www.reconnet.pl Strona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy  Statystyki  Rejestracja  Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Przesunięty przez: Tanto
2010-07-28, 20:58
Opowieści ogniskowe
Autor Wiadomość
Hillwalker 


Pomógł: 7 razy
Wiek: 43
Dołączył: 03 Wrz 2009
Posty: 270
Skąd: Dąbrowa Górnicza
Wysłany: 2011-02-08, 16:44   

yaktra napisał/a:
To się nazywa ( przepraszam poetów, że użyję ) natchnienie

Jakiś pisarz (nie pamiętam, może Flaubert) mawiał: "Natchnienie polega na tym, żeby codziennie o tej samej porze zasiadać do biurka"

yaktra napisał/a:
Myśli muszą być twórcze a łączyć je trzeba z papierem na który je przelewasz. [...]
Najczęściej jest to wieczór lub noc kiedy można skupić się nad tym co robisz.

A to różnie bywa. Ja tam wolę wczesny ranek, między czwartą a piątą.

Wszyscy czekamy na kolejne opowieści Hakasa. Zdradzę wam tajemnicę: skopiowane do edytora tekstu i wydrukowane na papierze są jeszcze lepsze.
_________________
" YOU create your own reality "
 
     
Hakas 
KAPKANCZYK


Pomógł: 1 raz
Dołączył: 03 Lip 2008
Posty: 209
Skąd: Pomorze Zachodnie
Wysłany: 2011-02-08, 21:20   

Witajcie leśne siostry i bracia. Już dawno nie zasiadałem z wami przy wirtualnym ogniu. Moje drogi wiodly mnie ostatnio przez bieszczadzknie knieje. I pomorskie puszcze. Ale w końcu znów z wami zasiadam i mogę zacząć kolejne moje bajanie. Tak, Yaktra nalej mi proszę czaju bom zdrożony wielce,Hillwalker bracie dorzuć do ognia by nie wygasł w czasie mojej opowieści. Siadajcie proszę wygodnie bo ta opowieść jest dość długa.

Ude otworzył oczy. Cały ger tonął jeszcze w ciemności. Inni domownicy spali. Słychać było ich miarowe oddechy. Ojciec Ude, Bold pochrapywał. Ude uśmiechnął się. Chrapanie ojca przypomniało Ude odgłosy niedźwiedziej gawry lub żerującego dzika. Oczy chłopca powoli przyzwyczaiły się do ciemności, widział siwy dym ulatujący prosto w stronę dymnika, ciemne kształty żerdzi podtrzymujące konstrukcję ich domu a na nich powieszone różne sprzęty. Chłopiec wsłuchał się w nocne odgłosy jesiennej tajgi. Skórzane ściany geru chroniły przed deszczem, słońcem, wiatrem i śniegiem. Ale nie oddzielały od tajgi. Nocne nawoływania puszczyka, odległe wycie wilka czy tak jak teraz godowe porykiwania marali jednoczyły mieszkańców hakaskich ułusów z tajgą. To jej odwieczna pieśń kołysała ich do snu i budziła o świcie. Dzięki temu ludzie czuli pierwotne tętno puszczy karmicielki, matki.
Ude powoli usiadł na swoim posłaniu i spojrzał w dymnik, gwiazdy bledły na nocnym niebie nadchodził świt. Jesienny świt. Niósł on ulgę po upalnym krótkim lecie syberyjskim. Jesień, czas obfitości i przygotowań do surowej zimy.

Ude ubrał się po czym z braterską troskom otulił niedźwiedzią skórą małego braciszka z którym spał na jednym posłaniu. Mały Bahdur słodko spał przytulając do siebie małego misia zrobionego ze skór burunduków. Malec nie rozstawał się z tym misiem od kąt dostał go od swojej matki Czimur. Była to pierwsza rzecz, którą chłopiec pakował do juków i pierwsza rzecz, którą malec z nich wypakowywał.
Ude Chciał już wyjść na zewnątrz kiedy do jego uszu doleciał cichy szept – Brat, brat idziesz? Idę z tobą braciszku. Ja też chcę iść na ryby-Ude chwilę myślał. Nie chciał zabierać z sobą malca. Chciał trochę po być sam. Jednak braterska miłość zwyciężyła – Chodź Bahdur, tylko cicho nie obudź rodziców i siostry. Ubieraj się szybko.

Malec szybko wydostał się z pod skóry, którą był przykryty następnie z taką samą troską jak Ude okrywał jego to on okrył i ułożył do snu swojego misia. Ubrał się, na szyi powiesił nóż i już był gotowy.
Cicho a przynajmniej Bahdurowi zdawało się, że porusza się cicho, ruszył w stronę wyjścia. Potrącając siodło i kopiąc w kocioł a na koniec wplątując się w bukłak z kumysem wiszący przy wejściu. A to nie był jeszcze koniec cichego przemieszczania się Bahdura. Malec nie był by sobą gdyby jeszcze nie nadepnął na ogon siedzącego przy wejściu do geru Czunga. Pies skowytem dał znać, że malec stoi mu na ogonie. Ude uspokoił czworonożnego przyjaciela gładząc go po kanciastym łbie jednocześnie strofując braciszka – To miało być cicho?? Tak?? Ty byś niedźwiedzia obudził w czasie zimowego snu samym tylko podchodzeniem. Nie trzeba by było go wykurzać z gawry za pomocą dymu. Jak tak cicho będziesz chodził jak dorośniesz to z głodu umrzesz bo niczego nie upolujesz.

Bahdur uśmiechnął się do brata i odpowiedział szeptem – Nie krzycz już brat, będę cicho.
Ude wzniósł oczy ku niebu i westchnął po czym ujął w dłoń oścień, który był oparty o w kopany nie opodal wejścia świerk tak ociosany aby jego odstające gałęzie stanowiły oparcie i wieszak dla sprzętów gospodarskich. Młody hakaski łowca był dumny ze swojego ościenia nabył go sam za własnoręcznie zdobyte skóry soboli. Oścień miał trzy mocne zęby zakończone grotami uzbrojonymi w zadziory a obsadzony był na długim drzewcu wykonanym z mocnego dobrze wysuszonego pręta leszczyny. Dzięki temu był mocny a za razem lekki. Do tylca tegoż drzewca uwiązany był mocny rzemień długi na sześć siągów ramion chłopca. Rzemień ten wiązało się do nadgarstka aby móc przyciągnąć do siebie oścień wraz z rybą a gdyby ta mocnym szarpnięciem wyrwała tą broń z ręki łowcy- rybaka potrzebny był po to aby nie odpłynęła z ościeniem w głębokie nurty rzeczne. Ude podnosił na swoim ościeniu już nie raz potężne łososie, jesiotry czy sterlecie. Bracia ruszyli w stronę odległego brzegu Abbakanu. Bahdur dreptał za swoim starszym bratem wpatrzony w niego jak w tęczę. Bo przecież brat zabrał go na ryby. Bahdur chciał być taki jak brat i często bawił się udając Ude a jego miś był nim czyli Bahdurem.

Chłopcy mieli wspólną pewną cechę – gadulstwo. I tak jak Ude męczył często swojego ojca ciągłym gadaniem tak teraz Bahdur męczył jego – Brat! Złapiesz rybę? Złapiemy dużo ryb? Dasz mi rzucić ościeniem? Brat! Daj poniosę twoją torbę, daj poniosę, proszę … Brat! Daleko jeszcze? Brat! Zrobisz ognisko?

Ude miał już dość, zdjął z ramienia swoją torbę i powiesił na bracie. Bahdur od razu urósł. Niósł torbę swojego starszego brata. Szedł z nim na ryby. Jednak po chwili milczenia zaczął od nowa – Brat a czemu teraz płyną w górę rzeki ryby? Brat! Daleko jeszcze??
Ude szedł cicho tylko półsłowem czasami odpowiadając małemu Bahdurowi. Szedł w oddalone miejsce od ułusu. Gdzie do Abbakanu wpływał szeroko rozlewając się strumień. Ude wiedział, że do niego wchodzą piękne Nerki i Kiżucze. Był już czas na nie- jesień. To niezwykły czas kiedy wiele tysięcy ryb o czerwono ubarwionych grzbietach ciągnie na miejsca tarłowe. To czas dobrobytu dla wszystkich leśnych drapieżników. Nad brzegami dużych rzek i całkiem niewielkich strumieni gromadzą się niedźwiedzie, wilki, rosomaki, lisy i skrzydlaci łowcy z orłami na czele oraz masa innych małych i dużych drapieżników i padlinożerców. Korzysta z tego dobrodziejstwa natury także człowiek, łowiąc a później susząc i wędząc dorodne i smaczne łososie.

