www.reconnet.pl Strona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy  Statystyki  Rejestracja  Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Przesunięty przez: Tanto
2010-07-28, 19:58
Opowieści ogniskowe
Autor Wiadomość
Hakas 
KAPKANCZYK


Pomógł: 1 raz
Dołączył: 02 Lip 2008
Posty: 209
Skąd: Pomorze Zachodnie
Wysłany: 2009-06-09, 21:11   

Witajcie leśni Bracia i Siostry znalazłem chwilę więc zasiadam z Wami przy wirtualnym ogniu. I aby tradycji stało się za dość prozę podajcie mi czaju do czareczki.
Bolsze spasiba Mały Jastrzębiu.
Czaj jest, wszyscy są więc opowieść czas zacząć.


Zima na dobre skuła śnieżno- lodowymi okowami krainę piękną a za razem straszną. Nie na darmo Tatarzy nazywają ją Śpiącą Panią. Surowy klimat i dzika przyroda, nieprzebrane bogactwa naturalne zaklęte w złocie, srebrze i skórach cennych zwierząt futerkowych.

Nad pobieloną śniegiem tajgą wstawał kolejny, krótki ,piękny zimowy dzień. Tajga spała snem zimowym. Nawet wiatr nie zakłócał ciszy świtu. Stare świerki, modrzewie, cedry stały majestatycznie okryte białymi szubami śniegu.

A pośród nich nad brzegiem zamarzniętego leśnego jeziora stał szałas przykryty płatami brzozowej kory. Ze szczytu szałasu unosiła się wąska lekka smuga dymu. Co wskazywało na to , że jest zamieszkały. Przy nim piętrzył się stos drewna przeznaczonego na opał.

Skóra marala zasłaniająca wejście poruszyła się nagle, z szałasu wyszedł wysoki , chudy podrostek lat około 13. Rozebrany do pasa tylko w skórzanych portkach. Stanął przed wejściem i przeciągnął się niczym młody basior po dobrym wypoczynku.

Chłopiec przetarł oczy rękom, ziewnął i tak jak stał rzucił się w śnieg. Przy tym sapał i prychał co jeszcze bardziej z zachowania upodobniło go do wilka, który z lubością tarza się w śniegu. Po takiej porannej toalecie szybko zanurkował powrotem w ciemnym wejściu szałasu.

Tam ze śpiwora w którym spał wyciągnął skórzaną miękką koszulę ze skóry młodego marala, założył ją szybko i wdział buty z reniferowej skóry. Po czym przykląkł przy palenisku i zaczął podkładać do ognia. Ogień tak jak jego pan lekko się ożywił i zaczął wesoło pełgać po podanych przez Ude bierwionach.

Chłopiec był sam w szałasie. Jednak uważny obserwator zauważył by dwa miejsca do spania. Jednak ojciec Ude , myśliwy Bold ruszył o świcie poprzedniego dnia na obchód pułapek na sobole i miał dopiero wrócić wieczorem tego dnia. Ude był sam.

Jednak nie był już chłopcem od czasu polowania na łosia stał się dorosłym łowcą. Ojciec ufał mu i powierzał coraz poważniejsze zadania. Jeszcze zimę temu zabrał by Ude ze sobą na obchód odległej linii paści na sobole. Ale teraz kiedy Ude udowodnił swoją dorosłość zostawił go aby pilnował obozu. Poza tym w ten sposób uczył młodzika samodzielności.

Ude był bardzo dumny z tego, że ojciec powierzył mu takie ważne zadanie. Więc szybko zabrał się do codziennych prac obozowych. Po podłożeniu do ognia wziął siekierę i kociołek założył wilczą czapkę na głowę i ruszył po wodę.

Kiedy szykował się do wyjścia jego śpiwór poruszył się, rozległo się powarkiwanie i z wnętrza śpiwora wyszedł bury szczeniak. Podobnie jak jego pan ziewnął , przeciągnął się ale poranna toaleta ograniczyła się do podrapania się za uchem.

Ude spojrzał w stronę szczeniaka, uśmiechnął się i powiedział - W końcu wstałeś śpiochu, chodź idziemy po wodę, mamy dzisiaj dużo pracy. Po czym cicho zagwizdał przez zęby i wyszedł z szałasu. Szczeniak podreptał za nim.

Psiak był brzydki a zarazem śmieszny w swej dziecięcej pokraczności, Był tak nieforemny jak tylko potrafi być nieforemny młodzik. Grube łapy i wielki kanciasty łeb. Chudy tułów i krótka szyja. Jednak myśliwi plemienia Hakasów patrzyli z uznaniem na tego szczeniaka. Bo z tego pokracznego psiaka już wkrótce wyrośnie duży mocny bury pies myśliwski.

Ude dostał go od przyjaciela swojego ojca starego łowcy Czajmaka. Czajmak znany był jako hodowca znakomitych psów. Był to więc cenny podarek dla młodzika.

Ude podszedł do strumienia, który cicho szemrał pod lodem. Wybił siekierą przerębel i zaczerpnął wody. Po czym ruszył w stronę szałasu. Szczeniak jednak miał inny zamiar, znalazł świeży trop zająca i ruszył w tajgę z nosem przy tropie. Nagle zatrzymał się i spojrzał w stronę swojego pana. Ude cicho zagwizdał, szczeniak zawahał się jednak gdy usłyszał powtórnie ciche gwizdnięcie ruszył za Ude.

Chłopiec zawiesił kociołek z wodą nad paleniskiem po czym ogarnął swoje legowisko założył kurtkę z wilczych skór przepasał się pasem na którym wisiał nóż oraz sakiewka, a w niej znajdowało się krzesiwo, hubka i parę innych cennych przedmiotów mniej lub bardziej potrzebnych w tajdze.

Następnie wziął siekierkę i dziwny przedmiot, czyli kościany hak przywiązany rzemieniem do krótkiego drzewca na stałe. Był to hak, którego używa się do wyciągania ryb z przerębla. Dorzucił jeszcze do ognia parę grubych bierwion i ruszył biegiem w stronę leśnego jeziora.


Szczeniak żwawo podążył za nim. Ude zatrzymał się na brzegu i przysłonił dłonią oczy przed blaskiem słońca, które pięknie świeciło swoim zimowym blaskiem, rozświetlając śnieg tysiącami iskier.

Kiedy oczy młodego Hakasa przyzwyczaiły się do światła, Ude ruszył w stronę kopczyków, które wyraźnie odcinały się na równej tafli jeziora. Podszedł do jednego i rozgarnął śnieg.

Pod śniegiem była założona samołówka na szczupaki i miętusy. Taka samołówka składa się z poprzecznego kija do którego po środku dowiązany jest rzemieniem rozwidlony kij, na który z kolei nawinięta była linka z końskiego włosia zakończona dużym hakiem. Cały zestaw był zanurzony aby nie zamarzł a linka wciśnięta w nacięcie na jednym z ramion widełek utrzymywała przynętę parę centymetrów nad dnem. Kiedy ryba chwyciła hak, wyciągała linę z nacięcia i odpływała. Kiedy linka kończyła się ryba sama się zacinała na haku.

Ude butem odrzucił śnieg z kopczyka, jego oczom ukazały się jodłowe gałęzie wetknięte w przerębel to zaznaczenie właśnie pozwalało wyróżnić przeręble na tle płaskiej tafli jeziora nawet kiedy zasypał je śnieg. Po wyjęciu gałęzi z przerębla lekko podniósł kij do którego była przywiązana samołówka. Od razu spostrzegł, że linka jest wysunięta z nacięcia i całkowicie rozwinięta. Uśmiechnął się do siebie. Powoli zaczął wybierać linkę aż poczuł lekki ciężar na jej końcu, wtedy zaciął energicznie i poczuł jak ciężar ożył i ruszył szybko w ucieczce. Ude powoli pozwolił wybierać rybie luźną linkę lekko ją hamując w palcach. Odjazd ryby nie był długi i powtórzył się jeszcze parokrotnie jednak za każdym razem był krótszy bo ryba opadała z sił. Kiedy podciągnął ją do przerębla to wyjął za pasa hak do podbierania ryb i sprawnym, szybkim ruchem złapał nim rybę pod pokrywę skrzeli. Następnie płynnym ruchem wydobył ją na lód. Kiedy piękny szczupak był już na lodzie Ude spokojnie chwycił go za kark i uderzył trzonkiem siekierki w tył głowy. Dobrze pamiętał słowa swojego ojca - Jeżeli polujesz to rób to tak aby zwierze się męczyło jak najmniej”. Później wyjął nóż z pochwy i szybkim ruchem naciął skrzela aby wykrwawić szczupaka. Kiedy krew uchodziła z ryby Ude uporządkował i zwinął samołówkę, za stawi ją później.

Podobnie było i przy kolejnym śnieżnym kopczyku i następnym jedyną różnicą przy piątym było to, że zamiast szczupaka wyciągnął pięknego dużego miętusa.

Niespodzianka dopiero czekała go przy szóstej a zarazem ostatniej samołówce. Ude zaciął rybę jednak po lekkim holu nagle przy drugim odejściu ryby od przerębla chłopiec poczuł mocne szarpnięcie i ryba z niewiarygodną siłą ruszyła do ucieczki. Ude podjął walkę ze zdobyczą. Mocniej przytrzymywał linkę w dłoni stawiając tym samym większy opór rybie, która uciekała. Kiedy ryba stanęła Ude zaczął powoli podciągać ją do przerębla, kiedy była już blisko i zobaczyła światło wpadające pod wodę przez przerębel znów rzuciła się do ucieczki. Chłopiec znów ją przytrzymał. Widać był po nim podniecenie ale starał zachować spokój. Cieszył się zdobyczą i holem, który temu młodemu łowcy sprawił wiele radości. Dzika krew Ude krążyła mocno i szybko w żyłach. Podniecała Ude walka o przetrwanie. Cieszył się nią całą swoją dziką duszą.

