www.reconnet.pl Strona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy  Statystyki  Rejestracja  Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Przesunięty przez: Tanto
2010-07-28, 19:56
Opowiadania
Autor Wiadomość
Hillwalker 


Pomógł: 7 razy
Wiek: 43
Dołączył: 03 Wrz 2009
Posty: 270
Skąd: Dąbrowa Górnicza
Wysłany: 2009-11-30, 21:12   Opowiadania

Zachęcony powodzeniem tekstów Hakasa, postanowiłem zamieścić na Reconie jakieś własne opowiadanka. Będą nawiązywały do tematyki forum, survivalu, turystyki. Militariów raczej nie :)

Jutro wieczorem pierwsze z nich (mam nadzieję, że nie ostatnie, ale to zależy od Was). Naniosę tylko drobne poprawki.

Piszę już dzisiaj bo nie mam pomysłu na tytuł, dlatego wcześniej uprzedzam, że jeśli czytając przyjdzie wam coś ciekawego do głowy, piszcie śmiało.
_________________
" YOU create your own reality "
 
     
Valdi 


Pomógł: 9 razy
Wiek: 47
Dołączył: 29 Sie 2007
Posty: 957
Skąd: Litwa-Vilnius
Wysłany: 2009-11-30, 21:22   

Czekamy, czekamy!
 
     
Treasure Hunter
DD Hammocks

Pomógł: 5 razy
Dołączył: 01 Lut 2008
Posty: 724
Skąd: Górny Śląsk
Wysłany: 2009-11-30, 22:33   

Rozbudziłeś ciekawość ;-) Lubię wszelkie opowieści tematyczne więc czekam niecierpliwie ;-)
_________________
www.bushcraftowy.pl/blog
Dystrybucja DD Hammocks - Hamaki, Tarpy i Akcesoria
 
     
Hillwalker 


Pomógł: 7 razy
Wiek: 43
Dołączył: 03 Wrz 2009
Posty: 270
Skąd: Dąbrowa Górnicza
Wysłany: 2009-12-01, 16:44   

Niezbyt gęsta mgła zaczynała opadać, Słońce coraz intensywniej świeciło i przygrzewało.

Spojrzał jeszcze raz na mapę. Miał taki zwyczaj, że przed wędrówką po górach analizował ją dokładnie, zapamiętywał każde rozwidlenie szlaku, każdą ścieżkę. Wiedział, kiedy spodziewać się lasu, albo charakterystycznego punktu w krajobrazie, pamiętał po której stronie, a czasem nawet na jakiej wysokości. Sięgnięcie do plecaka po mapę oznaczało, że coś jest nie w porządku.

Jurek był doświadczonym turystą. Wiele razy w górach dopadała go zła pogoda, potrafił sobie poradzić. Zawsze dopuszczał możliwość awaryjnego noclegu, nie bał się go jak niedzielni wędrowcy, zresztą spanie pod gołym niebem przećwiczył o każdej porze roku i w różnych warunkach terenowych.

Nie przypominał sobie jednak, kiedy się zgubił w tej okolicy. Znał ją dość dobrze.

Szlak powinien prowadzić wzdłuż zbocza doliny, kamienistą ścieżką, najwyżej trzydzieści metrów ponad dnem. Sama dolina miała łagodnieć i potem zapełnić się rzadkimi zabudowaniami, pierwszymi znakami niedalekiego miasteczka. Na mapce oznakowana trasa absolutnie nie skręcała pod kątem prostym na dół. Kręcił głową z niedowierzaniem.

Może niedawno zmieniono trasę? Pewnie tak. Aż do przesady dokładnie, dróżka trawersująca zbocze doliny od miejsca w którym stał zniknęła. Pozostało jedno wyjście, skręcić w lewo ku niewygodnej stromiźnie. Trudno. Czarny szlak nie pozwalał na dowolność. Kamiennymi schodkami ruszył na dół, na wszelki wypadek nadal trzymał w dłoni mapę.