Chłopcy szli raźno po przez dziką krainę. Gdzieś w oddali słychać było ryk godowy marali. Bahdur nadal nie dawał bratu spokoju pytając o wszystko. Czung tak jak by miał dość ciągłego świergotu chłopięcego głosu pobiegł do przodu i zniknął za kolejnym zakrętem wydeptanej przez ludzi ścieżki. Bracia wędrowali wysokim starym lasem cedrowym aż doszli do brzegu wyniosłego, prastarego a dla Hakasów świętego Abbakanu. Ude zatrzymał się na chwilę i zapatrzył się na szeroko rozlany powoli płynący Abbakan. Wstawał świt. Słońce swymi pierwszymi promieniami rozcinało nieboskłon niczym łowca swym nożem skórę na upolowanej zwierzynie. Marale powoli milkły. Wstawał dzień. Jesienny poranek był chłodny ale nie przenikliwie zimny. Na niebie nie było chmur. Ude obrócił się w stronę wschodzącego słońca i oddał mu pokłon. Bahdur naśladując brata także ukłonił się w stronę słońca.

Po chwili chłopcy ruszyli w dalszą drogę. Szli po kamienistym odkrytym brzegu Abbakanu. Aż doszli do ujścia strumienia. Skręcili zgodnie z jego biegiem i poszli w górę strumienia. Nad brzegami strumienia rosły olchy i wierzby. W nurcie i na jego brzegach co pewien czas widać było duże głazy. Dno strumienia było żwirowe. Pies myszkował gdzieś głębiej w tajdze.

Nagle gdzieś w tajdze rozległ się trzask łamanych gałęzi i tupot wielu nóg. Mały Bahdur przyskoczył do brata i chwycił go za nogawkę, Ude cały zamienił się w słuch i już po krótkiej chwili powiedział gładząc braciszka po głowie – To tylko marale. Czung musiał je spłoszyć jak wypoczywały gdzieś w gąszczu nadbrzeżnej tajgi. Odgłosy spłoszonych marali oddalały się gdzieś w kierunku głębi tajgi. Po chwili ucichły zupełnie. Bracia szli dalej. Aż brzeg strumienia doprowadził ich do starego zakola wypełnionego żwirem i kamieniami. Ude zdecydował – Bahdur tu zostaniemy braciszku. Tu będzie dobrze. Zobacz strumień zwęża się tak, że można go przerzucić ościeniem, Jest tu dużo drewna naniesionego przez powódź wiosenna. A i słońca dobrze grzeje na tej kamienistej łasze.
Bahdur zrzucił torbę brata i usiadł na dużym kamieniu. Ude zdjął swoją kurtkę zostając tylko w skórzanej bogato haftowanej przez matkę koszuli, spodniach i wysokich skórzanych butach. Do przegubu lewej ręki przywiązał rzemienną pętlę ościenia. Szybko ruszył w stronę paru dużych kamieni wystających z nurtu strumienia aby na nich niczym czapla zająć dogodne miejsce do łowów. Kiedy oddalał się usłyszał za sobą głos brata- Ude jestem głody!! Kiedy zrobisz ognisko?

Ude spokojnie odpowiedział – jak tylko złapię pierwsze ryby to zaraz je upieczemy nad ogniem braciszku. Poczekaj chwilę i nie oddalaj się żebyś mi gdzieś się nie zgubił.
Po tych słowach Ude przeciągle gwizdnął na psa. Czung usłyszawszy gwizd swojego pana po chwili wybiegł na kamienistą łachę. Podbiegł do Ude i otarł się o jego nogę. Chłopiec poklepał po grzbiecie swojego czworonożnego druha i przykazał mu pilnować Bahdura. Pies zamerdawszy ogonem żwawym kłusem podbiegł do malca i ułożył się koło Bahdura.
Ude w końcu był sam a raczej prawie sam. Do jego uszu dobiegało poszczekiwanie psa i śmiech Bahdura. Ude obejrzał się za siebie. W odległości rzutu oszczepem Bahdur i Czung mocowali się o kawał gałęzi. Ude spokojny już o brata wskoczył na swoje upatrzone wcześniej kamienie. Strumień w tym miejscu zwężał się zmuszając tym samym ryby do zbijania się w ciasne ławice. To bardzo ułatwiało rzuty ościeniem. Ude stojąc na tym naturalnym podwyższeniu umiejscowionym w nurcie strumienia rozejrzał się po okolicy. Słońce było już wysoko, wszędzie panowała cisza. Leśni strażnicy tacy jak wiewiórki, dzięcioły czy też sójki nie alarmowały leśnej społeczności o przybyciu drapieżnika. Ude wpatrzył się w spieniony lekko nurt rzeki. Wypatrywał zdobyczy. Jest! Płyną piękne łososie niczym żywe strzały mkną nurtem strumienia. Tak kolejna fala płynie do miejsca swych narodzin aby tam złożyć ikrę a później skonać z wycieńczenia po długiej drodze dając jednocześnie nowe życie.

Ude zebrał się w sobie na moment zamarł bez ruchu. Czekał tej jednej odpowiedniej chwili aby cisnąć oścień wprost w duży czerwono ciemny grzbiet. Nie chybić nie skaleczyć bez potrzeby nie zadać cierpienia. Trafić, zabić, upolować. Ude czuł nurt rzeki, uderzenia ogona mocnego łososia, czerwonego wędrowca – czekał. Jego usta jak zwykle wymawiały bezgłośną modlitwę do duchów rzeki, łowów, ryb. Prosił o powodzenie w łowach. Młody łowca wyczekał i niczym piorun z nieba oścień poszybował. Ude znał dźwięk pustego rzutu kiedy to groty zamiast w rybi grzbiet trafiają w kamienie. Tym razem rzut był czysty. Oścień do sięgnął celu. Ude chwycił za drzewce i sprawnym ruchem uniósł rybę nad wodę. Olbrzymi kiżucz był jego. Ryba miotała się na grotach. Ude sprawnym ruchem wyciągnął oścień z ryby przytrzymując ją za grzbiet. Następnie szybkim uderzeniem wcześniej przygotowanej pałki zakończył cierpienia swej ofiary. Taka jest kolej rzeczy i krąg życia w tajdze. Ktoś ginie aby inny ktoś mógł żyć. Czyż nie to odtwarza taniec szamanów w czasie świąt, święty krąg, bęben i rysunki na nim, narodziny, życie, śmierć, zmiana pór roku. Ude był częścią tego okrutnego ale jak że pięknego świata. Jego serce biło rytmem tajgi wiecznej i nie przemijającej matki, żywicielki.

Ude złowił jeszcze dwie ryby po czym zszedł ze swojego stanowiska łowieckiego. Zebrał ryby i ruszył w stronę brata. Bahdur przerwał zabawę z czungiem. Podbiegł do brata i odebrał od niego oścień ciągle wesoło szczebiocząc – Brat, ale duże ryby. Mogę je sprawić, proszę pozwól.