W końcu Ude podciągnął rybę do przerębla i jego oczom ukazał się wielki zębaty pysk. Chłopiec sięgnął za pas po hak i kiedy już miał go włożyć pod skrzele wielkiego szczupaka ten zawinął się i zasłoniwszy wielkim biało-kremowym brzuchem przerębel dał nura w głębinę. Ude sprawnie zatrzymał rybę w ucieczce i podprowadził znów do otworu w lodzie tam sprawnie ją podebrał za pomocom haka i wywlókł na lód. Szczupak był naprawdę imponujących rozmiarów. Młody hakaski łowca sprawnie ogłuszył rybę i wykrwawił.

Kiedy zebrał połów, nawlekając ryby na rzemień za dolną szczękę to nie był w stanie ich unieść do góry. Więc wlókł je do szałasu po śniegu. Szczeniak radośnie biegał w koło niego i dzielił swoim zachowaniem radość swojego pana.

Po dotarciu na miejsce Ude sprawnie sprawił ryby, wnętrzności , płetwy dał psiakowi a łby przeznaczył na zupę. Jedynie wielki łeb szczupaka postanowił zawiesić na drzewie w podzięce dla duchów łowiska za obfite łowy. Kiedy sprawił ryby ich tusze złożył w wiklinowym dużym koszy który wisiał z dala od szałasu wysoko w konarach modrzewia aby chronić jego zawartość przed leśnymi rabusiami.

Po schowaniu zapasów Ude udał się z powrotem do szałasu. Przed szałasem szczeniak bawił się wielkim ogonem szczupaczym. Ude podszedł do niego i zaczął go czochrać za uszami i po bokach. Szczeniak merdał ogonem i łasił się do nóg Ude.
Nagle zabawę przerwał odległy wilczy gon, który zakłócił ciszę śpiącej tajgi złowróżbną nutą śmierci. Młodziki przerwali zabawę Ude wyprostował się a szczeniak instynktownie przywarł swojemu panu do nóg. Trwali tak chwilę łowiąc w ciszy głosy tajgi. Wilczy gon niósł się w mroźnym powietrzu. Młody Hakas stał nieruchomo i widać było po zmarszczonym jego czole, że tysiące myśli kłębią się w jego młodej głowie. Tam gdzieś jest jego ojciec, sam w tajdze. Może skoczyć mu na ratunek czy chociaż naprzeciw wyjść. Przecież jego ojciec na pewno by tak zrobił. Wyszedł by mu na przeciw i to tak szybko jak by tylko mógł. Ale gdzie on jest ? A jak się miną w drodze? Ojciec wróci do szałasu i nie spotka go w nim? Co w tedy zrobi? Będzie się na pewno martwił..... . Chłopiec myślał, z nerwów przygryzł dolną wargę. Co robić ? Co robić?

To, że wilki właśnie są na tropie i polują to od razu nie znaczy, że to ślad jego ojca był powodem zewu wilczej złaji. Ponadto ojciec to doświadczony i silny łowca – da sobie radę . Uspakajał sam siebie Ude.

Postanowił jednak pozostać w szałasie i czekać na ojca. Co pewien czas do jego uszu dobiegało wilcze wołanie. Jednak młody Hakas starał się go nie słyszeć. Wiedział czym grozi samotne spotkanie w tajdze z wilczą watahą. Im więcej myślał o tym, tym większy niepokój ogarniał jego młode serce. Próbował się czymś zająć. Znosił drewno na opał, poprawił swoją wędkę i splótł może z trzy siągi linki na ryby z końskiego włosia. Ale myśl o ojcu go nie opuszczała.

W końcu poderwał się na równe nogi, ubrał na siebie kurtkę i założył czapkę. Zdjął ze ściany szałasu kołczan i łuk, za pas zatknął toporek i w rękę ujął oszczep. Tak uzbrojony ruszył w stronę z której spodziewał się nadejścia ojca.

Ude bał się choć sam przed sobą nie chciał się do tego przyznać. Westchnął głośno i ruszył w drogę. Jego czworonożny przyjaciel podążył za nim. Nie świadom niebezpieczeństwa raźno ruszył na szlak. Wilczy gon już dawno ustał w tajdze zrobiło się cicho.

Ude szedł znanym sobie szlakiem, który przemierzał wcześniej z ojcem. Wiedział gdzie może zastać ojca. Szedł szybko podpierając się drzewcem oszczepu. Psiak dreptał za nim brnąc w śniegu. Przeszli tak dobry kawał drogi. Krótki zimowy dzień chylił się ku wieczorowi.

Chłopiec wiedział , że nie znajdzie teraz ojca a do szałasu przed zmrokiem nie wróci. Szybko więc przygotował się do zimowej nocy. Z ciął , suchy modrzew i pociął go na polana. Sprawnie rozpalił ogień i przygotował szałas. Podłogę szałasu wymościł grubo gałęziami świerku i pokrył nimi zadaszenie. W worku podróżnym miał na szczęście trochę wędzonego mięsa i miedziany kociołek. Mięso zjadł wcześniej dzieląc się ze szczeniakiem. Do kociołka nagarnął śniegu i zawiesił go nad ogniem. Kiedy woda się zagotowała dodał do niego świerkowych igieł i tłuczonych pędów malin wydobytych z pod śniegu. Dobrze wiedział, że taki napar wzmacnia i rozgrzewa. Kiedy się pokrzepił wstał i nazbierał jeszcze duży zapas drewna na opał. To co miał starczyło by ale chciał czym się zająć a pyzatym wmyśl jego ojca- „Że lepiej drewno zostawić kiedy się opuszcza obozowisko, niż [i]go w nocy szukać" wolał postępować tak jak jego ojciec. To dawało mu w pewien sposób poczucie bezpieczeństwa. Kiedy skończył nad tajgą na dobre zaległa zimowa noc. Gdzieś w oddali dało się słyszeć pohukiwanie sowy.

Ude siedział na posłaniu ze skrzyżowanymi nogami i wsłuchiwał się w tajgę. To nie była jego pierwsza samotna noc w tym prastarym groźnym borze. Jednak była to dziwna noc inna od wszystkich. Chłopiec czuł się bardzo samotny, martwił się o ojca. Raz po raz zapadał w niespokojny sen. W śnie to uciekał przed wilkami to znów polował z ojcem na łosia, którego nie mógł trafić. To znów porwał go lodowaty nurt wezbranej rzeki. Za każdym razem budził się z lękiem. Hakaski podrostek chciał żeby ta noc już się skończyła. Dorzucał do ognia. Ogień dawał mu poczucie bezpieczeństwa i spokoju. Kiedy znów zapadł w sen, obudził go szczenięcy warkot. Szczeniak tulił się do jego nóg i warczał jeżąc sierść. Za ognia Ude usłyszał niewyraźny stłumiony warkot i posapywanie. Wstał i ujął w lewą dłoń płonące polano w prawą wziął oszczep do szczeniaka powiedział jeszcze tylko- zostań! I wyszedł za linię ognia. W świetle polana zobaczył rosomaka. Leśny demon bał się ognia jednak jego wrodzona zapalczywość i opiewana przez łowców dzika, okrutna odwaga nie pozwalała mu ustąpić. Po przez dym wyczuł zapach szczeniaka i to go skusiło aby podejść do ognia. Ude krzyknął i cisnął polanem. Rosomak wycofał się w cień mrucząc pod adresem młodego łowcy obelgi w swoim języku.

Ude wrócił do ogniska usiadł na posłaniu ze świerkowych gałęzi wziął na ręce szczeniaka, który dalej jeżył sierść i cicho powarkiwał. Szczeniak pod wpływem pieszczot uspokoił się i tak razem siedzieli wsłuchani w ciszę nocnej tajgi.

Nagle szczeniak zeskoczył z kolan chłopca i szczekając pobiegł w ciemność. Ude skoczył za nim. Nagle stanął jak wryty bo usłyszał dobrze znajomy głos i zobaczył wyłaniającą się z mroku sylwetkę ojca. Bold szedł niosąc szczeniaka na ręku.


Syn skoczył na powitanie ojca. Bold uścisnął syna i spokojnie zapytał – Co ty tu robisz Ude?
Malec zmieszał się i cicho odpowiedział – Wyszedłem Ci na spotkanie bo słyszałem wilczy gon i się martwiłem o ciebie tato.

Bold objął ramieniem syna i skierował się z nim w stronę ognia.
Kiedy już siedzieli chłopiec ożywił się i zaczął opowiadać o dużym szczupaku i wilczym gonie o rosomaku i..... nawet sam nie zauważył kiedy zasnął z głową na ojcowskim udzie. Bold powoli zdjął swoją kurtkę z bajkalskiej nierpy podbitej wilczymi skórami dla ciepła i okrył nią syna. Dorzucił do ognia. Obok niego ułożyła się jego wierna suka a w nią wtulił się mały kudłaty, bury szczeniak. Noc była już w pełni.

Gdzieś w oddali znów dał się słyszeć wilczy zew łowów i śmierci. Bold wsłuchał się w noc chłonąc całym sobą dziką przyrodę, której był częścią.
_________________
Wędruję poprzez świat polując, walcząc
i uzdrawiając

Przeklęty, kto miecz swój trzyma z dala od krwi - Bellicosa anima
Damnatus, qui gladio suo ab sanguem reservat - Bellicosa anima
Ostatnio zmieniony przez Hakas 2009-06-16, 20:27, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Dąb 


Pomógł: 12 razy
Wiek: 35
Dołączył: 08 Lut 2008
Posty: 959
Skąd: Gorzów
Wysłany: 2009-06-14, 13:39   

Piękne opowiadanie Hakasie.
_________________
www.mjbushcraft.wordpress.com

Cała tajemnica wiedzy puszczańskiej, tkwi tylko i wyłącznie w chęci jej zdobycia. Nie są potrzebne do tego niezmierzone odmęty pierwotnej puszczy. Nie jest potrzebny super sprzęt czy ubranie rodem z kosmicznych technologi. Wystarczy chcieć, oglądać, czytać i próbować. Nie zrażać się niepowodzeniami. Proste - ale to cała tajemnica. Szkoda, że większość adeptów leśnej ścieżki nie potrafi tego zrozumieć...