Ostatnią noc spędził w schronisku górskim, w wyjątkowo miłej, nawet jak na ten zabytkowy budynek, atmosferze. Dzień wcześniej przybyła do niego sympatyczna grupka studentów, więc wieczorem okolicę wypełniły akordy dobrze nastrojonej gitary i śpiewy. Możliwe, że hałas przekroczył normalny dla parku narodowego poziom, lecz gospodarze domu nie protestowali, a wszyscy obecni podchwycili zabawę. O ile w ciągu dnia odwiedza schronisko wielu ludzi nie wędrujących zbyt często po takich bezdrożach, o tyle na noc zostają sami wytrawni turyści. Okoliczne stworzenia mogły zatem posłuchać pieśni o obozowym życiu i doli piechura, który wciąż dąży ku odległemu horyzontowi, a sami uczestnicy nie pierwszy i nie ostatni raz poczuli tą braterską więź nie tylko między sobą, ale z całym światem przyrody. Nawet milczący samotnicy, liczni w każdym schronisku, słuchali z radosnym błyskiem w oku i ani myśleli iść do pokojów.

Jurek siedział blisko wesołej gromadki, grającej i śpiewającej, ale nie podejmował tekstów piosenek chociaż wiele z nich znał. Delektował się atmosferą, spoglądał na ściany głównej izby schroniska, pełne oprawionych w ramy starych fotografii. Wszystkie czarno białe, niektóre jeszcze sprzed wojny, przedstawiały góry, a to letnie, zadrzewione, strzelające w niebo ciemnymi skałami, a to znowu rozjaśnione czapą śniegu. Pionierzy narciarstwa przedzierający się przez zaspy na staroświeckich nartach, turyści w grubych swetrach i dziwnych nakryciach głowy. Dawni wspinacze w wełnianych skarpetach naciągniętych na spodnie pod same kolana, w rękach czekany. Oni zdobywali tutejsze szczyty w czasach gdy niewielu przemierzało ścieżki, bo szlaków jeszcze nie było.

Pomiędzy zdjęciami wisiały poroża lub całe łby jeleni. Na jednej ze ścian rozwieszono, być może prawdziwą, niedźwiedzią skórę. I te groźne drapieżniki można było tutaj spotkać. Obrazki i rekwizyty, oświetlone zawieszonymi na ścianach lampkami, tworzyły przytulny nastrój, każdy wiedział, że schronisko jest bezpiecznym miejscem na tym odludziu, gdzie nocleg pod gołym niebem niekoniecznie musi być beztroską drzemką.

Jedna ze studentek przestała śpiewać i gdzieś na kilka minut zniknęła. Potem nagle Jurek zobaczył ją przy okienku, gdzie wydawano potrawy i napoje. Zwróciła jego uwagę. Była to niewysoka ładna brunetka o lśniących włosach opadających na ramiona. Po chwili oczekiwania otrzymała parującą herbatę. Patrzył na nią z uśmiechem.

Ku Jurka zaskoczeniu nie wróciła do rozśpiewanego towarzystwa tylko usiadła obok niego.

- Zrobiłeś dzisiaj jakąś dłuższą trasę, czy tylko spacerek dolinami? - zapytała bezpośrednio.

Uśmiechnął się do siebie. Dziewczyna mogła mieć dwadzieścia dwa lata, jeśli nie mniej, tymczasem on dobiegał czterdziestki, wiedział jednak że wygląda dziesięć lat młodziej, może nawet na starszego, doświadczonego w uczelnianych bojach studenta. Opowiedział w kilku zdaniach którędy tutaj przyszedł.

Pokiwała z uznaniem głową:

- No, no, doświadczony piechur. My, przynajmniej dzisiaj i wczoraj, nie byliśmy tacy ambitni – rzekła.

- Nie każdy lubi łazić nad przepaściami, a ci co lubią, nie powinni tego robić codziennie – powiedział swobodnie.

Nawiązała się sympatyczna rozmowa. Miała na imię Renata. Była wesoła i odniósł wrażenie, że mówi to co myśli. Urzekła go pasja, z jaką mówiła o górach i wędrowaniu. Dziewczyna robiła wrażenie, jakby chłonęła życie intensywnie, całą sobą, oddychała przygodą. Wspaniale, że jeszcze istnieją tacy ludzie.

Kiedy zauważył, że dopija herbatę, zaproponował piwo. Zgodziła się. Podeszli do okienka, zamówił dwie szklanki. Renata zaproponowała, by wyjść na zewnątrz. Rzeczywiście, w głównym pomieszczeniu schroniska zrobiło się duszno. Zamknęli za sobą skrzypiące drzwi. Jeszcze kilku zapalonych turystów stało i rozmawiało w niewielkim oddaleniu od schroniska. Panowała zupełna ciemność, nigdy tutaj nie świeciły latarnie, jedynymi jaśniejszymi punktami były okna owego drewnianego domku gdzie znajdują nocleg co, którzy kochają te góry.