Ude uspokoił braciszka i zabrał się za przygotowanie ognia. Poszedł do dużego zwału naniesionego przez powódź drewna, wyłamał odpowiednie suche konary. Powrócił z nimi w miejsce gdzie duże kamienie tworzyły naturalny wiatrochron. Tam przygotował ogień. Grubsze kawałki połamanych wcześniej konarów rozczepił swoim nożem na drobne drzazgi, następnie cienko strugał z nich długie wióry. Kiedy uznał, że wystarczy już drobnego drewna sięgnął do swojej torby. Wyjął z niej pęcherz marala, w którym przechowywał krzesiwo oraz korę jałowca i hubkę i korę brzozy. Parę kawałków tej ostatniej położył pod wiórami następnie ujął w prawą rękę krzesiwo w lewej miał krzemień a na nim położoną hubkę. Uderzył, snop iskier upadł na hubkę jednak od razu nie załapała iskra. Uderzył drugi, trzeci i następne razy aż hubka błysnęła delikatnym czerwonym żarem. Żar pełgał po jej włóknach. Młody hakaski łowca odłożył krzesiwo i z woreczka wyjął pęczek kory jałowca, obłożył nią tląca się hubkę i delikatnie dmuchnął w nią. Wprawa i zręczność z jaką chłopiec rozpalał ogień zdradzała, że młodzieniec od dawna już wędruje bezdrożami tajgi i nie pierwszyzna dla niego samotne bytowanie w dzikich ostępach tajgi. Płomyczek raźno strzelił, pełgając po korze jałowca. Ude podłożył palącą się korę pod wcześniej przygotowane ognisko. Ogień najpierw chwycił w swe czerwone żywe ramiona korę brzozy następnie z niej przeskoczył na cienkie poskręcane niczym runo owcze wiórki z nich niby to w zabawie skoczył na grubsze patyczki i po nich to pnąc się wskoczył na grubsze kawałki. Ogień palił się wesoło trzaskając. Ude zagarniał trzykrotnie dym i koniec płomienia a następnie dotykał twarzy gestem jak by mył ją wodą. Był to rytuał oczyszczania się praktykowany z resztą do tej pory wśród łowców tajgi. Teraz był czas na przygotowanie sobie posiłku. Ude zawołał na brata chodź to mi pomożesz. Malec skoczył za bratem. Weszli w las. Ude wybrał dwa grube wierzbowe pręty i wyciął je sprawnie nożem do nich dołożył jeszcze parę cienkich prętów. Bahdur uważne przyglądał się bratu. Była to lekcja życia dla malca, obserwując uczył się od starszego brata jak przeżyć. Na razie patrzył i tylko czekał aż Ude pozwoli mu coś zrobić.

Chłopcy wrócili do ogniska, Ude z cieńszych prętów wierzbowych zdjął korę, starając się aby były to jak najdłuższe pasma. Robił to powoli aby jego mały braciszek dobrze się temu przyjrzał. Kiedy skończył obierać dwa pręty kazał podobnie postąpić Bahdurowi. Malec ochoczo zabrał się do pracy. Z pochewki zawieszonej na szyi wyciągnął swój drugi skarb – nóż. Dostał go o ojca. Oj ile to się Bold nasłuchał od swojej żony, ze nie należy takiemu malcowi dawać takich rzeczy. Czimur jak każda matka biadoliła, że Bahdur jak nie zgubi noża to na pewno się po kaleczy. I tu miała po części rację bo już na drugi dzień malec przybiegł z rozciętym palcem . Ale było to prawie rok temu teraz malec sprawnie operował swym małym, mocnym nożykiem. Naśladując brata okorował pręty wierzbowe. I siedząc ze skrzyżowanymi nogami uważnie obserwował starszego brata jak ten rozczepiał na pewnej długości grubsze wierzbowe konary. Kiedy skończył te czynności. Ude podniósł się i ruszył w stronę złożonych na kamieniu ryb. Wziął je i poszedł o całe strzelenie z łuku od na prędce założonego prowizorycznego obozowiska. Bahdur nie wytrzymał i zapytał brata- Braciszku, czemu idziemy z rybami tak daleko? – Mały Bahdur zadając to pytanie potknął się o kamienie. Ude bez słowa podał mu rękę, którą to malec skwapliwie chwycił. Ude odpowiedział na wcześniejsze pytanie – Widzisz Bahdur kiedy sprawiasz zdobycz blisko obozu a szczególnie ryby w takim czasie to musisz wiedzieć, że to tak jak byś na ucztę zapraszał gości z tajgi a ryba nie koniecznie zaspokoi ich głód. Ty możesz być następny do zjedzenia – Malec trwożliwie spojrzał w śmiejące się oczy brata. Jednak odpowiedział z dziecięcą butnością – Mam nóż! Nie boję się pokonam niedźwiedzia tak jak nasz sławny przodek Abba-abcziak.

Ude uśmiechnął się i objął ramieniem malca jednocześnie mówiąc – Oj braciszku, braciszku niedźwiedź jest duży i silny. Nawet ja teraz tylko pomagam tacie w łowach bo mój czas jeszcze nie przyszedł a co dopiero ty Bahdur- Malec się lekko nadąsał jednak po chwili już znów radośnie szczebiotał bez sensu.

Bracia doszli do dużego pnia, na nim to Ude złożył swą zdobycz i zabrał się za jej sprawianie. Na to tylko czekał Czung. Kiedy Ude sprawnym Rychem przeciął brzuch ryby i wydobył wnętrzności psisko już czekało z otworzoną paszczą, merdając ogonem. To była jego część. Po wypatroszeniu Ude sprawnie naciął ryby za skrzelami i pomagając sobie kciukiem oddzielił łby razem z kręgosłupem. Jednak za nim dał je psu to wydłubał rybą oczy. To był przysmak. Podzielił się nim z Bahdurem. Malec z wielkim smakiem zjadł rybie oczy. Ude zjadł tylko jedno. Wracając do obozowiska z tak sprawionymi rybimi tuszami. Bracia przekomarzali się. Ude krzyczał do brata – Oddaj łobuzie jedno oko, zjadłeś cztery to było dla mnie- Bahdur śmiejąc się, wołał- Nie dam to moje! – I biegał w koło brata. Kiedy wrócili do ognia Ude rozłożył na kamieniach rybie płaty przedział je w poprzek cienkimi wcześniej przygotowanymi wierzbowymi prętami a następnie umieścił je w rozwidleniu przygotowanych przez siebie grubszych konarów. Końce rozczepionych konarów starannie związał pasmami kory i tak przygotowane ryby umieścił nad żarem ognia. Następnie wyciągnął z torby brzozowe szczelne pudełko z solą i posolił obficie posiłek. Chłopcy siedzieli przy ogniu a Czung jak to on wałęsał się gdzieś myszkując za czymś o czym tylko on wiedział. Posiłek był już prawie gotowy kiedy to Ude powiedział do brata dając mu kociołek wyjęty z torby – Bahdur idź nazbieraj trochę igieł świerków to zrobimy dobry napar- Malec wziął kociołek i ruszył w stronę ściany tajgi, jednak po chwili obrócił się i zapytał – A masz Sahar, Brat?!- Ude odpowiedział – Mam idź już – Malec pobiegł.

