się ściemni.

Rozejrzałem się. Wokół nie było żadnych zabudowań; w ogóle to nie ta okolica, coś mi się pomyliło. Zaraz...

Szlochała, zanosiła się płaczem, niezbyt głośno ale coraz bardziej przenikliwie.

Obudziłem się roztrzęsiony. Panowały egipskie ciemności, zastanawiałem się, która może być godzina, o tej porze roku dzień zaczyna się bardzo późno. Co gorsza, sen chyba nie do końca minął, bo zawodzenie wciąż trwało. Przejmujące, wyraźne. Szukałem po omacku latarki. Jest.

Poddasze rozświetlił wachlarz błękitnego blasku, namierzyłem zegarek, leżący opodal posłania. Wpół do trzeciej. Głęboka zimowa noc. Ktoś płacze obok chatki, na zewnątrz.

Dygocąc wypełzłem ze śpiwora, szybko narzuciłem polar, wsunąłem zimowe, ocieplane spodnie i na czworakach dostałem się do otworu prowadzącego na dół. Strome schodki, potknięcie obok stołu i już stałem przy oknie.

Czołówkę zamieniłem na silną latarkę, uchyliłem zasłonę i omiotłem okolicę za oknem snopem światła. Przez moment, dosłownie ułamek sekundy, widziałem zeskakującego z płotu białego kota. Na tle śniegu zniknął jak zjawa.

Nareszcie zapadła cisza.

Nie mogłem jednak dojść do siebie. Ten sen, koleżanka sprzed lat, o której przecież od lat nawet nie myślałem. Potem świat fantazji przeszedł płynnie do jawy... Co jest bardziej prawdziwe, świadomość dnia, czy nasze nocne podróże, kiedy ciało śpi?

Włączyłem piecyk, by nieznośną temperaturę podnieść chociaż o kilka stopni. Pomknąłem do ubikacji, no, tam to już panowała prawdziwa lodownia. Zapragnąłem zrobić sobie herbaty malinowej, chciałem usłyszeć szum czajnika, buzujący płomyk palnika... Wypełniłem główne pomieszczenie ruchem, zapaliłem lampkę i dwie świece, nie zgasiłem czołówki. Ciekawie zaczął się ten dzień. Ostatni dzień stycznia.

Jak się okazało, nie był to koniec wrażeń.

Moje wędrówki wieczorne, od kiedy nastała zima, przekształciły się raczej w popołudniowe spacery. Słońce zachodziło szybko, choć w końcu stycznia dzień i tak już wyraźnie się wydłużył w porównaniu z grudniowym przesileniem.

Kiedy zjadłem obiad, na który przygotowałem sobie ryż polany roztopionym masełkiem i posypany cynamonem, położyłem się na górze i odpocząłem nieco. Potem ubrałem się ciepło, wlałem herbatę do termosu, wrzuciłem go i parę innych drobiazgów do plecaka i wyszedłem. Śnieg na polach był wygładzony przez wiatr i na powierzchni twardy, nie na tyle jednak, by utrzymać ciężar człowieka. Zapadałem się więc do połowy łydek. Temperatura spadła do dwunastu stopni poniżej zera, na szczęście brnięcie przez śnieg wyzwala tyle energii, że nie marzłem wcale, przynajmniej dopóki byłem w ruchu.

Jako cel wędrówki obrałem sobie ciekawe miejsce, które odwiedziłem już raz, jeszcze przed opadami śniegu. Na pierwszy rzut oka wygląda niepozornie, lekkie obniżenie wśród pól, rosną drzewa, nikt nie domyśla się niespodzianki, jaka czeka po wejściu do niedużego lasu. Tymczasem za linią drzew teren staje się niezwykle urozmaicony. W miękkim podłożu woda wyżłobiła labirynt płytkich wąwozów. Na ich dnie odkryłem mnóstwo wapiennych skamieniałości, teraz nie będą oczywiście widoczne, ale ten cichy zakątek z pewnością wygląda urokliwie w zimowej szacie.

Myślałem, że okolica mojej chatki to odludzie, ale ta śródpolna kotlinka to całkowita dziura, spowita ciszą. Może jesienią ktoś tu zagląda, szukając grzybów, lecz zimą żaden mieszkaniec pobliskich wiosek nie ma powodu, by odwiedzić to miejsce.

Dlatego przyciągnęło mnie, starego dziwaka żyjącego bez ciepłej wody, prądu i telewizji.