Jakież piękne i gwiaździste niebo mieli nad sobą. Rozmawiali co najmniej kwadrans, sącząc złocisty napój. Jurek pytał o jej studia, z zainteresowaniem słuchał opowieści. Dla niego czas nauki na uniwersytecie był już dość odległy, z przyjemnością wspominał tamten klimat słuchając słów dziewczyny.

Odprowadził ją potem do stolika a sam wrócił do pokoju, by należycie wypocząć przed jutrzejszym dniem. Planował wejście na jeden z okolicznych szczytów i zejście bezpośrednio do miasta. Musiał ruszyć wcześnie rano, radiowe prognozy straszyły załamaniem pogody, wiedział jednak że jeśli chce przejść zaplanowaną trasę, poranek to najlepszy czas, pora najbardziej stabilnej pogody.

Ścieżka okazała się stroma i wyjątkowo kamienista, co gorsza, kamienie układały się w dość wysokie schody, wielu turystów już po kilku minutach takiego marszu poczułoby nieprzyjemny ból w udach, a z czasem mogliby uszkodzić sobie stawy kolanowe. Jurek pamiętał taką sytuację sprzed lat, kiedy wyjeżdżał w góry rzadziej niż teraz. Po długim i męczącym zejściu dość łagodnym stokiem bolały go wtedy kolana. Bolały go też następnego dnia, w dodatku jeszcze silniej. Skutki zejścia odczuwał jeszcze przez ponad tydzień. Teraz potrafił, nie pomagając sobie kijkami trekkingowymi, schodzić bardzo miękko, płynnie, amortyzując każdy krok, dzięki czemu nie obawiał się poważniejszej kontuzji.

Stwierdził, że szlak oznakowany jest coraz lepiej, znaki wyglądały jakby wczoraj ktoś je namalował. Nie mógł już nigdzie zbłądzić. Skupił się na uważnym stawianiu kroków.

Stanął na moment i zerknął w dół. Widział już dość wyraźnie dno doliny i płynący tamtędy strumyk. Wokół pojawiło się więcej zarośli kosodrzewiny. Ocenił, że na dole znajdzie się za nie więcej niż dziesięć minut, potem prawdopodobnie droga skręci wzdłuż płynącej wody i sprowadzi go do miasteczka. Jeśli wierzyć mapie, a zaczynał w nią wątpić, będzie miał po drodze jeszcze zwartą grupę drzew, prawdopodobnie świerków.

Schodził cierpliwie. Wpadł w taki typowy trans turysty, który przez długą chwilę stawia kolejne kroki, nie mając obok towarzysza rozmowy. Oddalił się myślami od szlaku, wspominał wrażenia ostatnich dwóch dni. Dopiero kiedy dotarł do dna doliny, zwolnił. Zerknął na płynący z głośnym szumem strumień, odnalazł głaz z narysowanym oznaczeniem szlaku i już spokojniej, z mniejszym wysiłkiem, ruszył doliną.

Miał dotrzeć do niewielkiej grupy drzew tymczasem po dwudziestominutowym marszu wyrosła przed nim ściana lasu. Ogromne świerki, naprawdę niebotyczne. Mając za sobą lata chodzenia po górach musiał przyznać, że czegoś takiego jeszcze nie widział.

Wejście między drzewa oznaczało dużą ulgę dla stóp. Po wędrowaniu na kamieniach teraz dreptał po miękkim podłożu usłanym świerkowymi igłami, tu i ówdzie porośniętym mchem. Zwolnił, kiedy usłyszał nawoływania. Przez moment myślał, że ktoś wzywa pomocy. Wzmocnił czujność. Miał w plecaku apteczkę, potrafił udzielić podstawowej pomocy. Był gotów uczynić to teraz. Na szczęście okazało się, że nie ma mowy o żadnym wypadku.

- Hop hooop! - krzyknął męski głos – Janku! Hop hooop!

- Słyszę cię dziadku! - zabrzmiał radosny dziecięcy okrzyk – Już idę, idę. Gdzie jesteś?

Jurek wytężył słuch i zatrzymał się.

- Hop hooop! Niedaleko!

- Zaraz cię znajdę! - odparło dziecko, tym razem znacznie głośniej. Musiało być zupełnie blisko. Rudowłosy chłopczyk wypadł nagle spomiędzy drzew. Dziwne że Jurek nie zauważył go wcześniej. Drzewa rosły w znacznym od siebie oddaleniu i mógł widzieć okolicę odległą o dziesiątki metrów, dość wyraźnie.