W tym czasie życie w ułusie biegło normalnym trybem, kobiety szykowały posiłek, dzieci bawiły się a mężczyźni naprawiali siodła, broń czy też ostrzyli noże. Albo tak jak Bold po prostu spali. Czimur dręczyły jakieś złe przeczucia i już od rana co chwila przerywała sen Bolda swoim babskim gderaniem – Wstań, chłopców już długo nie ma. Wyszli jeszcze przed świtem. Ude zabrał oścień. Bold mężu wstań boję się o nich jeżeli poszli nad rzekę to wiesz sam. Teraz tam pełno niedźwiedzi – Bold naciągnął skórę pod którą spał na głowę. W końcu usiadł na posłaniu i z uśmiechem przemówił do ukochanej żony – Latasz nad moją głową jak wrona, której chciało by się jajka wybrać z gniazda i kraczesz. A co może się stać naszym synom tak blisko wsi nie podejdzie żaden niedźwiedź tym bardziej, że ciąg łososi jest już od paru dni i wielu łowców chodzi nad rzekę. Uspokój się sroczko moja ty - Jednak Czimur nie dawała się uspokoić i tak nalegała na męża aż ten poszedł poszukać chłopców. Zabrał ze sobą swój oścień aby przy okazji także ryb połowić. Jak cień ruszyła za nim jego wierna towarzyszka łowów szara suka Isza.
Bahdur zbierając świerkowe igiełki zagłębił się w puszczy. Nagle coś rudobrunatnego mignęło na ziemi. Malec stanął i zaczął obserwować. Tak to wiewiórka robiła zapasy orzechów na zimę. Mądre zwierzątko biegało niczym żywy ognik znosząc w jedno miejsce orzechy. Bahdur uśmiechnął się. Znał już zwyczaje wiewiórek i nie raz z bratem rabował ich spiżarnie. Teraz też chłopiec skradał się za wiewióreczką aby doprowadziła go do swoich zapasów. Był tak pochłonięty tropieniem, że nie zauważył jak cicho z za krzewu czeremchy wyłonił się olbrzymi stary niedźwiedź. Ten stary samiec miał dni chwały i potęgi za sobą. Był już bardzo stary, zapadłe boki świadczyły, ze szczęście mu nie sprzyjało w połowach ryb ani w innym polowaniu. Walczył o przetrwanie. Musiał nabrać tłuszczu na zimowy sen. Inaczej nie przetrwał by zimy. Wyszedł prosto na chłopca. Bahdur zamarł ze strachu. Zwierz złapał odwiatr, który powiedział mu, że ma do czynienia z małą istotą nie zdolna do walki. Stary niedźwiedź wiedział, że ludzkie szczenię to łatwy tym bardziej, że znał ten słodki zapach i znał smak ludzkiego mięsa, mięsa ludzkiego szczenięcia. Cykl księżyca temu już jedno takie szczenię ludzkie pożarł. Teraz szykował się na następne. Bahdur siłą woli przełamał strach i krzyknął z całej swojej dziecięcej siły – BRAT! BRAT! BRAT! - Ude nie słyszał tego krzyku stłumionego przez szum strumienia i pogłos wiatru. Jednak Czung usłyszał, ułowił trwożliwe wołanie pomocy. Poderwał się niby strzała i zjeżywszy sierść na karku runął w ciemną otchłań pradawnej tajgi. Kiedy zobaczył to Ude bez namysłu pobiegł za psem odruchowo już w biegu chwytając oścień. Bahdur rzucił w niedźwiedzia kociołkiem co zdezorientowało bestię na moment dając chłopcu chwilę na ucieczkę. Bahdur zaczął uciekać a zwierz podążył za nim. Stary leśny zbir biegł powoli jak by delektując się strachem ofiary, wiedział, że i tak ja dopadnie. Jednak nie przewidział, że odsiecz nadciągała. Malec krzyczał co pomogło szybko zlokalizować go w ciemnej puszczy. Ude gnał niczym niesiony na skrzydłach stepowego wichru – burianu. I zdążył. Bahdur potknął się i przewrócił i kiedy bestia miała już go dopaść, szary żywy pocisk wypadł za krzaków i rzucił się na niedźwiedzia. Czung zaatakował pierwszy. Szarpnął kudłacza za zad. Kiedy ten obrócił się aby dopaść tego kto mu przeszkadza, Czung odskoczył odciągając instynktownie kudłacza od malca. Niedźwiedź odpędziwszy na moment intruza chciał powrócić do swej ofiary jednak na drodze stanął mu nowy napastnik. Ude bez lęku stanął po między leśnym łowcą a swoim bratem. Z piersi młodego łowcy wydobył się okrzyk wojenny jego rodu słynne AAAASSSSSSSAAAAAA….!!! Po raz pierwszy okrzyk brzmiał w piersi młodzieńca tak groźnie. To nie była weselna gonitwa w osadzie klanu marala. To była walka o życie brata i własne. Ude nie czuł lęku. Wiedział, że nie ma odwrotu. On Ude nie mógł by spojrzeć w oczy ojcu ani nikomu w ułusie gdyby on uciekł a jego brat został by pożarty przez niedźwiedzia. Okrył by się hańbą. Ude czuł, że Bold postąpił by tak samo. Ojciec dał by się zabić aby on Ude czy też Bahdur przeżyli. Ude kipiał wściekłością i determinacją był gotowy do walki na śmierć i życie, krzyknął do brata – Uciekaj! Uciekaj do ułusu powiedz ojcu….. niech inni przybiegną…. Biegnij BAHDUR!!!!!
Bestia widząc uchodzącą ofiarę chciała obejść napastnika, niedźwiedź czuł, że to szczenię nie jest pozbawione kłów. Ude śmierdział walką. Czung znów doskoczył do kudłacza i boleśnie szarpnął zębami. Jednocześnie na łeb zwierza spadł potężny cios ościenia. Ude wiedział, że wbicie tej wątłej broni na nic się zda więc z całej siły wziął zamach i uderzył żeleźcem ościenia jak maczuga prosto w okolice nosa niedźwiedzia. Ten ryknął boleśnie i już chciał ruszyć na Ude kiedy znów Czung zatopił swoje potężne kły w jego szynce. Niedźwiedź atakowany z dwóch stron ryczał i miotał się. Każdy celny cios Ude był kwitowany głośnym okrzykiem bojowym AAAASSSSSSSAAAAAA….!!! Ude zatracił się w walce. Walczył o życie swojego ukochanego braciszka. Już raz uratował mu życie rzucając się w wody olbrzymiego Jeniesieju kiedy to malec nieostrożnie podszedł za blisko podmytej skarpy i spadł w bystry nurt. Ude skoczył bez zastanowienia za braciszkiem. Od tej pory ci dwaj byli nierozłączni. Teraz Ude walczył po raz drugi o życie brata.
Bold znając zwyczaje Ude i dobrze znając teren szedł prosto do miejsca gdzie obozowali chłopcy. Co pewien czas przystawał i uśmiechał się widząc odciski chłopięcych butów w miękkim żwirze. Nagle Bold stanął zobaczył , że biegnie ku niemu Bahdur. Bolda coś ścisnęło za serce, poczuł lęk jak nigdy do tond, ojcowskie przeczucie, że coś się stało. Bahdur biegł i kiedy zobaczył ojca jego małe nużki jeszcze przyspieszyły biegu, potykał się o kamienie i wywracał się jednak nie oglądając się za siebie szybko podnosił się i biegł. Bold podbiegł do malca kiedy ten znów się przewrócił. Mocne ojcowskie dłonie podniosły malca z ziemi. Bahdur zdyszanym łkającym głosem wołał – Brat….! Niedźwiedź…! Tata…! Ratuj…! Tam…Brat!- i wskazywał za siebie trzęsącą się rączką. Bold przytulił syneczka i powiedział- Bahdur, biegnij do ułusu. Najpierw powiedz o wszystkim stryjowi Batu- Urgowi. A później dopiero biegnij do matki – Po tych słowach puścił chłopca i pobiegł we wskazane miejsce. I o ile Ude podobny był do Burianu tak Bold gnał niczym zimowa Purga. Twarz łowcy nabrała ostrych rysów, nie czuł zmęczenia. Biegł po życie syna a może swoją śmierć. Isza wiernie gnała przy swoim panu gotowa oddać za niego życie. Pierwsza usłyszała ryk zwierza i zawołanie Ude oraz ujadanie czunga.

Ude był już bardzo zmęczony. Czung z niemalejącą zaciętością atakował starego kudłacza. Niedźwiedź rozdrażniony walcząc o przetrwanie jeszcze jednej zimy zdecydował się na śmiały atak. Zignorował czworonożnego prześladowcę, który szarpał mu skórę na zadzie i runął na Ude. Hakaski łowca zastawił się ościeniem. Ta wątła broń weszła po drzewce w kark niedźwiedzia i drzewce pękły pod naporem furii zaklętej w olbrzymim starym samcu niedźwiedzia. Jednocześnie kosmata, olbrzymia zakończona połamanymi ze starości pazurami łapa uderzyła Ude. Młodzieniec wyleciał w powietrze niczym strzała wypuszczona z przedniego refleksyjnego łuku.Ude uderzył o drzewo, jednak podniósł się i dobył noża z pochwy. Z młodej piersi młodzieńca bez trwogi wydobył się w przeczuciu strasznej śmierci okrzyk rodowy. Dzikie AAAASSSSSSSAAAAAA….!!! I nagle już jak by z oddali Ude usłyszał jak wtóruje mu inne potężniejsze zawołanie. Tak dobrze znane ojcowskie groźne AASSSSSSSAAAAAA….!!! W głowie chłopca jak iskra szybko za paliło się wspomnienie weselnej gonitwy. Kary ogier Ojca taranuje wierzchowca, którego dosiada nieuczciwy uczestnik gonitwy a ojcowska maczuga weselna spada na kark tegoż mężczyzny. Wspomnienie zamazało się. Ude pada na kolana i nie widzi już jak między nim a rozwścieczonym bólem starym niedźwiedziem wyrasta krępa, mocarna sylwetka ojca. Isza dołączyła do Czunga razem te psy stanowiły parę z samego dna krainy złego boga Erlika. Niczym błyskawice psy miotają się kąsając kudłacza. A Bold raz za razem uderza w i tak już skrwawiony pysk starego samca. Niedźwiedź wie, że przegrał tą bitwę, być może ostatnią bitwę w jego życiu. On też chciał tylko żyć. Chciał skorzystać z prawa tajgi, które mówi, że słabi i bezbronni stają się łupem i pożywieniem silnych i mocnych. Jednak teraz między ofiarą a nim wyrósł mocarz którego pokonanie może za wiele kosztować. Niedźwiedź jeżeli by umiał kojarzyć to może skojarzył by w tej chwili Bolda z rosomakiem. Ani jeden ani drugi nie ustąpi. Tak więc kudłacz rzucił się do ucieczki. A za nim pognały dwa rozwścieczone psy. Nadal nieustępliwie atakując tego, który ośmielił się zaatakować ich pana.