Schodząc na dół stromą ścieżką pośliznąłem się i z impetem stoczyłem, wzniecając tuman śnieżnego pyłu i robiąc więcej hałasu niż wszystkie małe stworzenia, ukrywające się w tym zakątku.

Spadła mi czapka a sześćdziesięciodwuletnia głowa utkwiła w śniegu, tuż obok wystającego głazu. Miałem szczęście. Nie do końca jednak bo ból w lewej stopie oznaczał kontuzję. Usiadłem, otrząsnąłem się jakoś i obmacałem nogę. Raczej nie była złamana, tylko skręciłem kostkę. Po dokładniejszym rozeznaniu okazało się, że druga stopa jest również obolała, choć w dużo lepszym stanie. Tak czy inaczej, byłem unieruchomiony.

Śnieg dostał mi się za kołnierz i czułem zimno poniżej karku. Zdjąłem rękawice oblepione puchem i wydostałem trochę śniegu spod kurtki. Temperatura odczuwalna spadła wyraźnie, na szczęście ubrałem się dość ciepło, poza tym w plecaku czekała, właśnie na wypadek takiej sytuacji, obszerna puchowa kamizelka. Nie czekając aż naprawdę zmarznę, wyjąłem ją oraz zapasowe rękawice i założyłem na siebie,

Po dokonaniu tych wstępnych czynności mogłem na spokojnie pomyśleć nad swoją sytuacją. Im dłużej myślałem, tym bardziej ów spokój topniał, niczym resztki śniegu na moich plecach.

- No stary, zachciało ci się życia w głuszy i przygód, to masz – mruknąłem.

Nie miałem telefonu ani żadnego innego przedmiotu, na przykład flary, którym mógłbym spróbować wezwać pomoc. Krzyk niewiele da, nie będzie słyszalny nawet na skraju lasku, a do zabudowań i dróg jest daleko. Zrozumiałem, że zagrożenie jest realne. Jeśli zastanie mnie tutaj noc, mogę nie przetrwać do rana.
_________________
" YOU create your own reality "
 
     
abyss 

Pomógł: 1 raz
Wiek: 55
Dołączył: 08 Lut 2008
Posty: 113
Skąd: całkiem duża wieś
Wysłany: 2011-07-13, 15:35   

Kiedy końcówka? Urwało się w złym momencie....
 
     
Lechu333

Wiek: 21
Dołączył: 13 Lip 2010
Posty: 54
Skąd: Stepnica
Wysłany: 2011-07-13, 18:43   

Wspaniałe opowiadanie, urwane w takim momencie że nie mogę doczekać się następnej części :-)
 
 
     
Hillwalker 


Pomógł: 7 razy
Wiek: 43
Dołączył: 03 Wrz 2009
Posty: 270
Skąd: Dąbrowa Górnicza
Wysłany: 2011-08-16, 05:13   

POZA SYSTEMEM część 6 (ostatnia)



Zejście do tej przeklętej plątaniny ciasnych rozpadlin zakończyło się upadkiem, próby wyjścia na górę również sprawiały kłopot. Czołgałem się ścieżką do góry, ale pod warstwą śniegu podłoże było bardzo śliskie. Czepiałem się pni młodych drzewek, jednak pracowałem głównie rękami, nogi odmawiały posłuszeństwa, ból nie pozwalał, by przejęły zbyt duże obciążenie. Chciałem tylko wyjść na bardziej płaską, otwartą przestrzeń. Stamtąd mogłem wzywać pomocy z nadzieją, że ktoś mnie usłyszy.

Niestety, po raz kolejny zsunąłem się kilka metrów na dół. Jeszcze fałd śniegu wcisnął mi się pod kurtkę. Poczułem zimno, lecz wysiłek rozgrzał mnie na tyle, że wytrzymałem bez trudu.

Oddychałem ciężko. Co można zrobić w takiej sytuacji? Rozpaczać? Bez sensu. Poddać się? O nie! Tak nie postąpię. Zagryzłem zęby ze złości. Postanowiłem odpocząć, kiedy oddech się uspokoi, podejmę kolejną próbę. Stopa w jednej nodze bolała mniej, więc może to wykorzystać i zlekceważyć ból? Jeśli będzie mnie to kosztowało kontuzję, trudno. Przede wszystkim chodzi o to, by przeżyć. Mniejsza o nogę.

Usiadłem wygodnie, na tyle, na ile to było możliwe, opierając się o pień. Spojrzałem ku jednemu z małych wąwozów. Ponad nim rosły drzewa, był zacieniony i do niedawna zupełnie pusty.