"Płyń pod prąd - z prądem płyną tylko śmieci "
 
     
neodom 
banaly

Dołączył: 01 Maj 2009
Posty: 21
Skąd: skierniewice
Wysłany: 2009-08-17, 15:11   

Swietny watek , przypomina mi czasy gdy czytalem Karola May'a . Piszcie dalej . Hakas , dzieki za supertexty .
 
 
     
Hakas 
KAPKANCZYK


Pomógł: 1 raz
Dołączył: 02 Lip 2008
Posty: 209
Skąd: Pomorze Zachodnie
Wysłany: 2009-09-11, 22:23   

Witajcie Siostry i Bracia leśnego szlaku. Witam Was wszystkich. Jak to miło znów z wami zasiąść przy wirtualnym ogniu. O dziękuję Valdi- mmmm pyszny czaj. My już razem tak długo wędrujemy po tym szlaku, że znasz mnie. Wiesz Bracie, że zanim zacznę opowieść to czaju napić się muszę. Napić sie napiłem więc czas opowieść zacząć.


Sierpniowe słońce jasno rozświetlało szeroką drogę prowadzącą do Minusińska. Sam Minusińsk schowany za drewniano -ziemnym umocnieniem budził się dopiero do codziennego życia. Gdzie porykiwało bydło i szczekały psy, skrzypiały studzienne żurawie. W domach poza umocnieniem ludzie rozpoczynali codzienną krzątaninę.

W tym właśnie czasie do tej osady przytulonej do umocnień miasta, które wyrosło z handlu futrami i innymi dobrami Syberii. Gdzie mieszał się język rosyjski z chińskimi narzeczami i dialektami plemion miejscowych, wjeżdżał samotny jeździec.
Bold, bo to on właśnie zmierzał do osady sierpniowym świtem ubrany był w skórzane spodnie i wysokie buty, jego korpus okrywał długi tołub, przepasany był pasem u którego wisiał nóż i sakiewka na rzeczy potrzebne w życiu codziennym w dzikiej syberyjskiej głuszy. Na plecach miał kołczan ze strzałami a do siodła w pięknie zdobionym sajdaku miał przytroczony wspaniały wschodni łuk. Powodził swojego kudłatego, mocno zbudowanego karego konika lewą ręką. W prawej trzymał nahajkę. Jednak nie była to zwykła nahajka, a bat którego używają pasterze i ujeżdżacze koni. Długi rzemień zwinięty teraz w dłoni jadącego mężczyzny, po opuszczeniu go ciągnął by się na długość kroku rosłego męża po ziemi.
Przy koniu kłusowała nieodłączna towarzyszka jego łowów i wędrówek szara wielka suka Isza. Jeździec rozglądał się po pierwszych domostwach , które mijał. Widać, że znał drogę i bywał tu już nie raz. Swoim wyglądem budził zaciekawienie miejscowych. Jednak nic sobie nie robił z ludzi którzy przystawali przy płotach żeby popatrzeć na dziwnego przybysza.

Nagle furta jednego ze świeżo postawionych drewnianych domostw otworzyła się i na gościniec wypadły trzy psy , ktoś krzyknął za płotu bierz. Psy rzuciły się na konia. Ale w tym samym czasie świsnęła w powietrzu nahajka a Isza zwarła się z największym psem. Niemiłosierny jazgot, i skowyt zakłócił spokój wczesnego poranka. Dwa psy tak samo szybko jak się pojawiły tak samo szybko uciekły z podkulonymi ogonami na podwórko a jeden zdławiony śmiertelnie dokonywał żywota na gościńcu. Jego ruchy stawały się coraz słabsze, Isza nie zwalniała śmiertelnego uścisku swych szczęk z gardzieli wiejskiego kundla.

Właściciel psów wybiegł z zagrody na pomoc swoim psom. Uzbrojony był w widły i gotowy był zabić szarą sukę, ale jeździec z wysokości siodła spokojnie przemówił.
-Nie waż się tknąć mojego psa bo skończysz jak twój kundel. Nie wiem skąd przybyłeś do tej krainy ale twoja ojczyzna musi być bardzo zepsuta i uboga skoro tak witasz przybysza. Pamiętaj tu na tej ziemi i w tej krainie gospodarze nie zamykają drzwi domostw a na stołach zostawiają chleb i wodę dla podróżnych a nie szczują psami.
Na to tamten czerwony ze złości odpowiedział gniewnie.
-Nie będziesz mnie uczył kultury ty brudny i zawszony dzikusie!
Bold natarł na tamtego koniem i rzekł.
-Nie jestem dzikusem jestem Hakasem i mój lud ma więcej serca dla wędrowców niż ty. To ty przybyłeś na naszą ziemię i do tego to ty jesteś tu gościem - nie ja. Pamiętaj, w tajdze kiedy się w nią zapuścisz możesz potrzebować pomocy. A wiedz, że jest takie stare powiedzenie – Co dajesz to dostajesz.... Po czym spokojnie zawrócił konia i gwizdnął na psa. Isza zostawiła truchło psa na drodze i pobiegła za Panem.

Bold dalej przejechał przez całą osadę już spokojnie. Zatrzymał konia przed wrotami dużego domostwa. Zsiadł z konia i sam otworzył sobie wrota. Wprowadził na podwórzec konia. Isza podążyła za panem. Podszedł do koniowiązu i przywiązał konia. W tym czasie na podwórzec wyszedł rosły mężczyzna. Uśmiechnął się szeroko i rzekł.
-Jak miło Cię widzieć Boldzie. Spodziewałem się Ciebie Bracie. Wędrowny kupiec futer Chunz- Czang przekazał mi wiadomość od Ciebie.
Bold podszedł do mężczyzny i objął go serdecznie ze słowami:
-Dobrze Cię widzieć w zdrowiu Bracie. I cieszę się, że moja wiadomość dotarła do Ciebie Orle. Tuszę, że poczyniłeś odpowiednie kroki w sprawie, którą Ci powierzyłem przez kupca Chunz- Czanga.
Mężczyzna nazwany Orłem uśmiechnął się i powiedział:
-Wszystko załatwione. Jak tylko odpoczniesz po długiej drodze udamy się do pracowni łuczniczej po łuki, o które prosiłeś abym zamówił dla Ciebie i twojego syna Ude. A teraz wejdź do domu Bracie.

Ci dwaj mężczyźni znali się już od dawna i mimo to, że dzieliła ich różnica ras i kultur. Zaprzyjaźnili się ze sobą w sposób szczery , który jest znany tylko ludziom okrzepłym w trudzie i znoju życia. Połączyła ich łowiecka pasja, tajga i niebezpieczeństwa związane z życiem w tej surowej i groźnej krainie.
Orzeł był felczerem, który zniechęcony życiem w Moskwie przeprowadził się daleko za Ural aby tam poszukać szczęścia. Otworzył swoją praktykę w Minusińsku, który był wtedy kupiecką osadą założoną daleko na granicach wielkiego państwa Moskiewskiego.
Kiedy ktoś go pytał czemu to zrobił zawsze ze śmiechem odpowiadał, że dla powietrza. A tak naprawdę, wyniósł się z Moskwy w obawie przed gniewem cara. Jednak powodu gniewu cara nigdy nikomu nie wyjawił. Bolda poznał kiedy odniósł poważną ranę i wtedy ten hakaski szaman, zielarz i myśliwy pomógł mu dojść do siebie stosując odpowiednie zioła na ranę, która za bardzo goić się nie chciała. Później wiele razy się spotykali i razem wędrowali poprzez syberyjską tajgę.
Andrej, bo tak naprawdę miał na imię Orzeł, uczył się tajgi i kultury syberyjskich plemion od Bolda.
Bold mówił mu o wierze swojego plemienia o totemach i duchach tajgi. Orzeł z kolei uczył Bolda rzeczy związanych z życiem białych osadników. Objaśniał mu prawa rządzące w tym świecie i pilnował aby nikt go nie oszukał w czasie wymiany futer i innych cennych darów tajgi.
Orzeł był doskonałym kowalem i wykuwał doskonałe głownie noży. Przez co zyskał w oczach Bolda jeszcze więcej, ponieważ ludzie parający się tym rzemiosłem w dzikich ostępach Syberii byli otaczani czcią przysługującą świętym mężom.

W izbie czekała już na gościa żona Andreja – Natasza, wraz z ich maleńką córeczką Zoją.
Kiedy Natasza zobaczyła hakaskiego łowcę- uśmiechnęła się i serdecznie przywitała.
-Witaj Boldzie, miło Cię widzieć. Mąż mówił, że przyjedziesz do nas. Jak tam rodzina, Twoja żona i dzieci?
Bold jak to miał w zwyczaju uśmiechnął się pod swoim wielkim wąsem i odrzekł.
-Wiesz dobrze Nino, że nie odpowiem Ci wprost aby nie dać powodów złym duchom do szkodzenia mojej rodzinie. W rodzinie jest jak w rodzinie. Dzieci raz są wesołe a raz smutne, raz chorują a raz są zdrowe. Moja żona pozdrawia Cię i przesyła podarek.
Po tych słowach wyciągnął z juków, które przyniósł ze sobą do domu pudełko z brzozowej kory.
Podał je Natalii i powiedział z uśmiechem.
-Moja żona coś zapakowała dla Ciebie ale nie wiem co, bo jakoś mi niezręcznie było zaglądać. Mówiła, że Ci się to przyda. A i dla maleńkiej coś mam.
Wyjął z sakwy ładnie uszytą kukiełkę pieska. Zoja nie przyjęła w pierwszym momencie zabawki tylko zawstydzona schowała się w suknię mamy. Jednak po chwili wyciągnęła rączkę i wzięła prezent z ręki Hakasa. Po czym znów zawstydzona schowała się za mamą. Bold pogrzebał jeszcze w sakwie i wyjął z niej zwinięte w skórę przedmioty. Podał je Orłowi ze słowami-Tu masz Bracie przynęty na ryby wykonane przeze mnie. Ja na podobne łowie wspaniałe okazy, więc i Tobie powinny przynieść szczęście.
-Dzięki za podarunki Boldzie a teraz chodź do bani odświeżyć się po podróży.
Mówiąc to Orzeł po bratersku klepnął Hakasa w ramię i poszedł razem z nim aby się też wyparzyć w bani. Siedzieli tam dość długo śmiejąc się i opowiadając o różnych zdarzeniach minionych miesięcy. Kiedy już zakończyli pobyt w łaźni zwanej banią, każdy wylał sobie na głowę dwa wiadra zimnej wody. Prychając przy tym i sapiąc jak młodzicy a nie stateczni i dojrzali mężczyźni udali się na posiłek, który przygotowała żona Andreja.