Bold pochylił się nad synem. Przyłożył ucho do ust młodzieńca a oczy skierował na jego pierś. Obserwował czy jego syn oddycha. Stary łowca wstrzymał oddech i zamarł w oczekiwaniu aby po chwili odetchnąć pełną szeroką piersią kiedy zauważył oddech syna. Gdzieś w oddali dobiegło jego uszu natarczywe ujadanie psów i głosy nadciągającej pomocy.

Ude był nieprzytomny. Jego dusza wędrowała po krainie przodków. Serce młodzieńca zaczęło łomotać ze strachu bo zauważył, że zaczynają go otaczać dziwne potwory o potężnych kłach i wielkich pazurach. Ich wielkie czerwone ślepia goreją nieziemskim ogniem. Otoczyły go niczym wilcza złaja w zimie. Ude stanął z nimi do walki bez strachu jak jeszcze przed chwilą stawał w obronie braciszka. Już te bestie miały rzucić się na niego gdy nagle stanął obok chłopca szykującego się do walki olbrzymi niedźwiedź. Niedźwiedź przemówił do młodzieńca – Ude synu Bolda, synu Abba-Abcziaka, mój synu to jeszcze nie twój czas wracaj do żywych. Przed tobą długa droga życia - Ude nie mógł otworzyć oczu, leciał w ciemność widzenie zniknęło. Gdzieś niby odległe echa zaczęły dochodzić do jego świadomości głosy ludzi. Wraz ze świadomością chłopiec poczuł ból złamanej lewej ręki i połamanych żeber.

Kiedy starzy łowcy wnosili nosze do ułusu to panowała cisza. Gdzieś tylko w gerach krewnych Bolda i Czimur słychać było lamenty jak po zmarłym. Na spotkanie tego orszaku z rozwianymi włosami na wpółżywa z żalu i przerażenia wybiegła Czimur i nie patrząc na nikogo rzuciła się na naosze myśląc, że na nich spoczywa jej pierworodny martwy syn. Ude jęknął kiedy matka upadła na niego. Obolałe żebra nie dały wydobyć mu głosu. Tylko Bold wesoło zawołał – Czimur! Kobieto niedźwiedź go nie zabił ale ty to zrobisz na pewno!!- Łowcy towarzyszący tej scenie zaczęli się śmiać.

Życie i śmierć przeplatają się w tej dzikiej i groźnej krainie. Gdzie Abbakan, Jeniesiej toczą swe szeroko rozlane wody a nad nimi szumi prastara, dzika Tajga matka karmicielka…
_________________
Wędruję poprzez świat polując, walcząc
i uzdrawiając

Przeklęty, kto miecz swój trzyma z dala od krwi - Bellicosa anima
Damnatus, qui gladio suo ab sanguem reservat - Bellicosa anima
Ostatnio zmieniony przez Hakas 2011-02-10, 18:31, w całości zmieniany 2 razy  
 
     
Prowler 
motórzysta


Pomógł: 7 razy
Wiek: 36
Dołączył: 28 Wrz 2009
Posty: 791
Skąd: Białystok
Wysłany: 2011-02-08, 21:24   

wreszcie !!! :-)
_________________
Podobno grzeczni chłopcy idą do nieba, a niegrzeczni idą ... tam gdzie chcą
"boga nie ma jest motór"
kanał yt https://www.youtube.com/u...ew=0&shelf_id=0
 
     
Hakas 
KAPKANCZYK


Pomógł: 1 raz
Dołączył: 03 Lip 2008
Posty: 209
Skąd: Pomorze Zachodnie
Wysłany: 2011-02-08, 21:31   

Wyczekane podobno lepiej smakuje.
Zapraszam do lektury.
Może w końcu ktoś się ruszy i coś napisze, dlaczego tylko ja mam opowiadać ja też chcę po czytać.
Hakas
_________________
Wędruję poprzez świat polując, walcząc
i uzdrawiając

Przeklęty, kto miecz swój trzyma z dala od krwi - Bellicosa anima
Damnatus, qui gladio suo ab sanguem reservat - Bellicosa anima
 
     
Prowler 
motórzysta


Pomógł: 7 razy
Wiek: 36
Dołączył: 28 Wrz 2009
Posty: 791
Skąd: Białystok
Wysłany: 2011-02-08, 21:38   

zanim zasiądę do czytania zakończę parzyć herbatę i odmierzę odpowiednią ilość wkładu procentowego co by poprawić właściwości napoju i uprzyjemnić jeszcze bardziej czytanie :) . A Ty Hakasie nie oglądaj się na innych tylko po pierwsze twórz, po drugie twórz i po trzecie najważniejsze twórz.
_________________
Podobno grzeczni chłopcy idą do nieba, a niegrzeczni idą ... tam gdzie chcą
"boga nie ma jest motór"
kanał yt https://www.youtube.com/u...ew=0&shelf_id=0
 
     
Hakas 
KAPKANCZYK


Pomógł: 1 raz
Dołączył: 03 Lip 2008
Posty: 209
Skąd: Pomorze Zachodnie
Wysłany: 2011-02-08, 21:42   

Na pewno coś jeszcze napiszę ale kiedy :roll: to nie wiem. Na razie musi starczyć to co wkleiłem dzisiaj.
Miłej lektóry Życzę
Hakas
_________________
Wędruję poprzez świat polując, walcząc
i uzdrawiając

Przeklęty, kto miecz swój trzyma z dala od krwi - Bellicosa anima
Damnatus, qui gladio suo ab sanguem reservat - Bellicosa anima
 
     
zdybi 


Pomógł: 2 razy
Wiek: 38
Dołączył: 01 Lut 2009
Posty: 435
Skąd: zachpom
Wysłany: 2011-02-08, 22:07   

Genialnie!
Echh Hakas :-D Zaczytałem się, widząc wszystko oczyma wyobraźni. W jakiś sposób, wyrobiłem sobie już nawet sylwetki i wygląd bohaterów :mrgreen:
Bardzo mi się podoba również to, że pośród zawartej w tekście przygody i całej akcji, można znaleźć konkretne informacje, wręcz porady... A to świadczy o wiedzy i doświadczeniu piszącego ;-)
Czekam z niecierpliwością na następne opowiadanie i pozdrawiam.
_________________
http://lukaszzdyb.blogspot.com
http://mybushcraft.blogspot.com
"Bo życie przecież po to jest,żeby pożyć"
 
 
     
Prowler 
motórzysta


Pomógł: 7 razy
Wiek: 36
Dołączył: 28 Wrz 2009
Posty: 791
Skąd: Białystok
Wysłany: 2011-02-08, 22:31   

no ja już też przebrnąłem. Nie daj się prosić i nie nadwyrężaj cierpliwości swoich czytelników.
_________________
Podobno grzeczni chłopcy idą do nieba, a niegrzeczni idą ... tam gdzie chcą
"boga nie ma jest motór"
kanał yt https://www.youtube.com/u...ew=0&shelf_id=0
 
     
Hakas 
KAPKANCZYK


Pomógł: 1 raz
Dołączył: 03 Lip 2008
Posty: 209
Skąd: Pomorze Zachodnie
Wysłany: 2011-02-08, 22:35   