Teraz stała w nim sarna i mnie obserwowała. Dorodne, zaskakująco duże z tej odległości zwierzę. Patrzyła spokojnie, z ledwie zauważalnym zainteresowaniem. Nie zamierzała chyba uciekać, pewnie zdawała sobie sprawę, że ma przed sobą rannego starego dziadka. Klasnąłem w dłonie, lecz nie zrobiło to na niej wrażenia. Całe szczęście, że nie spotkałem drapieżnika, ze strony sarny nic mi nie groziło.

Że też nie marzną jej nogi, zanurzone dość głęboko w śniegu.

Po chwili odeszła, a właściwie zwinnie zawróciła w miejscu i oddaliła się dnem rozpadliny.

Spotkanie ze zwierzęciem nasunęło mi dwie ważne myśli. Pierwsza, że należy poszukać innego wyjścia, mniej stromego. Ruszyć po śladach sarny, może mnie wyprowadzi na górę.

Druga myśl szybko wyparła pierwszą, bowiem utkwił mi w głowie obraz zanurzonych w białym puchu kończyn. Małe olśnienie. Mogę przecież zrobić podobnie, ochłodzić mniej obolałą stopę. Dzięki temu znieczuleniu dam radę wyjść.

Spróbuję. Muszę zdjąć buta i natrzeć stopę śniegiem. Mocno, aż poczuję ból. Potem skarpeta, but z powrotem na nogę i raźno do góry. Chwilę jeszcze myślałem, czy mój pomysł jest rozsądny, prawdę mówiąc jeszcze gorzej byłoby pozostać w tym samym miejscu. Za sarną nie chciało mi się czołgać, zresztą to w żadnym razie nie gwarantowało znalezienia łatwiejszego podejścia. Zwierzę i na większej stromiźnie od tej, która mnie zatrzymała, poradziłoby sobie bez trudu.

Kiedy musiałem zaciskać zęby, czując jak odmarza mi stopa, przerwałem nacieranie, założyłem obuwie i ruszyłem do góry na czworakach. Słabszą nogę oszczędzałem, ale prawa, znieczulona, pracowała aż miło. Udało się! Dobrnąłem do płaskiego terenu.

Nie chciałem ryzykować i iść, a raczej kuśtykać, w normalnej pozycji. Ponieważ w pobliżu nie zauważyłem nikogo, kto mógłby mi pomóc, brnąłem dalej na czworakach.

- Raczkujesz, dziadku – sapnąłem – A jednak to prawda, że ludzie na stare lata dziecinnieją.

Skoro nadal dopisywało mi poczucie humoru, sytuacja przestała mnie martwić. Jakoś przecież dobrnę do chatki. Jak na ironię znowu poczułem ból w stopie. Cóż, powtórzyłem zabieg chłodzenia. Lewej stopy nie znieczulałem, niewiele by to dało, była porządnie zwichnięta, czując zbyt mały ból mógłbym ją poważnie uszkodzić.

Jakkolwiek śmiesznie by to nie wyglądało, zbliżałem się ku memu schronieniu w stylu godnym niejednego uczestnika hucznego wesela.

Czadu, stary – mobilizowałem się najlepiej jak umiałem.

Jakże powoli pokonywałem odległość, którą w przeciwną stronę, mając zdrowe kończyny, przeszedłem z łatwością. Podobnie dziwi się ktoś, kto regularnie jeździ samochodem do „pobliskiego” marketu i pewnego dnia musi pokonać ten sam odcinek na piechotę. Zupełnie inne wrażenia!

Kiedy się zatrzymywałem, zmęczony oddech topił śnieg. Miałem ochotę wtulić się w biały puch i odpocząć. Brnąłem jednak dalej, w końcu niemal przestałem myśleć, trzymałem tylko właściwy kierunek i jak automat zdobywałem kolejne metry terenu. Ocknąłem się, kiedy usłyszałem głos.

- Jakieś poważne problemy?

Wyraźnie odczułem ironię, więc przerwałem swą golgotę, niezgrabnie usiadłem i zerknąłem na nieznajomego. Obserwując go, powoli uspokajałem oddech.

Mężczyzna w wieku studenckim. Ubiór i duży plecak wskazywały, że spotkałem turystę.

- Nie jestem pijany, spokojnie, chłopcze. Wędrowałem po okolicy i zwichnąłem obie nogi. Pech, prawdziwy pech. Można rzec: powoli wracam do domu, chociaż sił już zbyt wiele nie zostało.