Kiedy zasiedli do stołu Natalia podała chleb, mięso i masło, poczęstowała gościa gorącą herbatą. Bold zmęczony i głodny jadł dużo i opowiadał dalej o wydarzeniach ostatnich wielu księżyców. Mała Zoja coraz śmielej podchodziła do gościa aż z wielkim zainteresowaniem zaczęła oglądać nóż i nawiniętą na niego nahajkę. Lody zostały przełamane i jeszcze chwila a mała dziewczynka już zupełnie ośmielona siedziała na kolanach dziko wyglądającego przybysza bawiąc się na przemian to jego wąsami, to naszyjnikiem z pazurów i zębów niedźwiedzich. Bold bawił się z małą i śmiejąc się zagaił rozmowę do Andreja,
-Przyjacielu, Bracie mój, jak mała dojdzie lat takich, że wiele zrozumieć będzie mogła przybędę do Was z moim najmłodszym synem, a nuż młodzi do siebie będą i niezłą parę stworzą. A jak nie to starym naszym obyczajem osadę i twoją zagrodę zajedziemy. Pannę porwiemy i będzie po sprawie. Wiesz, że w samych sobolach i złocie z mi wiadomych strumieni, kałym za żonę dla mojego syna zapłacić jestem w stanie.

Orzeł spojrzał z wesołą miną na swoją żonę, która z lekkim zaniepokojeniem patrzyła z wyrazem pytania w oczach na swojego męża. Andrej zauważył to i uspokoił Natalię słowami.-Kochanie, to tylko takie obyczaje nikt palić, ni orężnie domu najeżdżać nie będzie. Bold w ten sposób okazuje uznanie i szacunek dla naszej rodziny. A jak w swaty przyjdzie to zobaczymy.

Następnie zwrócił się do Bolda.-Jeśli już wypocząłeś to chodźmy do siedziby kupca Bien – Junga, na pewno czeka już na nas. Aby przedstawić nam łuki, które dla Ciebie i Ude sprowadził z jednego z najlepszych warsztatów w Chinach.
Przyjaciele wstali od stołu i udali się za wały do samego Minusińska. Droga zleciała im na rozmowie o łukach, łowach, koniach i innych męskich sprawach.
Nawet nie zauważyli kiedy stanęli przed okazałym domem. Dom ten był wybudowany z drewna, kryty gontem. Na parterze budynku mieściły się składy i sklep a pierwsze piętro było mieszkalne. Jak tylko stanęli przed wejściem to zaraz wyszedł im naprzeciw starszy już Chińczyk. Ubrany w tradycyjną długą szatę. Twarz miał wesołą. Ukłonił się i zaprosił przybyłych do sklepu. Bold i Andrej weszli do środka. Tam już na nich czekały przygotowane łuki.
Pomieszczenie był duże, jasne. Wszędzie wisiały lub leżały przedmioty codziennego użytku potrzebne bo przetrwania w surowych warunkach Syberii. Stał tam regał z materiałami, nićmi i innymi produktami pasmanteryjnymi, a także regały z narzędziami ciesielskimi. Jednak szczególne miejsce zajmował regał z bronią. Były tam bardzo modne samopały z zamkami lontowymi, noże i szable. Kontrast dla tych towarów stanowiły różne sprzęty domowe: misy, cebry, talerze a także maślnice oraz wiele innych produktów wytwarzanych przez bednarzy, stelmachów, rymarzy oraz innych rzemieślników miejscowych, jak z odległych krain. Jednak to wszystko nie przykuło uwagi przybyszów. Obydwaj skierowali się prosto do stojaka gdzie wisiały piękne wschodnie łuki, strzały, kołczany i sajdaki oraz inne drobiazgi potrzebne człowiekowi, który posługuje się łukiem.

Stary kupiec stał z boku z zadowoleniem przyglądając się Andrejowi i Boldowi. Kontentował się ich zachwytem. Po chwili kiedy zauważył, że dwaj mężczyźni napatrzyli się na produkty, podszedł do kufra stojącego z boku i otwierając go mówił do przybyłych łamaną ruszczyzną.
-Widzę, że moje towary bardzo się Wam Szanowni Panowie podobają jednak to nie to. Kiedy dowiedziałem się od Szanownego Andreja Antonowicza Razmina jaki gość i klient zawita w moim domu, specjalnie na tą okazje sprowadziłem przepiękne łuki z samych cesarskich wytwórni tej szlachetnej broni. Łuki klejone są z wielu warstw rogu, ścięgien, żył i szlachetnych gatunków drewna. Tylko prawdziwi mocarze są w stanie je naciągnąć.
W trakcie tej przemowy wydobył z kufra dwa łuki we wspaniałych, bogato haftowanych, bajecznie kolorowych pokrowcach. I kłaniając się podał je Boldowi. Bold odkłonił się kupcowi i wziął od niego łuki. Jeden mniejszy odłożył a większy, nie spiesząc się wydobył z pokrowca.

Łuk był pięknej roboty. Przepięknie wywinięte refleksy. Gryfy wyrobione misternie z cienko szlifowanego rogu bydlęcego. Sam majdan obszyty doskonale wyprawianą skórą dopełniał całości arcydzieła kunsztu cesarskich wytwórców łuków. Bold bardzo dokładnie obejrzał broń po czym przekazał łuk w ręce Andreja. Andrej uśmiechnął się oglądając i podziwiając ze znawstwem dzieło warsztatów łuczniczych z Chin. Sam posiadał podobny łuk i znał jego zalety w czasie polowania w dzikiej tajdze. Ciche oddanie strzału. Mniejszą wrażliwość na niesprzyjające warunki atmosferyczne. Oraz magię zaklętą w krzywych refleksyjnych ramionach. Dzieło wielu wieków doświadczeń i eksperymentów z materiałami, z których łuk został wykonany.

Założył pętle cięciwy na dolny gryf, przekroczył łuk tak aby dolnym łęczyskiem zaparł się o kość piszczelową prawej nogi a majdanem o udo lewej nogi. Złapał za górne łęczysko i spróbował założyć pętle cięciwy na górny gryf. Spróbował raz i drugi jednak łuk mimo że wyglądał lekko i lekko poddał się sile i to całkiem nie małej Andreja - nie dał się nagiąć tak aby starczyło cięciwy.

Bold spokojnie patrzył na wysiłki przyjaciela. Radując się w duszy mocą nowej groźnej broni. Miał piękny łuk, który był bardzo mocny i nośny jednak widząc wysiłki przyjaciela i znając się na rzeczy wiedział , że stary jego łuk ma może połowę mocy zamkniętej w ramionach nowego łuku, który wkrótce miał się stać nieodłącznym towarzyszem łowieckich wypraw i zmagań tego wytrawnego hakaskiego łowcy i szamana.

Po kolejnej próbie Andrej z uśmiechem na ustach przekazał łuk Boldowi ze słowami – Twój łuk to się sam męcz – Nie było w tych słowach złośliwości czy ironii ludzi białych. Mówił to z uśmiechem i radosną świadomością, że dobrze spełnił swoją misję powierzoną mu przez przyjaciela z tajgi nad Abakanem.

Bold wziął łuk od Andreja i ułożył go tak jak wcześniej uczynił to Orzeł, złapał za górne łęczysko i powoli ale płynnie zgiął łuk. Jednak pierwsza próba założenia cięciwy nie powiodła się. Bold zmarszczył czoło, spojrzał na swego przyjaciela i ponowił próbę. Tym razem łuk poddał się sile właściciela.

Bold uśmiechnął się szczerze do Orła i powiedział – Naprawdę zacny to łuk Przyjacielu. Jestem Ci bardzo wdzięczny za okazaną mi pomoc w sprawie zamówienia i sprowadzenia dla mnie tak zacnego oręża.

Po czym ukłonił się w stronę kupca i rzekł – Twój skład kupiecki Szanowny i Dostojny Bien – Jungu jest jednym z najlepszych składów kupieckich w nowo zakładanych osadach. Towary Twoje Panie świadczą o Twojej uczciwości i rzetelności kupieckiej. Od tej pory będę mówił, że Bien – Jung to zacny kupiec z którym warto robić interesy.
To uczciwy i prawy człowiek.

Chińczyk ukłonił się i odpowiedział – To dla mnie zaszczytem jest sprowadzić dobry towar dla tak szanowanego i znanego łowcy jakim jesteś Ty Boldzie, mężu plemienia Hakasów, synu stepowego wiatru i mrocznej tajgi.
Zaszczytem dla mnie jest robić interesy z tak zacnymi mężami.

-Proszę sprawdź Panie i drugi łuk. Tuszę, że to prezent dla Twego syna Boldzie. Wielce szanowny Andrej Antonowicz Razmin wiele mi o nim opowiadał. To szlachetny młodzian a łuk, który tu leży jest odpowiednim orężem dla tak szlachetnego młodzieńca, którego ojciec jest tak szlachetnym i dostojnym mężem.

Bold podziękował staremu kupcowi za mowę niskim ukłonem, przez który wyraził swój szacunek. Obejrzał dokładnie łuk dla syna oraz dobrał parę innych towarów.
Za wszystko zapłacił złotem i skórami soboli.

Targi o cenę jak to było w zwyczaju odbywały się w pokoju gościnnym u kupca, który podjął dwóch mężów herbatą i słodyczami. Nikomu, nigdzie się nie spieszyło. Więc sprawy handlowe schodziły co pewien czas na plan drugi, a ich miejsce zajmowały opowiadania o różnych stronach świata.
Bien – Jung opowiadał o Chinach, Mandżurii o swoich wyprawach do Indii. Bold mówił o bogactwie tajgi i zwierzętach o swoim plemieniu. Andrej z kolei mówił o świecie cywilizowanym o obyczajach i nowinach. Wstępnie Bien – Jung umówił się z Boldem co do wiosennego transportu skór, które miał Hakas dostarczyć do składu kupca po zimowych polowaniach. Andrej zamawiał zioła, o których wiedział, że są bardzo dobre.
Kiedy dobito targów i zawarto inne umowy handlowe mężczyźni podali sobie dłonie. Ten gest w tamtych czasach starczył za wszystkie podpisy i umowy. Był to gest ludzi prawych i szlachetnych.