Bardzo się cieszę, że moje nowe opowiadanie podoba się Wam.
Czasami mam wrażenie że opisy mogą być zbyt nudne lub, ze akcja za monotonna.
Dlatego tym bardziej się cieszę że kolejny raz sprostałem wymaganią moich wiernych czytelników.
Hakas
_________________
Wędruję poprzez świat polując, walcząc
i uzdrawiając

Przeklęty, kto miecz swój trzyma z dala od krwi - Bellicosa anima
Damnatus, qui gladio suo ab sanguem reservat - Bellicosa anima
 
     
Prowler 
motórzysta


Pomógł: 7 razy
Wiek: 36
Dołączył: 28 Wrz 2009
Posty: 791
Skąd: Białystok
Wysłany: 2011-02-08, 22:44   

Hakas napisał/a:
Czasami mam wrażenie że opisy mogą być zbyt nudne


nie wiem jak innym ale mi te opisy bardzo się podobają. Dzięki nim oczyma wyobraźni widzę świat który opisujesz. Te opisy nie są nudne. Jest w nich wiatr, barwa, zapach... wszystko to co najtrudniej ując słowami
_________________
Podobno grzeczni chłopcy idą do nieba, a niegrzeczni idą ... tam gdzie chcą
"boga nie ma jest motór"
kanał yt https://www.youtube.com/u...ew=0&shelf_id=0
 
     
rob30 


Dołączył: 02 Sty 2010
Posty: 249
Skąd: Sosnowiec/Spojené kr
Ostrzeżeń:
 1/4/6
Wysłany: 2011-02-09, 00:18   

A co z tym starym niedźwiedziem? Psy go dopadły, czy uciekł? No, a jak uciekł to czy wróci?
 
     
Hakas 
KAPKANCZYK


Pomógł: 1 raz
Dołączył: 03 Lip 2008
Posty: 209
Skąd: Pomorze Zachodnie
Wysłany: 2011-02-09, 13:36   

rob30 napisał/a:
A co z tym starym niedźwiedziem? Psy go dopadły, czy uciekł? No, a jak uciekł to czy wróci?


Psy go dopadły ale zdołał uciec a czy wróci :roll: to nie wiem.
A jak ty byś dostał Rob30 taką odprawę i miał oścień w karku to byś wrócił?
Hakas ;-)
_________________
Wędruję poprzez świat polując, walcząc
i uzdrawiając

Przeklęty, kto miecz swój trzyma z dala od krwi - Bellicosa anima
Damnatus, qui gladio suo ab sanguem reservat - Bellicosa anima
 
     
nicco 
....................


Pomógł: 1 raz
Dołączył: 29 Sty 2009
Posty: 108
Skąd: Lubelskie
Wysłany: 2011-02-09, 17:55   

Jak zwykle piękne opowiadanie, czyta się jednym tchem - gratuluje i pozdrawiam
Nicco
 
     
maly 


Pomógł: 6 razy
Dołączył: 16 Sie 2008
Posty: 507
Skąd: Mazowsze Wschodnie
Wysłany: 2011-02-10, 14:43   

zdybi napisał/a:
chh Hakas :-D Zaczytałem się, widząc wszystko oczyma wyobraźni. W jakiś sposób, wyrobiłem sobie już nawet sylwetki i wygląd bohaterów :mrgreen:

Zdybi mam tak samo tylko nie muszę sobie wyobrażać bohaterów, wiem o kim Hakas pisze w swoich opowiadaniach... :mrgreen:
Hakasie opowiadanie jak zwykle przednie i nie mogę doczekać się kontynuacji... Wiem że masz jeszcze mniej wolnego czasu ode mnie, ale nie katuj nas niepewnością dawaj następne :mrgreen:
ps. Powtórzę się ale spisz swoje opowiadania w książkę a już na pewno będziesz miał kilku klientów i wiernych czytelników...
Hakasie już niebawem obejmę we władanie nowe siedlisko, będzie gdzie tipi postawić i ognisko rozpalić, więc już teraz zapraszam Cię na mazowiecką ziemię. moja zona i córka na pewno się ucieszą, a i mi sprawisz niezrównaną przyjemność. Będzie czas aby zasiąść przy ogniu i poopowiadać o dawnych czasach...
_________________
Jeśli jeden człowiek coś potrafi , to i ja mogę się tego nauczyć...!
 
     
Hakas 
KAPKANCZYK


Pomógł: 1 raz
Dołączył: 03 Lip 2008
Posty: 209
Skąd: Pomorze Zachodnie
Wysłany: 2011-02-10, 15:27   

Witaj Bracie!
Jak tylko wiosna nadejdzie a ty obejmiesz nowe siedlisko w posiadanie to zjawię sie u ciebie. Zasiądę przy twoim gościnnym ogniu. Tak jak ty zasiadałeś przy moim.
Dziękuję za słowa uznania i cieszę się, że opowiadanie podoba się.
Następne już planuję. Chodzę układam w głowie akcję i opisy miejsc.
Błękitne Niebo Bracie!
Hakas
_________________
Wędruję poprzez świat polując, walcząc
i uzdrawiając

Przeklęty, kto miecz swój trzyma z dala od krwi - Bellicosa anima
Damnatus, qui gladio suo ab sanguem reservat - Bellicosa anima
 
     
Valdi 


Pomógł: 9 razy
Wiek: 48
Dołączył: 29 Sie 2007
Posty: 957
Skąd: Litwa-Vilnius
Wysłany: 2011-02-13, 23:05   

Witaj!
Coś pięknego! Nie dawniej, jak wczoraj zastanawiałem się, kiedy będzie następne opowiadanie. No i proszę-jest! Dzięki. Jak byś chciał powędrować zakolami Niemna czy Wilii-zapraszam, błękitu nieba i zieleni lasu na pewno nie zabraknie.
_________________
http://wild-terra.blogspot.com
 
     
yaktra 
tropiciel/ fotograf


Pomógł: 5 razy
Wiek: 57
Dołączył: 05 Kwi 2010
Posty: 833
Skąd: z krainy szaraka
Wysłany: 2011-02-14, 09:20   

Hillwalker napisał/a:
A to różnie bywa. Ja tam wolę wczesny ranek, między czwartą a piątą.

Noo, powiem szczerze, że teraz się zgodzę. Właśnie dziś obudziłem się o drugiej w nocy i jakoś tak zaczęły układać się myśli. Zasnąłem z tym wszystkim a kiedy wstałem przypomniało mi się to wszystko ponownie. Być może dlatego, że wczoraj późnym wieczorem czytałem opowiadanie Hakasa :?:
Hakas druhu, świetne, jak zwykle...
_________________
Okiem naszych obiektywów http://yaktrafotografia.jimdo.com/
 
     
karol12221 

Wiek: 22
Dołączył: 17 Sie 2010
Posty: 67
Skąd: Rybnik
Wysłany: 2011-02-14, 11:28   

Hakas uwielbiam książki. Są one lepsze niż komputer czy telewizor, bo mają swoją duszę i pozwalają naprawdę przeżyć przygody bohaterów. Jest jednak jedno ale, książka musi być ciekawa. Nie strawię nudnej książki. Twoje powieści są jednak świetne. Mają nutę tajemniczości, przygody i uczą. Oby było więcej twoich opowieść.

Pozdrawiam Karol

[ Dodano: 2011-02-14, 11:53 ]
Przeczytałem w weekend wszystkie książki jakie mam i teraz siedzę przed tym komputerem :cry:
 
 
     
Brightgrey 
Chce zmienić nick:D

Wiek: 34
Dołączył: 11 Lut 2009
Posty: 120
Skąd: skątowni
Wysłany: 2011-02-19, 21:29   

Za zgodą Hakasa umieszczam link do niestety zbyt wolno pojawiających się ilustracji do opowiadań.Przy tempie, które bracie nadałeś i natłoku innych zajęć wątpię, żebym był w stanie skończyć ilustracje do pierwszego opowiadania do chwili kiedy postanowisz wydać trylogię swoich książek:)

https://picasaweb.google.com/Brightgrey777/Ilustracje#

Pozdrawiam serdecznie.
_________________
NEVER GIVE UP
 
 
     
rob30 


Dołączył: 02 Sty 2010
Posty: 249
Skąd: Sosnowiec/Spojené kr
Ostrzeżeń:
 1/4/6
Wysłany: 2011-02-19, 22:19   

Brightgray fajne rysunki. Tylko jak oglądam rysunek trzeci, to mam wrażenie, że ten człowiek zaraz sobie utnie lewą rękę w nadgarstku.
 