Natychmiast spojrzał na mnie inaczej. Podszedł dwa kroki, sprawnie zrzucił plecak i nachylił się.

- Postaram się pomóc. Poza zwichnięciami wszystko w porządku?

- Tak. Nie masz sanek w tym wielkim plecaku?

- Niestety – uśmiechnął się – Coś zaimprowizujemy. Daleko stąd do pana domu?

- Na czworakach, pół godziny. Czyli nie tak daleko. Myślę, że dam radę.

- Proponuję chwilę odpoczynku. Tam jest kilka drzew, na bruździe między polami. Mam małą siekierkę, zetnę parę gałęzi, zwiążę, powstanie coś, na czym pana pociągnę.

- Za dużo pracy a droga niedaleka. Skoro masz siekierę, zetnij tylko dwa konary, które posłużą mi jak kule. Doczłapiemy do domu. Zapraszam na herbatę. Przy okazji, jestem Stanisław. Na szlaku wszyscy powinni mówić sobie po imieniu.

- Rafał – przedstawił się i uścisnął dłoń. Potem poszedł i sprawnie uciął dwie odpowiednie gałęzie. Podpierając się, wreszcie wróciłem do w miarę normalnej pozycji. Rozpoczęła się mozolna wędrówka.

- Dokąd zmierzasz? - zapytałem.

- Idę Szlakiem Warowni Jurajskich. Wymyśliłem sobie, że przejdę go zimą.

- Tędy biegnie Szlak Warowni? Nie wiedziałem.

- Niezupełnie. Odbiłem trochę. Czasami odchodzę od znaków, jeśli mnie coś zainteresuje. Tym razem był to trop. Dziwne ślady, jakby wilka, i to dużego. Tak naprawdę wiem, że na Jurze nie ma szans na spotkanie tego stworzenia, jednak ślad był prawdziwy. Pewnie jakiś olbrzymi pies przemierza okolice.

- No pięknie. A ja omal nie spędziłem nocy w lesie. Śpisz w wioskach?

- Wyłącznie na dziko. Mam ciepły śpiwór, nie marznę.

- I namiot?

- Kawałek płachty.

- Cieszę się, że wśród młodych są jeszcze tacy minimaliści. Dzisiaj jednak zapraszam do mojej chatki. Niebawem tam dotrzemy. Włączę piecyk, przyrządzę ciepły posiłek. Mam spore zapasy, sam tego nie zjem. Warunki skromne są, ale widzę, że i tak uznasz je za komfort.

Dwadzieścia minut później niebieskawy płomyk buzował w naftowym piecyku a woda w czajniku zaczynała parować.

Siedziałem przy stole, mówiłem tylko gdzie co jest, a Rafał zajmował się kuchnią, przygotowywał herbatę i zupę z kartonu. Posililiśmy się, pomieszczenie stopniowo, wraz ze wzrostem temperatury, przytulniało.

- O której jutro wyruszasz? - zapytałem.

- O szóstej, może trochę później. Nie nastawiam budzika. Prześpię się w okolicy.

- Śpij tutaj, nic się nie stanie, jak na jeden nocleg odejdziesz od nocowania na dziko. Ja nocuję na górze, a ty możesz przecież rozłożyć karimatę tutaj, zostawić na noc włączony piecyk, ogrzać się porządnie. Rano herbata i w drogę. No chyba że mi nie ufasz. W sumie nie zdziwiłbym się. Dziadek mieszkający na odludziu to na pewno nie normalny obywatel.

- Mieszka pan tutaj?

- Mów mi na „ty”, turyści na szlaku nie powinni przestrzegać zbędnych konwenansów. Choć nie jestem typowym turystą – opowiedziałem młodemu człowiekowi o swoim pomyśle bytowania z minimalnym kontaktem z cywilizacją.

- To niezwykłe – powiedział Rafał.

- Tak uważasz? Ja nie. Raczej uznaję to za fanaberię. Ale to moja fanaberia i bardzo ją lubię. Wiesz, takie życie nie jest złe. Co nie zmienia faktu, że wrócę niebawem do żony i zawodowych obowiązków.

- Myśli pan... myślisz, że będzie jak dawniej? Po półrocznej samotności?