W czasie drogi powrotnej przyjaciele Orzeł i Bold układali plany wspólnych wypraw i mówili o sprawach dnia codziennego. Kiedy dotarli do domostwa Andreja, Bold bezzwłocznie zabrał się za sprawdzenie swego łuku. Miał do tego miejsce. Ponieważ podwórze domostwa Andreja było obszerne, a i że gospodarz oddawał się pasji łucznictwa to i miejsce miał przygotowane ku temu. W końcu rozległego podwórza stał chochoł z trzciny wykonany a na nim dodatkowo wisiała słomianka łucznicza. Bold zawiesił na tej słomiance kawałek skóry i szykował się do wypuszczenia pierwszej strzały. Andrej w tym czasie spokojnie zasiadł w podcieniu swej chaty i uzbrajał pierzyskami promienie nowych strzał. Nie chciał przeszkadzać przyjacielowi. Widział, że Bold mimo zachowania kamiennej miny i powagi na zewnątrz w środku cieszył się jak dziecko z nowej zabawki. Więc ukradkiem tylko przyglądał się poczynaniom swego druha.

Bold napiął łuk, przyszło mu to prawie bez wysiłku. Wymierzył w cel. Andrej obserwując jego poczynania skomentował to słowami- Bracie mierzysz za wysoko.
Bold odrzekł krótko – Nie prawda Orle.
Po czym wypuścił strzałę i ku swemu zdziwieniu strzała utkwiła w ścianie stajni a nie w słomiance. Stary myśliwy zmarszczył brwi i spojrzał na przyjaciela.
Ten nic nie rzekł tylko jego wesołe oczy mówiły – A nie mówiłem – Bold złożył się drugi raz i wymierzył niżej. Na to Andrej znów rzekł – Jeszcze za wysoko Bracie- Bold te słowa też zlekceważył i wypuścił strzałę, która tym razem wpadła przez okienko do stajni.

Bold zmieszał się okrutnie i spojrzał na przyjaciela. Jednak w oczach swego serdecznego druha nie zobaczył wyrzutu którego się spodziewał a jedynie wyraz braterskiego rozbawienia.
Andrej z uśmiechem rzekł do Bolda – Widzisz Bracie jaką moc mają te ramiona to łuk szlachetny i godny Ciebie Boldzie. Mierz niżej.

Bold posłuchał rady przyjaciela i trzecia strzała utknęła już w celu. Kolejne strzały szybowały już równo i prosto do celu. Za każdą serią coraz ciaśniej układając się w kawałku skóry. Łuk i jego pan coraz bardziej zgrywali się tworząc jedność, która w przyszłości miała stać się legendą syberyjskiej tajgi.

Już czas na mnie Siostry i Bracia z leśnego szlaku.
Jak zawsze z ciężkim sercem odchodzę od tego wirtualnego ogniska. Jednak czekajcie cierpliwie aż znów zawitam u Was i pijąc z Wami czaj, znów rozpocznę nową gawędę o czasach zamierzchłych a tak nam bliskich.
_________________
Wędruję poprzez świat polując, walcząc
i uzdrawiając

Przeklęty, kto miecz swój trzyma z dala od krwi - Bellicosa anima
Damnatus, qui gladio suo ab sanguem reservat - Bellicosa anima
Ostatnio zmieniony przez Fredi 2009-09-15, 10:50, w całości zmieniany 2 razy  
 
     
maly 


Pomógł: 6 razy
Dołączył: 16 Sie 2008
Posty: 507
Skąd: Mazowsze Wschodnie
Wysłany: 2009-09-11, 22:42   

Jak zwykle świetna opowieść icon_twisted Widzę w niej pewne podobieństwa do prawdziwych zdarzeń... :mrgreen:
Pozdrawiam serdecznie!!!
A jak tam nowy łuk już się zgraliście...? :mrgreen:
_________________
Jeśli jeden człowiek coś potrafi , to i ja mogę się tego nauczyć...!
 
     
Hakas 
KAPKANCZYK


Pomógł: 1 raz
Dołączył: 02 Lip 2008
Posty: 209
Skąd: Pomorze Zachodnie
Wysłany: 2009-09-11, 22:49   

Witaj Bracie!
Już prawie na razie mój nowy łuk potrafi strzelić focha jak pensjonarka. cała seria w 10 a później nagle jedna strzała ląduje poza tarczą.
Pozdrawiam Hakas
_________________
Wędruję poprzez świat polując, walcząc
i uzdrawiając

Przeklęty, kto miecz swój trzyma z dala od krwi - Bellicosa anima
Damnatus, qui gladio suo ab sanguem reservat - Bellicosa anima
 
     
Valdi 


Pomógł: 9 razy
Wiek: 47
Dołączył: 29 Sie 2007
Posty: 957
Skąd: Litwa-Vilnius
Wysłany: 2009-09-16, 13:06   

Wreszcie mialem czas zeby w zaciszu gabinetu, spokojnie i nie goniony przez czas, przeczytac Twoje opowiadanie.
Powiem tak: sprawiles mi ogromna radosc, chetnie bym przeczytal kontynuacje twej opowiesci.
Zycze duzo zapalu w sercu do pisania nastepnych czesci !
Valdi
 
     
NumLock 
vel Numeryczny


Pomógł: 15 razy
Dołączył: 03 Gru 2008
Posty: 494
Skąd: Podkarpacie
Wysłany: 2009-09-16, 15:51   

Hakas, a nie myślałeś kiedyś, by wydać twoje opowieści w formie książkowej?
_________________
"Zarozumiałością oraz bezczelnością człowieka jest mówienie, że zwierzęta są nieme, tylko dlatego, że są nieme dla jego tępej percepcji" - Mark Twain.
 
     
Hakas 
KAPKANCZYK


Pomógł: 1 raz
Dołączył: 02 Lip 2008
Posty: 209
Skąd: Pomorze Zachodnie
Wysłany: 2009-09-17, 08:06   

Witajcie Przyjaciele!
Bardzo miło czyta się wasze słowa.
NumLock, Przyjacielu myślałem a raczej moja żona myślała. Ja piszę dla Was Przyjaciół z tego Forum. Może kiedyś jak tych gawęd zbierze się naprawdę wiele to może zbiorę to i wydam. A na razie są dostępne za fri na stronach naszego Forum i dają mi satysfakcję wkładu w nasze wspólne miejsce gdzie mimo tego, że często się wogóle nie znamy z widzenia to łączy nas wspólna pasja i zamiłowanie do przygody.
Valdi a kiedy Przyjacielu dołożysz do ogniska i rozpoczniesz swoją opowieść :?:

Może już nie długo będzie kolejne opowiadanie.

Hakas pozdrawia.
_________________
Wędruję poprzez świat polując, walcząc
i uzdrawiając

Przeklęty, kto miecz swój trzyma z dala od krwi - Bellicosa anima
Damnatus, qui gladio suo ab sanguem reservat - Bellicosa anima
 
     
Młody 
161 crew


Pomógł: 12 razy
Wiek: 27
Dołączył: 01 Sty 2009
Posty: 912
Skąd: Tychy
Wysłany: 2009-09-17, 14:03   

Czemu ja nie mam takiej weny twórczej jaką ma Hakas, :?:
_________________
Forum to nie agencja towarzyska-NIE DOGODZIMY KAŻDEMU !

Życie należy przeżyć tak, aby gołębie przelatujące nad Twoim grobem zesrały się z wrażenia.
https://www.fasttrans.com.pl/
 
 
     
Okruch 
Czciciel BK-7


Pomógł: 5 razy
Dołączył: 14 Wrz 2007
Posty: 238
Skąd: Tarnów, Małopolska
Wysłany: 2009-09-17, 15:20   

Może to kwestia genów ;)
 
     
Valdi 


Pomógł: 9 razy
Wiek: 47
Dołączył: 29 Sie 2007
Posty: 957
Skąd: Litwa-Vilnius
Wysłany: 2009-09-18, 07:44   

Hakas, Ja jestem od obrazku, nie od piora !Moye kiedzs napisze wlasna historie....swiatlem pisana...
 
     
Hillwalker 


Pomógł: 7 razy
Wiek: 43
Dołączył: 03 Wrz 2009
Posty: 270
Skąd: Dąbrowa Górnicza
Wysłany: 2009-09-18, 15:16   

Hakas, pięknie piszesz. W doskonałym świecie ludzie czytaliby twoje opowieści przy nocnej lampce, sobie a dzieciom swoim. Miałbyś ddzielną półkę w każdej księgarni.
_________________
" YOU create your own reality "
 
     
Hakas 
KAPKANCZYK


Pomógł: 1 raz
Dołączył: 02 Lip 2008
Posty: 209
Skąd: Pomorze Zachodnie
Wysłany: 2009-12-13, 17:59   

Witajcie Siostry i Bracia leśnego szlaku. Już bardzo dawno nie zasiadałem przy wspólnym ogniu z Wami. Niespokojny duch włóczęgi w tym czasie zagnał mnie daleko w Bieszczadzkie ostępy a później nad słone morze. Później miałem szczęście zasmakować łowów w pomorskich kniejach. Ale kiedy znalazłem tylko czas zasiadam z Wami przy wirtualnym ogniu. Tak więc może ktoś do ognia dorzuci i poda mi czareczkę czaju bom strudzony setnie. O dzięki Valdi za czaj. Siadajcie proszę opowieść czas zacząć.

Nad syberyjskim stepem wstawał pogodny, chłodny i rześki późnowiosenny świt. Niebo szarzało na wschodzie, a cienkie pojedyncze ptasie trele oznajmiały nadejście dnia. Nad hakaskim ułusem przeleciała cicho wielka, szara sowa chcąc jak najszybciej schronić się w śród drzew przed światłem dnia.