     
NumLock 
vel Numeryczny


Pomógł: 15 razy
Dołączył: 03 Gru 2008
Posty: 494
Skąd: Podkarpacie
Wysłany: 2011-02-19, 22:45   

Hakas, wyborne!
Mam nadzieję, że dane mi będzie kiedyś usłyszeć te opowiadania przy ognisku od samego autora...
_________________
"Zarozumiałością oraz bezczelnością człowieka jest mówienie, że zwierzęta są nieme, tylko dlatego, że są nieme dla jego tępej percepcji" - Mark Twain.
 
     
Darayavahus 
Dziki Kvik


Wiek: 54
Dołączył: 28 Kwi 2011
Posty: 8
Skąd: Szczecin
Wysłany: 2011-07-07, 23:03   

Wyjeżdżam - i na dłuższy czas będę musiał zapomnieć o komputerze...
Na dobrą drogę zostawiam Wam fragment jednej z moich ulubionych piosenek: kawałek z tego, co kiedyś śpiewałem przy ognisku z gitarą...

Niepowtarzalny każdy krok
mej wolnej drogi;
niepowtarzalne każde drzewo
- liść drzewa, ziarno
w ziemi - i Ziemia -
NIEPOWTARZALNA....

Oddajcie rybom czyste wody;
oddajcie ptakom dobry wiatr!
W fabrycznych dymach my skrzydlaci -
zabraknie tchu
by śpiewać,
sił, by grać.
Oddajcie lasom zdrową zieleń,
oddajcie ludziom dobrą ziemię,
kto ją zabija, jak nie my?

Waszą mamonę mam za sobą
przeżyłem patriotyczny rajd;
w imię ojczyzny poszli w ogień -
- kto w imię wasze da im grób?

Moja włóczęga nie zna granic,
nie zna swej armii, obcych wojsk...
Jedno jest Słońce - jeden Bóg.
:-)
............................................
_________________
"Ekspansja jednego gatunku zawsze musi skończyć się katastrofą, gdyż żaden nie może żywić się własnymi odpadami"
- Lynn Margulis
 
     
Balkon 
Błotny Łazęga

Pomógł: 1 raz
Wiek: 27
Dołączył: 09 Lip 2011
Posty: 89
Skąd: Bytów
Wysłany: 2011-07-09, 01:15   

Piękne opowieści tworzysz Hakasie. Czyta się je bardzo fajnie.

Darayavahus fajny tekst tej pisoenki.
 
 
     
Gryf 


Pomógł: 4 razy
Dołączył: 19 Wrz 2007
Posty: 1092
Skąd: Wrocław
Ostrzeżeń:
 6/4/6
Wysłany: 2011-07-16, 16:31   

Czy ktoś jeszcze w naszym kraju potrafi pisać prozą tego typu poezję? Myślę, że do Nevrlego można by porównać naszego świetnego Władysława Krygowskiego, autora serii ksiąg o górach, lasach, wędrowaniu. O Życiu.
Do tej pory z twórczości czeskiego autora udało się przełożyć, niestety tylko, dwa rozdziały z książki p.t. Karpackie Gry. Hmmm. Gdybym miał odrobinę więcej pieniążków, chętnie wyłożyłbym większą sumkę na tłumacza i wydanie tej wspaniałej książki A może znajdzie się ktoś, kto zechce pokusić się o publikację tego jakże cennego tomu.? Kto wie?

Słowa i myśli przelane na papier w mistrzowski sposób, do tej pory nie czytałem niczego lepszego o górach, wędrowaniu, spędzaniu czasu pod gołym niebem.

Trochę przydługawe ale naprawdę warto.

Niebawem następny rozdział.

Miloslav Nevrlỳ "Karpatské hry"

Tłum. Milan Klimanek

Wędrowanie pod gwiaździstym kapeluszem.


Motto:
Miej namiot, przez który wiatr przewiewa,
on jest wdzięczniejszy niż wspaniały zamek.
Um - Jesid, matka szóstego kalifa.


Noce są węgielnymi kamieniami podróży, królewskimi grami. Dni mogą być gorące lub dżdżyste, nużąco długie i podobne do jedwabnego oka mgnienia, wesołe i monotonne ale ich niespodziankom pątnik przeciwstawia się w stanie czuwającym. Kroczy bezbronny, wystawiony na pastwę ciemności. Kiedy zbliża się wieczór, staje się niespokojnym jak cielna łania - nastał czas by iść spać. Ogląda krainę innymi oczyma, lasy przybierają przed przyjściem nocy inne oblicze. Jeśli wieczór jest ciepły, to i lasy wydają się być przyjazne, kiwają mi. Suche skraje boru rozpościerają się jak wabiące rusałki leśne, ale jeśli idą w karpackim gradobiciu mętnymi, obcymi górami, wtedy mgła, poprzedzająca noc na wysokości dwóch tysięcy metrów wzbudza poczucie strachu. Zionie z niej niepewność, zagłada. Byłbym szczęśliwy będąc daleko stąd, przy ludziach, w słonecznym poranku, ale nie można wybierać, pora iść spać, pora szukać sobie dobrego noclegu. Nie obawiaj się bojaźliwy braciszku, do tej pory zawsze spałem i każdego ranka budziłem się! Im mniej zabieram ze sobą w podróż, tym bardziej zdany jestem na łaskę matki natury i niezwykłe przeżycia.

Kiedy mam namiot, to jestem milionerem, obojętny, nie zwracający na nic uwagi, pewny siebie. Dojdę dokąd mi się spodoba, rozwinę zielony pałacyk, strach z nocy znika. Trzeba tylko dbać o arabskie powiedzenie: Najpierw przywiąż wielbłąda mocno do drzewa i dopiero potem oddaj go pod opiekę Boską. Rozbiję więc i wzniosę swój namiot i polegam zuchwale na miłosierdziu nocy, będzie bowiem długa. Lepiej spać niż w ciemnościach łatać rozerwane płótno, po błoniach z wichrem zgarniać rzeczy, którym narosły skrzydła wietrzne, wykręcać wodę ze śpiwora. Potem dopiero kładę się do snu.

Namioty są jak przybywający z innych krajów, każdy pachnie inaczej, ale wszystkie wspaniale. Każdy w inny sposób przepuszcza słoneczny blask, ranki maja w nich rozliczne kolory. Dziwne - istnieją ludzie, którzy nigdy nie zasypiali w powietrznym pałacyku. Ubodzy!

Jeśli mam tylko jedną płachtę, jestem jeszcze nadal bogaczem. Płótno długości dwa i szerokości dwa metry, mały i lekki tłumoczek i nie muszę się obawiać nocy. Leżę pod płachtą i przeżywam dwojaką radość, szczęście bogacza i szczęście banity. Mam dom ale też wiatr i gwiazdy. Jestem jak u Pana Boga za piecem, chociaż w deszczowej aurze nie trzeba mi oglądać się za odrobiną wody. Krople wody w namiocie z podłogą rzecz poważna - wsiąkną do ziemi, teren wyschnie, przestanie padać i gwiazdy znów się pokażą. Wychodzę z pod płachty, na twarz mi tu i tam kapnie z konarów, ale kto troszczył by się o to, czy ciało zostało suche. Niesamowite - na świecie są ludzie, którzy nie zasypiali z oczyma zapatrzonymi uważnie w niebo. Bardzo ubodzy!

W końcu przyjdą podróże, przy których nie mam niczego. Jestem bez namiotu, bez płachty i przygotowuję się do nocy. Źle jest kroczyć naprzeciw długiej, dżdżystej nocy. Wzrok błądzi po niebie, po chmurach, po gęstwinach. To jest dobre, chmury z prawego południa wieczorem rozpłynęły się, rozpuściły w blednącym błękicie, prędko oziębia się. Noc będzie pogodna i zimna, lecz chłód nie przeszkadza, szybko się do niego przyzwyczajam. Pocieszam się wspomnieniem o Tarasie Bulbie: nocny mróz na Dzikich błoniach rozochocił kozackie kości. Zdejmuję plecak, dzień jest już poza mną. Kula ziemska dokończyła swój codzienny, słoneczny taniec, zatoczyła krąg przed swoją gwiazdą, jej twarz gaśnie, nadchodzi noc. Osobliwe - istnieją ludzie, którzy nie mają plecaka, którzy nie mogą i nie potrafią nosić ze sobą wszystkiego. Czego potrzebują w życiu. Arcyubodzy.