- Nie taka zupełna ta samotność, ale myślę że nie będzie tak samo. Zobaczymy. A twoja wędrówka to większy wyczyn. Nie ambitny, lecz odważny. Dobrych kilka dni wędrówki zimą oznacza ograniczenie wygody do granic nie akceptowanych przez 99 procent ludzi. Ponad! Jedyne źródło ciepła to rozpalane wieczorem ognisko, pewnie niewielkie. Masz hart ducha i wytrwałość. A ja tu po prostu leniuchuję i nie oglądam wiadomości.

- Szkoda, bo sporo się dzieje...

- Nie mów nic. Mnie tu tylko interesuje pogoda, czy nie ma w pobliżu intruzów, ludzi lub zwierząt, i czy mam czym ogrzewać i co jeść. Polityka, jak najdalej. Ekonomia – podobnie.

- Dobrze. Nic nie powiem.

- Chętnie posłucham twoich wrażeń z przemierzania jurajskiego szlaku.

Rozmawialiśmy do jedenastej wieczór, potem wdrapałem się na górę, choć z trudem, czując ból wyraźny i bardzo dotkliwy. Spałem twardo, rankiem obudziła mnie krzątanina na dole, to młody turysta przygotowywał się do wyjścia. Ze względu na nogi nie mogłem go odprowadzić.

- Na pewno nie chcesz skorzystać z telefonu? - zapytał z dołu Rafał – Dasz radę?

- Poradzę sobie. Ruszaj w drogę. Drzwi zamknę później.

- Dziękuję za gościnę. Powodzenia!

- Trzymaj się! Ja jeszcze poleżę w ciepełku, starość nie radość. Mam nadzieję, że nie spotkasz w drodze wilka.

- Nie boję się – odparł i wyszedł.

Zostałem sam. Wiedziałem, że w najbliższych dniach moją największą troską będzie leczenie uszkodzonych nóg. Dłuższe spacery muszę odłożyć na później. Cóż, najwyżej będę więcej czytał. Mrozy mocnym uściskiem chwyciły okolicę i przemierzanie pobliskich ugorów byłoby zbyt ryzykowne, więc chwilowo nie narzekałem na przymusowy pobyt pod dachem.

Czas płynął leniwie, ale nieubłaganie zmierzał ku zakończeniu półrocznego bytowania. Cieszyłem się każdym wschodem i zachodem Słońca, radowałem się też na myśl o powrocie do domu. Odnalazłem równowagę i to mogłem uznać za sukces. Całe przedsięwzięcie okazało się wielką przygodą, przygodą umysłu bardziej niż ciała, co nie umniejszało wrażeń. Niebawem miał przyjechać Piotr i zabrać mnie z krainy śniegu i równie białych jurajskich skałek.


POZA SYSTEMEM – EPILOG


Zima zaatakowała po raz ostatni, intensywne opady pokryły ulice, chodniki i miejskie żywopłoty. Zapadł zmrok a ja wyglądałem przez okno swojego mieszkania na oświetloną latarniami okolicę. Tam, gdzie do niedawna przebywałem, było teraz całkowicie ciemno i na pewno dużo chłodniej. Co dała mi ta długa nieobecność w miejskim zgiełku? W gruncie rzeczy nie mieszkam w nadmiernie ruchliwej miejscowości, mimo wszystko jednak kontrast jest ogromny.

Żona poszła do mieszkającej w tym samym budynku koleżanki, więc miałem chwilę na rozmyślania. Wyłączyłem światło w pokoju i siedziałem w fotelu przed oknem. Przemierzające ulice drobne ludzkie postacie pewnie angażowały się w swoje sprawy, będąc przekonanymi, że są niesłychanie ważne. Odosobnienie dało mi jednak ten cudowny dystans do codziennych ludzkich spraw. Tak, by dostrzec prawdziwy świat, trzeba spróbować wyjść poza System. To jedno słowo oznacza całą sieć naszych przyzwyczajeń i wytresowanych nawyków, pajęczynę zależności między jednostką a społeczeństwem i władzą. Jest to bardzo złożona struktura, w którą jesteśmy zanurzeni, by nie rzec: wbetonowani. Potrzeba nie lada wysiłku, by wyrwać się poza nią.

Pół roku bez dostępu do informacji docierającej z mediów i z ograniczoną możliwością spotykania bliźnich to dość radykalna metoda, ale można przeprowadzić myślowe eksperymenty, które przybliżą nas, albo na mgnienie oka pozwolą poczuć, czym jest wspomniany przeze mnie dystans. Jeżeli jesteś przytłoczony małymi troskami, spróbuj wyobrazić sobie miejsce, w którym przebywasz, za 10 milionów lat. Nie będzie już ludzi, rzeki zmienią bieg, morza swój kształt. Jakie znaczenie w tym okresie mają zaangażowane twarze bezmyślnych dziennikarzy, ile znaczy stan naszego posiadania i to, czy kłócimy się z kimś w naszej rodzinie? To są wszystko nieistotne duperele.