Ułus pogrążony był jeszcze w głębokim śnie. Psy zwinięte w kłębki spały przy ścianach jurt a konie stały lub leżały przy koniowiązach. Z okrągłych otworów w szczycie jurt wydobywał się lekki siny dym dogasających ognisk.
Noce były jeszcze chłodne. Śnieg płatami zalegał wąwozy osłonięte cieniem prastarych cedrów i świerków. Powietrze jednak pachniało świeżym zapachem stepowych traw i kwiatów oraz żywicą syberyjskiej tajgi.

Ludzie spokojnie spali, pewni nadchodzącego dnia, ciepła i dostatku paszy dla stad i jedzenia dla siebie. Czas srogiego mrozu odszedł na dobre, nadeszła wiosna. Jednak nie wszyscy mieszkańcy ułusu spali tak spokojnie.
Jedna z zasłon wejścia do jurty poruszyła się i w otworze wejściowym ukazała się zgrabna, mała głowa dziewczyny ozdobiona dwoma grubymi czarnymi jak skrzydło kruka warkoczami. Dziewczyna rozejrzała się i wyszła z jurty. Ubrana była w długą skórzaną suknie, miała bose stopy. Pod pachą ściskała spory skórzany worek a w lewym ręku trzymała wspaniałe wysokie kolorowo haftowane buty.

Wychodząc potrąciła kocioł miedziany oparty o jurtę. Ten z lekkim brzękiem potoczył się kawałek. Na ten niewielki choć brzmiący nienaturalnie hałas śpiące spokojnie do tej pory psy poderwały się i już chciał podnieść zwyczajny sobie rwetes. Kiedy nagle stanęły spokojnie i nastawiły uszu. To zachowanie spowodował cichy gwizd dziewczyny. Psy widać znały ten dźwięk. Jeden nawet merdając ogonem podszedł do dziewczyny. Ta pogłaskała burego psa po kanciastym łbie i przytuliła go do siebie. Jednocześnie zaczęła czule do niego przemawiać.
- Butruk, piesku to już dzisiaj. Przybędzie po mnie mój miły. Wiesz, cieszę ale też szkoda mi ciebie tu zostawić.
Pies słuchał uważnie słów dziewczyny i mądrze patrzył jej w oczy. Był bardzo przywiązany do niej. To ona nim się opiekowała kiedy był małym szczeniakiem wiele zim temu. Bez jej pomocy by nie przeżył. To jego Pani pielęgnowała go kiedy kopnął go koń. Za to on uratował ją kiedy trzy zimy temu osunął się brzeg wezbranej wiosennymi roztopami rzeki i jeszcze w tedy mała Torulen wpadła do lodowatego Abakanu. Skoczył za nią i dzięki jego silnym łapą i psiej wierności dziewczyna pokonała wezbrany nurt i szczęśliwie dotarła do brzegu trzymając się psiego ogona. Długo później leżeli obok siebie jak nieżywi na piaszczystej łasze brzegu z trudem łapiąc powietrze. Od tej pory stali się sobie przyjaciółmi. Tam gdzie szła dziewczyna tam za nią podążał pies. Teraz też pobiegł za swoją panią, która lekkim krokiem zmierzała w stronę odległej o strzelenie z łuku rzeki aby się wykąpać i przebrać w ubranie niesione pod pachą w skórzanym worze.
Torulen po kąpieli usiadła na dużym głazie i zaczęła rozczesywać swoje długie, piękne czarne włosy pięknym grzebieniem zrobionym z bydlęcego rogu. Dostała go tak jak i zwierciadło z polerowanego brązu od swojego narzeczonego. Był nim śmiały i dzielny młodzieniec z klanu Abba – czyli syberyjskiego niedźwiedzia. Właśnie dzisiaj miał ją zabrać do swojego ułusu tak jak nakazywała tradycja.

Dziewczyna stroiła się dla niego. Zaplatając warkocze co chwila sięgała do niedużego woreczka i wydobywając z niego monety złote i srebrne wplatała je w warkocze. W syberyjskiej tajdze i na stepie miały tylko wartość ozdoby. Torulen pochodziła z klanu totemicznego Marala – syberyjskiego jelenia. Jej ojciec był możnym człowiekiem posiadał wiele stad bydła i koni oraz owiec. Był znanym hodowcą i myśliwym.
Kiedy z kończyła czesanie i ubrała się we wspaniałą suknię wykonaną ze skóry młodego marala założyła spodnie z takiej samej skóry. Odzież jej na szwach i obszyciach rękawów oraz krawędzi sukni była przyozdobiona haftami symbolizującymi jej totemiczne zwierze oraz słońce i cedr, na stopy odziała piękne buty. Po zakończeniu tych czynności cicho zagwizdała. Na ten sygnał pies, który do tej pory leżał spokojnie i czekał aż jego Pani uładzi się po kąpieli. Poderwał się szybko i podążył za swoją Panią, która szybkim krokiem zmierzała w sobie tylko znanym kierunku.

Torulen szła szybko w stronę odległego o trzy strzelenia z dobrego łuku kurhanu. Był to kurhan jednego z szamanów. Jeszcze jej babka leciwa staruszka opowiadała o tym jak wiele, wiele zim temu tak dawno, że ona sama leciwa już teraz Bortu- Gajda nie pamięta, ale jej babka jej opowiadała, że żył w tedy szaman, który znał leki na wszystkie choroby i potrafił wędrować długo po krainach duchów. Był bardzo dobrym człowiekiem i kiedy zmarł to członkowie klanu marala uczcili go wielkim kurhanem i od tej pory swoje letnie obozowisko zawsze zakładali niedaleko jego mogiły. Podobno niektórzy z członków plemienia widzieli tego wielkiego szamana jak na koniu stał na szczycie wzniesienia i patrzył w stronę ułusu. Podobno czuwał nad spokojem wsi i szczęściem mieszkańców. Stał się duchem opiekuńczym tego koczowniczego klanu.

Teraz też Torulen szła do jego mogiły aby w tak ważnym dla siebie dniu złożyć mu ofiary i prosić o stawiennictwo u duchów przodków i duchów opiekuńczych.

Mogiła – kurhan była dobrze widoczna. Wysoki ułożony z kamieni stos zwieńczony na szczycie prostą drewnianą figurą wyciosaną z jednego pnia cedrowego. Wzniesione do góry dwa konary niczym ramiona wzniesione w modlitwie ku górze. Po między tymi ramionami sprawnymi ruchami ciesielskiej siekiery hakaski rzeźbiarz uformował głowę i zaznaczył na niej rysy twarzy. Rzeźba ta była bardzo stara, poczerniała od śniegu i deszczu, wysmagana stepowym suchym wiatrem. Rzeźba ta okryta była końską skórą. Na kamiennym kopcu leżały czaszki koni i bydła rogatego oraz czaszki zwierząt tajgi i stepu.

Kiedy Torulen dotarła do podnóża kamiennego kurhanu nisko pokłoniła się mu. I zaczęła się modlić- O Duchu Opiekuńczy mojego klanu przychodzę do ciebie prosząc Cię o stawiennictwo u Duchów Przodków, Duchów stepu i tajgi. Wstaw się za mną u nich niech roztoczą nade mną opiekę na nowym miejscu przy ogniu mojego męża w jego rodzinnym ułusie. Spraw o wielki Szamanie, którego imienia nie wymawiam ze względu na szacunek do Ciebie by mój związek był szczęśliwy, abym dała swojemu mężowi zdrowe dzieci – Po tych słowach wyjęła z worka dwie kukiełki symbolizujące mężczyznę i kobietę. Laleczki te miały włosy zrobione z końskiego włosia, ubranka zaś pięknie uszyte ze skór zwierzęcych. Rączki laleczek związane były mocną cięciwą łuku.

Dziewczyna odwaliła z kurhanu duży kamień i złożyła tam laleczki oraz parę monet. Po czym nakryła je kamieniem. Na tym kamieniu postawiła drewnianą pięknie rzeźbioną miseczkę wypełnioną suszonym twarogiem. Modliła się dalej – Zważ na dary, które ci przyniosłam o Duchu Opiekuńczy, pobłogosław mi Wielki Szamanie- po tych słowach pokłoniła się jeszcze raz kurhanowi i już miała odejść kiedy usłyszała ciche warknięcie psa. Uważnie rozejrzała się do o koła i zauważyła, że przed wsią na odległym pagórku stepu stoi jeździec na koniu.

Serce jej załomotało szybciej. Czyż by to był ten wielki szaman? Czy przybył na jej wezwanie? Wyglądał tak jak opisywała go jej babka. Był wielki na karym koniu. Dumnie wyprostowany siedział w siodle i patrzył w stronę wsi. Słońce wstawało za jego plecami tak, że blask jego nie pozwalał rozeznać rysów ni szczegółów sylwetki jeźdźca. Serce dziewczyny łomotało jak tabun koni w pełnym galopie. Nikt jej nie uwierzy, że widziała Go wielkiego szamana Serdżu- Gereja.

Nagle jeździec poruszył się, wstał w strzemionach i uniósł do góry rękę. Na ten znak za pagórka wyjechali ławą podobni do niego jeźdźcy. Czar prysnął. Torulen zrozumiała, że to Jej narzeczony i jego drużbowie.

Dziewczyna szybko ruszyła biegiem w stronę wsi- Zaczęło się …

Bold bo to on przewodził grupie jeźdźców sięgnął do sajdaka przy siodle. Wydobył łuk i strzałę zakończoną kościanym gwizdkiem. Za jego przykładam postąpili inni. Założyli strzały na cięciwy i napięli łuki. Cicho jęknęły puszczone cięciwy a strzały z przenikliwym gwizdem pomknęły w stronę ułusu.

Na ten gwizd psy poderwały się natychmiast i dzikim ujadaniem oznajmiły przybyłych. Ludzie wybiegli z jurt. Kobiety zaczęły lamentować, płakać jak by na wojnę a nie na wesele choć wszyscy wiedzieli o tym co dzisiaj miało nastąpić. Mężczyźni szybko zaczęli kulbaczyć konie. Dzieci stały i patrzyły na jeźdźców spokojnie stojących na stepie opodal wioski. Tamci czekali. W czasie wojny spadli by niczym orzeł na świstaka ale teraz był czas pokoju i nie przyszli czynić tu wojny ale przybyli do swych braci na wesele.