Łamię świerkowe konary, aby nimi podłożyć śpiwór. Błogosławione kraje, gdzie mogę to w ogóle robić. Jeśli łamię gałęzie w lasach karpackich, jest to tak jak bym wyrywał sobie kilka ostatnich włosów z własnej głowy. Świerkowe łoże w przerzedzonym europejskim lesie - jest to skubanie ostatnich szczecin staremu mężczyźnie z jego ciężkiej pochylonej głowy.

Przed nadejściem nocy znoszę drewno, przygotowuję wielki ogień, rumuński "foc mare". Błogosławione kraje, które mają jeszcze dostatek drewna dla nocnych pątników! Ogniska zasłużyły na specjalny rozdział, opowiadający o najwspanialszej, migocącej nocnej grze. Ognie są radosne i czyste, godzinami mogę na nie patrzeć, miałbym je pamiętać jak dobrych ludzi. Ciche ognie z trzech polan, u których spałem w Połoninach. Tajne wartownicze ogieńki w leśnych parowach, w skalnych dołach. Pachnące ognie z drzew w południowym krasie słowackim. Pełgające ognie z drewna sosnowego pod wapniowymi ścianami Wielkiej Fatry, pod piaskowymi występami skalnymi w Ścianach Dieczyńskich, które ogrzały i oświetliły kamienie schronienia. Ognie z drewna nanoszonego prądem rzeki Cisy na jej piaszczyste mielizny, zapach ryb, bagien, wolności i słoniny na wierzbowym pręcie, gorący proch stadnin i błoni. Jasne ognie z drewna bobrowych budynków na polskiej Suwalszczyźnie, gdzie do stromych, pustych brzegów głębokich jezior biją przezroczyste wody i nad powierzchnią niesie się krzyk ptaków wodnych. Pasterskie ognie z jałowcowego drewna, z różanecznika i kosodrzewiny w Karpatach Siedmiogrodzkich i w macedońskim Pirinie. Ogień i owoce - kojący, bezpieczny zapach. Żyliśmy w ten sposób tysiące lat, tych kilku lat w kamiennych i betonowych ścianach miasta nie mogą rzucić słodką przeszłość.

Zasypiam wśród pasterzy u cichych stad, owce beczą przez sen, tu i tam potrząsają głową, ciche dzwonienie, pies poliże rękę obcokrajowcy. Cicho. Wielkie dobro umyka przed słowami, wcale nie dosyć wychwalałbym wszystkie ognie, to najstarsze dobro, które od wieków wygania zwierzę z człowieka, strach z duszy, chłód z ciała. Nie dograłbym się najmigotliwszych ogniowych iskier, wspaniałych i przy tym pożytecznych. Dlatego też ani słowem więcej o nich, mój przemiły braciszku! Ale kiedy tobie znudzą się pierzyny i łóżka, nałóż sobie na głowę szeroki, gwiaździsty kapelusz. Pod takim szerokim kapeluszem zasypiali podczas podróży poeci w czasach odrodzenia narodowego, pod takim szerokim kapeluszem układają się do snu pątnicy z najdawniejszych czasów. Ale kiedy znudzi cię świat, wsadź swój szeroki kapelusz głęboko na czoło! Połóż się pod księżycową skałę, ułóż się na południowym ugorze, ziemia jest sucha i twarda, pod twoją głową pachną korzenne niskie przyległe byliny. Nad takimi noclegami świecą gwiazdy najjaśniej i pełnia lśni jak okno ciemnej barki płynącej po Bałtyku.

Leżę na błoni i powtarzam sobie nazwy gwiazdozbiorów. Kiedyś znałem je wszystkie i z zadowoleniem uczyłem się o nich, ale dziś widzę, ze nie jest to potrzebne. Również co się tyczy gwiazd - i nie tylko ich - dobrą rzeczą jest w młodości nawet zupełnie nieodzowne znać wiele, lecz jeszcze lepszym jest w starości świadomie zapominać o nieważnych rzeczach. Pozostaje tylko to co ożywia wnętrze. Tak jak dla kwiatów, zwierząt i gwiazd nie są najważniejsze ich nazwy, tak nie jest dla nich ważne, do jakich sztucznych grup ludzie je zakwalifikowali. Wystarczy pod nimi leżeć i "paść" myśli na zielonych pastwiskach, czyny zostawić, by piły w czystych wodach. Słowa dziękczynnej wieczornej pieśni lecą jak srebrne jaskółki.

Ażeby cię nie zrazić do nocnych podróży - inne noclegi niż te pod gwiaździstym kapeluszem również są wspaniałe! Często budzę się pod gwiaździstym kapeluszem, badam nocne podmuchy wiatru i patrzę na chmury. Również głosy ptaków nocnych budzą mnie, pod szerokim gwiaździstym kapeluszem śpię lekko jak zwierzę przygotowane do wszystkiego, przygotowane szukać kryjówki czy schronić się przed ulewnym deszczem, burzą, niebezpieczeństwem. Wiedz zatem mój wygodny braciszku, iż najlepiej zasypia się na sianie, suchej trawie. Chyba dlatego, że rodzaj ludzki pochodzi z ciepłych, wschodnich stepów. Jesteśmy braćmi koni. Do siennicy, starego strychu na siano z dziurawym dachem pada światło księżycowe. Powietrzem cienko ciągnie się miły zapach wonnego ciepła i świeżej nocy - głębina bezpieczeństwa. Jeśli ci ktoś przed zaśnięciem położy ciepłą łapkę koło karku, tym lepiej, o wiele lepiej, mój wrażliwy braciszku. Stryszek na siano, najwspanialsze połączenie przyrody i cywilizacji, trawy i pomysłowości. Leżę zmęczony, nasycony. Wszystko co miało się stać tego dnia, stało się, jest wykonane. Ostatni głęboki wydech i całym ciałem rozleje się pełny i suwerenny smak odchodzącego dnia, wszystkich jego dobrodziejstw. Zrównoważony smak czosnku i czekolady. Dwa pozornie przeciwstawne zapachy połączyły się w jedwabny sposób.

Leżę i uważnie słucham: czy nie tańczy ktoś w polu w szarości? Nie tańczy, tylko trawa ucieka przed nocnym wiatrem. Dziwne, że nie wierzę w nocne rusałki z rzeszy traw, przecież wszystko co jest potrzebne dla ich zrodzenia i istnienia, dla ich tańca, jest właśnie pod gwiazdami wszechświata w zasięgu ręki. Nie wierzę w nie tylko dlatego, że oczy ich nie widzą, podobnie jak nie można uwierzyć bez odbiornika w radiowe fale, które są wokół kuli ziemskiej i niesłyszalne również grzmią w cichym, stryszku na siano zalanym światłem księżyca. Potem już cicho spoczywam bez jakichkolwiek myśli, zalewa mnie gnuśność, ciężka i ciepła jak roztopiona cyna. Nie można już poruszyć ręką, zasypianie jest słodkim odejściem. Z lasu przyszła do strychu noc, ciemna siostra czasu. Przyległa do mnie, przemknęła się, nie utrzymam otwartych oczu, nadaremnie przypominam jej słowa Proroka, iż modlitwa lepsza jest niż sen. Uśmiecha się, ma gorące ciało, którym napełnia głębinę bezpieczeństwa. Nadchodzi jej królestwo, władza snu, władza… właaaa…
 
     
zdybi 


Pomógł: 2 razy
Wiek: 38
Dołączył: 01 Lut 2009
Posty: 435
Skąd: zachpom
Wysłany: 2011-07-16, 17:39   

Genialne! Przyjemnie się czytało, gość pisze prosto z serca. Aż przypomniały mi się niektóre z chwil na szlaku:)
_________________
http://lukaszzdyb.blogspot.com
http://mybushcraft.blogspot.com
"Bo życie przecież po to jest,żeby pożyć"
 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,23 sekundy. Zapytań do SQL: 11