A ważne jest tylko jedno. Mamy wspaniałą możliwość obserwowania natury. Jej wielkości. Możemy też medytować i spróbować podejść bliżej do Tajemnicy. Jestem przekonany, że ani my, ani Natura nie jesteśmy automatami, że działa i wypełnia wszystko wszechobecna Zasada, i człowiek, podobnie jak najmniejsza roślina, są częściami, a raczej manifestacjami, tej powszechnej Zasady.

To jest właśnie ważne. W naszym kręgu kulturowym nastąpiło odejście od prób zrozumienia świata; zastąpiono je dążeniem do materialnego bogactwa. Nawet Nauka dostaje dotacje na badania, jeżeli rokują one nadzieje na przekucie odkryć w złoty strumień dochodu.

A przyroda sobie istnieje, czy uznajemy się za jej część, czy nie.

Każdy z nas ma możliwość zmiany stanu swojego umysłu, poszukiwania nowego spojrzenia. Nikt nam tego nie zabroni, są to obszary, gdzie żaden urzędnik nie może postawić tabliczki z napisem: Wstęp wzbroniony. Jest to otwarty, wolny i niezależny świat, tylko trzeba wyrwać się z pajęczyny. Powolne, systematyczne ruchy nic nie pomogą.

Potrzebne jest silne szarpnięcie.

koniec
D.G. 2011


Pora na krótkie podsumowanie czytanek Hillwalkera na forum, bo na dłuższy czas wycofuję się z zamieszczania nowych tekstów. Od 2009 roku pojawiły się takie opowiadania:
1. Dolina (w poście nie ma w ogóle tytułu)
2. Survival w hipermarkecie
3. Biel (4 części)
4. Otchłań
5. Cape Skeleton
6. Kierowca na leśnym dukcie
7. Biwak niezupełnie udany
8. Poza systemem (6 części)
Najbardziej dumny jestem z Otchłani, a najzabawniejszy jest Cape Skeleton.
Niechaj inni piszą.
_________________
" YOU create your own reality "
 
     
Młody 
161 crew


Pomógł: 12 razy
Wiek: 27
Dołączył: 01 Sty 2009
Posty: 911
Skąd: Tychy
Wysłany: 2011-08-16, 07:24   

Świetnie. Szkoda, że narazie zawieszasz działalność literacką. Twoje opowiadania są strasznie realistyczne. 8-)
_________________
Forum to nie agencja towarzyska-NIE DOGODZIMY KAŻDEMU !

Życie należy przeżyć tak, aby gołębie przelatujące nad Twoim grobem zesrały się z wrażenia.
https://www.fasttrans.com.pl/
 
 
     
abyss 

Pomógł: 1 raz
Wiek: 55
Dołączył: 08 Lut 2008
Posty: 113
Skąd: całkiem duża wieś
Wysłany: 2011-10-06, 01:27   

W natłoku postów przegapiłem w marszu ten ostatni odcinek i dlatego dopiero dziś wracam - bo specjalnie szukałem "czy już jest".
Chciałbym Ci podziękować Hillwalker za kolejny świetny kawałek. miałem frajdę z czytania - a o to między innymi chodzi, nieprawdaż? Jeżeli ci się uda - to pisz znowu, proszę.
 
     
survival-vivre


Dołączył: 12 Paź 2011
Posty: 18
Skąd: Piaseczno
Wysłany: 2011-10-27, 17:12   

Powiem tak. Gdybyś w pewnym momencie nie napisał, że to fikcja literacka to przeczytałbym do końca. A tak...jakoś straciłem serce. Sorry.
_________________
_____________________________
http://survival-vivre.blogspot.com
 
     
biper 

Pomógł: 1 raz
Wiek: 43
Dołączył: 11 Mar 2011
Posty: 27
Skąd: Trójmiasto
Wysłany: 2011-10-31, 10:51   

Gdyby w literaturze byly dzieła oparte tylko na faktach to niewiele mielibysmy do czytania. A o science fiction to aż się boję myśleć :)

Topik nosi nazwę "opowiadania..." a nie "wspomnienia.. " :)
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,09 sekundy. Zapytań do SQL: 10