Torulen zdyszana dobiegła do swojej jurty. Szybko weszła do środka jej dwie siostry opadły ją ze szczebiotem ciesząc się razem z nią. Bracia i ojciec szykowali konie, zdejmowali tarcze ze stojaka. Matka płacząc jeszcze coś upychała do podróżnej sakwy, którą Torulen miała zabrać ze sobą.

Ci mężczyźni, którzy już okulbaczyli konie wsiadali na nie i w pełnym galopie wyjeżdżali naprzeciwko spokojnie stojących jeźdźców. Odgradzali sobą od nich ułus. Kobiety płakały zawodziły i biegały, mniejsze dzieci nie wiedząc o co chodzi w całym tym zamieszaniu też płakały czepiając się matczynych spódnic. Psy ujadały wściekle na obcych.

Torulen nagle o czymś sobie przypomniała, na chwilę wybiegła z jurty zawołała swojego psa, który szybko do niej podbiegł. I mimo protestów matki wprowadziła go do środka tłumacząc jednocześnie – Matko, zrozum mój Butruk jest gotów pobiec za mną albo skoczy na weselników. Jeszcze go konie stratują- tłumacząc się matce przywiązała psa do jednej z żerdzi podtrzymujących konstrukcję jurty. A na zewnątrz zaczęło się w tym czasie weselne przedstawienie.

Naczelnik ułusu a za razem najstarszy mężczyzna w ułusie, wyjechał przed szereg swoich jeźdźców i zwrócił się gromkim głosem do przybyszy – Po co tu przybyliście?! Jeśli po konie, to nie damy ich! Jeśli przybyliście po bydło i owce to nie damy ich! Jeśli przybyliście po inne dobra i kobiety to nie damy ich!! – Na potwierdzenie słów starca mężczyźni z ułusu zaczęli groźnie krzyczeć i machać orężem.

Po tej przemowie na dwie długości konia z szeregu stojących na stepie mężów wyjechał Bold. To jemu jego kuzyn a ojciec Dżałbe powierzył zaszczytne przewodnictwo i dowodzenie weselnym oddziałem, który miał zdobyć żonę dla Dżałbe. Bold wstał w strzemionach i tak przemówił – Nie przybyliśmy tu po konie ani bydło! Nie przybyliśmy po owce ani inne Wasze mienie! Przybyliśmy tu po Torulen aby zgodnie z prawami przodków zabrać ją od ognia rodzicielskiej jurty i posadzić przy ogniu w jurcie śmiałego i walecznego młodzieńca z klanu Abba z rodu Ułan-Gereja! Młodzianem tym jest Dżałbe syn Kara-Tapczaka! Jeśli nie dacie dziewczyny sami to zabierzemy ją siłą!

Na te słowa podniósł się jeszcze większy lament kobiet a groźne krzyki mężczyzn zagrzewały do boju. Naczelnik ułusu stary Bator- Urczu odezwał się w te słowa- Nie pozwolimy wam zabrać Torulen! Będziemy jej bronić! Pokażcie na co was stać i czy potraficie obronić Torulen jeśli ją wam damy!

Po tych słowach od oddziału jeźdźców z ułusu Marala oderwało się dwóch śmiałków i wywijając nad głowami specjalnymi maczugami weselnymi wykonanymi ze skórzanego worka wypełnionego mocno ubitym końskim włosiem zmieszanym z piaskiem. Worek ten osadzony na drewnianym trzonku nie zadawał śmiertelnych ran chociaż razy nim zadane były mocne i potrafiły ogłuszyć nawet przeciwnika ale nie zabić. Ruszyli galopem w stronę przybyłych. Bold skinął głową na ten znak z szeregu wyskoczył tylko jeden jeździec był to Ude. Dumny młodzian, że to jemu przyszło rozpocząć weselną gonitwę i bijatykę pędził na złamanie karku ku przeciwnikom. W pełnym pędzie wjechał między nich. Ci zdziwieni odwagą i śmiałością ataku w pierwszym momencie stracili głowę. Ta chwila starczyła żeby Ude roztrącił na boki jezdnych i mocnym ciosem swojej skórzanej maczugi zdjął jednego z kulbaki. Zanim drugi z orientował się co się stało młodzik zajechało od tyłu i mocno grzmotnął pałką przez kark posyłając go także na ziemie. Po czym znów zawrócił konia i z dzikim wrzaskiem w pełnym pędzie przedefilował przed obrońcami wsi.

Zaraz za nim puściło się galopem trzech śmiałków ze ułusu Marala ale młodzik gnał już na śmigłym koniu do swoich. A na spotkanie przeciwników ruszyli inni adwersarze. Utarczki trwały już dobrą chwilę co rusz ku uciesze innych zapaśników ktoś leciał z końskiego grzbietu.

Nagle Bold podniósł do ust kościany gwizdek i zagwizdał mocno. Na ten znak jeźdźcy ruszyli ławą na obrońców wsi. Ci też skoczyli na przybyszy. Już mieli się zetrzeć ze sobą gdy drugi gwizdek Bolda spowodował rozejście się ławy jeźdźców na dwie części. Obrońcy wsi trafili w próżnię a napastnicy nie mając już przeszkody wtargnęli między jurty.
Kobiety kiedy zaczęły się pojedynki na stepie i przeczuwając rychłe przeniesienie weselnych utarczek do ułusu szybko zagarnęły dzieci aby nie zostały stratowane przez konie. Same ciekawie spoglądały za zasłon wejść do jurt.

Stary Bator- Urczu zaklął pod nosem. Ale za razem uśmiechnął się. Nie byle kto go przechytrzył tylko Bold. Wielki wojownik i szaman o którym już teraz krążyły opowieści przy hakaskich ogniskach. Mógł się domyślić podstępu. A za razem podziwiał swojego kuma za zapobiegliwość poproszenia tego wojownika stepu i łowcy tajgi o przewodnictwo weselnemu oddziałowi syna. Tak stary Kara-Tapcziak to stary chytry lis.

Gdyby to była prawdziwa wojna i walka to właśnie mieszkańcy ułusu Marala ją przegrali. Dwudziestu wojowników pędziło między jurtami. Obrońcy wpadli zaraz za nimi rozgorzały pojedynki. Największy tumult jednak był przed jurtą rodzinną Torulen. Tam jej ojciec i bracia próbowali nie dopuścić młodego Dżałbe pod wejście.
Młodzian dzielił ciosy na lewo i prawo osaczony przez dwóch braci dziewczyny i trzech kuzynów. Oj wstyd dla niego by był gdyby przegrał i to jego teść zagarnął by go do swojej jurty a nie on swoją narzeczoną do swojego ułusu przywiódł. Zachwiał się w siodle dzielny Dżałbe po kolejnym ciosie. Ale pomoc była blisko Na pomoc dziko wrzeszcząc gnał mu młody Ude. Osłaniał się kałkanem i dzielnie zrzucał kolejnych napastników z siodeł.
Zaraz za nim gnał straszny Bold. Chroniąc swojego syna.

Zabawa zabawą ale upadek z konia groził w tym tumulcie stratowaniem. Młodzik przebił się do Dżałbe i dzielnie go ochraniał i wspierał. Mimo, że nastawało na nich już sześciu obrońców i to młodych zaciekłych noszących w sobie złość do Dżałbe, że Torulen była mu łaskawa a nie im. Do tego bracia dziewczyny starali się jej bronić ze wszystkich sił żeby nikt nie powiedział, że słabo stawali w jej obronie. Zamieszanie przed jurtą stawało się coraz większe. Starsi wycofali się aby nie czynić większego jeszcze zamieszania i dać miejsce młodym.

Ude i Dżałbe dzielili równo ciosy sami zbierając ich nie mało. Kolejny przeciwnik leciał z konia. A zwycięski okrzyk Ude mówił kto jest zwycięzcą. Do walczących ze wsparciem dołączył jeszcze brat Dżebe starszy od niego o dwa lata Batur. Rosły młodzian o sile niedźwiedzia jednym ciosem zwalił brata Torulen i zabrał się na kolejnego. Bold raczej nie miał przeciwników ci co go najechali teraz leżeli pod ścianami jurt i masowali obolałe grzbiety lub liczyli guzy na głowie. Bold tylko czuwał nad swoim ukochanym synem Ude. W każdej chwili gotowy skoczyć młodzieńcowi na ratunek.

Nagle zobaczył jak jeden z bardziej rozgrzanej walką młodzieży sięgnął po arkan oparty o jurtę i chciał zarzucić Ude pętle na szyję. Bold błyskawicznie uderzył konia piętami. Rumak szkolony do walki skoczył błyskawicznie w stronę nie uczciwego gracza. Dziki przeciągły okrzyk Bolda – Hasssssssssa….!!!!! Świadczył o wściekłości do tej pory spokojnego wojownika. Koń Bolda nie zatrzymując się z całym impetem uderzył piersią w bok wierzchowca jeźdźca z arkanem. Żałosny kwik konia i przerażony krzyk młodzieńca obalanego razem z wierzchowcem zagłuszył ryk triumfu. Za równo ten okrzyk wydali ci co wieś najechali jak i ci co ją bronili. Odwieczne prawo mówiło jak należy się zachować w czasie weselnych gonitw. Opór został przełamany.

Dżałbe zaczął głośno krzyczeć – Toruullenn!! Toruulleeen!! Na ten krzyk dziewczyna wyskoczyła z jurty. Rzuciła sakwę Ude, który ją pochwycił i w tym samym czasie mocnym grzmotnięciem swojej maczugi usadził na miejscu kolejnego śmiałka, który próbował uderzyć Dżebe w plecy kiedy ten pochylał się żeby pomóc wsiąść dziewczynie na konia. Torulen szybko usadowiła się za swym umiłowanym. Na ten widok Bold znów podniósł gwizdek kościany do ust i zagwizdał trzykrotnie na odwrót. Na ten sygnał weselnicy poniechali pojedynków i ruszyli w skok za Boldem, Ude i Dżałbe uwożącym ukochaną w szeroki step. Jeźdzcy dzielnie osłaniali odwrót zakochanych. Mieszkańcy ułusu klanu Marala rozpoczęli pościg za uciekinierami ale szło im to nie skoro.

Za trzy dni zjadą wszyscy na wesele do klanu Abba gdzie zostaną sowicie ugoszczeni. Uczta będzie trwała wiele dni i nocy. Nikt nie będzie pamiętał razów, guzów i siniaków.

Stary Bator- Urczu cieszył się, że obyło się bez połamanych żeber i kończyn co nie rzadko miało miejsce w czasie weselnej gonitwy i bijatyki.

Korowód jeźdźców sunął po przez step. Jak zwykle Ude nie zamykał ust opowiadając wszystkim czy chcieli czy też nie o swoich przewagach bitewnych. Bold jechał dumny z syna, że tak dzielnie stawał a za razem się mocno frasował co powie swej małżonce a matce Ude jak ta zobaczy sińce na całym ciele wyrostka i wielki siniak na twarzy malca. Oj dostanie za to, że nie dopilnował Ude. Chyba jeszcze zaraz po dotarciu do swojego ułusu szybko się spakuje i ujdzie w tajgę na łowy co by gniew małżonki ostygł.

Ude jednak się tym nie przejmował i nic sobie nie robił z tego że lewego oka z za opuchlizny nie było widać. Będzie chodził dumny obnosząc oznakę swej odwagi i nieustępliwości w walce. Myślał o swojej dziewczynie Turtuk- może go pożałuje? Za parę lat może to on będzie musiał ją porwać tak jak Dżałbe swoją Torulen.

Torulen jechała przytulona od swojego miłego. Zamyślona i szczęśliwa. A za razem smutna, że musiała zostawić wszystko. Rozmyślała na przyszłością kiedy z tej zadumy wyrwało ją szczekanie psa. Spojrzała za siebie to jej wierny Butruk ze strzępem przegryzionego rzemienia gnał za karawaną jeźdźców. Torulen szybko zeskoczyła z konia i wyciągnęła ramiona w stronę zdyszanego psa.

Orszak stanął. Torulen tuliła psa i patrzyła w twarz swojego umiłowanego Dżebe z niemym zapytaniem – Mogę go zabrać?? Dżałbe zrozumiał to nieme pytanie uśmiechnął się do niej i wyciągnął rękę aby pomóc jej wsiąść na wierzchowca. Butruk merdając ogonem biegł przy koniu niosącym na sobie dwoje młodych szczęśliwych ludzi.


I tak kończy się kolejna opowieść o życiu ludzi tajgi i stepu. Ognisko dogasa. No czas ruszać dalej w drogę. Może kiedyś będzie mi dane zasiąść z Wami przy prawdziwym ogniu. I rozpocząć Bajanie o minionym czasie.

Hakas
_________________
Wędruję poprzez świat polując, walcząc
i uzdrawiając

Przeklęty, kto miecz swój trzyma z dala od krwi - Bellicosa anima
Damnatus, qui gladio suo ab sanguem reservat - Bellicosa anima
 
     
Valdi 


Pomógł: 9 razy
Wiek: 47
Dołączył: 29 Sie 2007
Posty: 957
Skąd: Litwa-Vilnius
Wysłany: 2009-12-13, 18:17   

Znowu czytając Twoje opowiadanie, łapie się na tym, że chce to wszystko przeczytać w formie książki, tak formatu A6, żeby w kieszeni małego plecaka się mieściła....
 
     
Hakas 
KAPKANCZYK


Pomógł: 1 raz
Dołączył: 02 Lip 2008
Posty: 209
Skąd: Pomorze Zachodnie
Wysłany: 2009-12-13, 18:22   

Witaj Bracie!
Jeszcze za mało tych opowieści na książkę.
Jeszcze muszę trochę popracować nad opowiadaniami.
Miło mi, że te opowiadania podobają się ludzią z forum.
Pozdrawiam Cię serdecznie Valdi - Hakas
_________________
Wędruję poprzez świat polując, walcząc
i uzdrawiając

Przeklęty, kto miecz swój trzyma z dala od krwi - Bellicosa anima
Damnatus, qui gladio suo ab sanguem reservat - Bellicosa anima
 
     
Hillwalker 


Pomógł: 7 razy
Wiek: 43
Dołączył: 03 Wrz 2009
Posty: 270
Skąd: Dąbrowa Górnicza
Wysłany: 2009-12-13, 18:43   

Opowieści przypominają to, co kiedyś pisał Curwood w niektórych książkach, tylko że akcja dzieje się na stepach, nie w kanadyjskiej dziczy.
Ciekawy sposób na zaręczyny ;-) .
_________________
" YOU create your own reality "
 
     
zdybi 


Pomógł: 2 razy
Wiek: 38
Dołączył: 01 Lut 2009
Posty: 435
Skąd: zachpom
Wysłany: 2009-12-13, 18:59   

Hakas napisał/a:
Może kiedyś będzie mi dane zasiąść z Wami przy prawdziwym ogniu. I rozpocząć Bajanie o minionym czasie.

Z chęcią bym owego bajania posłuchał Hakas,ciekawie opowiadasz.Gratuluję wytrwałości w pisaniu. :-D
_________________
http://lukaszzdyb.blogspot.com
http://mybushcraft.blogspot.com
"Bo życie przecież po to jest,żeby pożyć"
 
 
     
Hakas 
KAPKANCZYK


Pomógł: 1 raz
Dołączył: 02 Lip 2008
Posty: 209
Skąd: Pomorze Zachodnie
Wysłany: 2009-12-13, 20:00   

Dzięki za uznanie Przyjaciele. Moze kiedyś jak znajdę czas to spotkamy się na zlocie Recon.
Piszę o tych wszystkich rzeczach o których opowiadała mi moja św. pamięci Babcia. To ona zaszczepiła we mnie miłość do tajgi i stepu surowej Syberii. była moim pierwszym nauczycielem leśnego szlaku. Piszę ku Jej pamięci.
Hakas
_________________
Wędruję poprzez świat polując, walcząc
i uzdrawiając

Przeklęty, kto miecz swój trzyma z dala od krwi - Bellicosa anima
Damnatus, qui gladio suo ab sanguem reservat - Bellicosa anima
 
     
thrackan 
Manufaktura strużyn


Pomógł: 10 razy
Wiek: 33
Dołączył: 16 Cze 2009
Posty: 936
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2009-12-13, 21:44   

Hakas, Twoje opowiadania mają moc przenoszenia w czasie i przestrzeni. Przy cieple prawdziwego ogniska zapewne jest ona wielokrotnie silniejsza.

Hakas napisał/a:
Jeszcze za mało tych opowieści na książkę.
Jeszcze muszę trochę popracować nad opowiadaniami.

Wszelkie nowe opowiadania powitam z radością, ale już teraz, po nadaniu godnego układu w wordzie, Twoje teksty z obu generacji recona tworzą dziewięćdziesięciostronicową książkę formatu A5. Jeżeli nie masz nic przeciwko, wydrukuję ją w obecnym kształcie i czytał będę podczas odpoczynku w mojej małej puszczy.

Pozdrawiam,
thrackan
 
 
     
Fredi 
Fredne Zło..


Pomógł: 18 razy
Wiek: 42
Dołączył: 07 Kwi 2008
Posty: 1016
Skąd: Skierniewice
Wysłany: 2009-12-17, 09:52   

do takich opowiadań żadne fotki nie pasują....jedynie szkice...
_________________
"Nie sztuką jest umrzeć, znacznie trudniej jest żyć."
 
     
Hakas 
KAPKANCZYK


Pomógł: 1 raz
Dołączył: 02 Lip 2008
Posty: 209
Skąd: Pomorze Zachodnie
Wysłany: 2009-12-21, 18:00   

Fredi napisał/a:
do takich opowiadań żadne fotki nie pasują....jedynie szkice...


Witajcie!
Może na forum znajdzie się jakiś rysownik, który ozdobi moje opowieści odpowiednimi ilustracjami??
Hakas
_________________
Wędruję poprzez świat polując, walcząc
i uzdrawiając

Przeklęty, kto miecz swój trzyma z dala od krwi - Bellicosa anima
Damnatus, qui gladio suo ab sanguem reservat - Bellicosa anima
 
     
Brightgrey 
Chce zmienić nick:D

Wiek: 34
Dołączył: 11 Lut 2009
Posty: 120
Skąd: skątowni
Wysłany: 2009-12-23, 23:12   

Hakasie byłoby mi bardzo miło, jeżeli chciałbyś mi powierzyć to zadanie:) Zważając na gorące powitanie, które zgotowałeś mi kiedy pojawiłem sie na forum zwyczajnie czuje się zobowiazany do odpłacenia się w jakiś sposób:) Jeżeli masz konkretne wizje rysunków/szkiców/fotomontaży to śmiało pisz do mnie a ja postaram się przelać je na papier:)

Pozdrawiam serdecznie.
_________________
NEVER GIVE UP
 
 
     
Akai Ryuu 
Dawny Nowicjusz 1


Dołączył: 01 Gru 2009
Posty: 2
Skąd: Jelenia Góra
Wysłany: 2010-01-12, 20:29   

Hakas.mam nadzieje że nie przestaniesz pisać przy tym ogniu, bo naprawdę wczułem się w klimat twoich opowieści.
 
 
     
maly 


Pomógł: 6 razy
Dołączył: 16 Sie 2008
Posty: 507
Skąd: Mazowsze Wschodnie
Wysłany: 2010-01-18, 23:45   

Po każdym polowaniu należy złożyć ofiarę duchom puszczy. Ten zwyczaj jest znany juz od pradziejów naszego gatunku. Nie tylko wśród plemion syberyjskich lecz także we współczesnej Europie...
http://img132.imageshack.us/img132/5544/pestr2.jpg
_________________
Jeśli jeden człowiek coś potrafi , to i ja mogę się tego nauczyć...!
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,29 sekundy. Zapytań do SQL: 11