Chłopiec spojrzał na Jurka.

- Dzień dobry panu, szukam dziadka.

Był ubrany w jasnopomarańczową, może nawet bardziej żółtą kurtkę, doskonale widoczną i w górach, i w lesie. Na plecach dźwigał nieduży plecaczek.

- Zgubiłeś się? - spytał Jurek.

- Tak, a właściwie to nie. Przyjechałem z tatą, ale... gdzieś tu jest mój dziadek.

Wtedy po raz kolejny usłyszeli, tym razem nieco bardziej ciche: hop hooop!

- Muszę za nim biec – rzekł stanowczo rudowłosy.

- A może wspólnie go zawołamy i tutaj przyjdzie?

- Nie, nie. On nie przyjdzie. Dawno go nie widziałem. Właściwie to nawet dziadka nie pamiętam, ale to on. To on! Biegnę już – i popędził chyżo niczym sarenka.

Minutę później w lesie znowu panowała cisza, tylko w koronach drzew słyszał jakieś ptasie zaśpiewy. Ruszył dalej, myśląc o niezrozumiałych słowach dziecka. Zwiększył tempo marszu. Miał wspaniałą kondycję, właściwie najlepszą od lat. Stawiał długie kroki. Uwielbiał tak maszerować nie czując zmęczenia. Organizm funkcjonował lepiej niż gdyby siedział w fotelu. Między innymi z tego powodu uwielbiał samotne wędrówki. Niewiele osób mogłoby dotrzymać mu kroku. Oczywiście czasami zwalniał, nawet stawał na kilka minut, podziwiając widoki albo tylko chłonąc górski lub leśny spokój. Ile razy nieruchomiał na dłuższą chwilę na górskiej grani spowitej mgłą. Nie widział nic wokół, ani dolin, ani błękitu nieba, a jednak miał świadomość przestrzeni i sprawiało mu to radość. Wędrując samotnie mógł też sobie pozwolić na nagłe zmiany planów, iść za impulsem, skręcić na inny szlak, zawrócić lub wybrać inne miejsce na nocleg. Wspaniała wolność jakiej nie doświadczyłby w grupie.

Przed laty, będąc jeszcze nastolatkiem a nawet w czasach studiów, wolał wyjazdy wieloosobowe. Po prostu w grupie raźniej i weselej. Nie doceniał wtedy jeszcze innych zalet pieszej turystyki po bezdrożach.

Przyjemnie szło się tą równą miękką ścieżką. Słyszał swój regularny oddech i ciche skrzypienie plecaka. W pewnej chwili zobaczył niską postać, odległą o nie mniej niż pięćdziesiąt metrów. Szybko zmierzał w tamtą stronę. Osoba, jak się okazało mężczyzna w młodym wieku, kucał, prawdopodobnie wiązał buty.

Gdy usłyszał Jurka, podniósł głowę i spojrzał prosto na niego.

- O, co za spotkanie! Cześć, Jerzy. No, tutaj się ciebie nie spodziewałem.

Rozpoznał wreszcie swojego kolegę z lat szkolnych. Mieli wtedy po czternaście lat, dopiero zaczynali odkrywać świat, opuszczali powoli beztroski okres dzieciństwa. Jurek chodził do tej samej klasy co Romek, ale nie byli bliskimi kolegami. Romek częściej spotykał się z bardziej niesfornymi uczniami. Sam, o ile Jurek pamiętał, wyróżniał się jako wymagający urwis, i nauczyciele mieli z nim troszkę kłopotów.

- Polubiłeś góry? - zapytał Jurek, pamiętając, że co jak co, ale turystyka na pewno nie należała do zainteresowań spotkanego kolegi.

- Nie. Góry to nie dla mnie, ale lubię ten las. Słyszysz jaki tu spokój? Wracam tutaj czasem. Dobrze tak pospacerować, poleniuchować. Masz ochotę na drobny poczęstunek?

- Mam jeszcze w plecaku jakieś resztki prowiantu.

- Ale coś bardziej konkretnego i na ciepło. Nalegam, dawno się nie widzieliśmy.

Jurek zgodził się i uśmiechnął na myśl o ciepłym posiłku. Może gdzieś blisko znalazł jakąś góralską karczmę? Okazało się, że jest inaczej. Romek zaprowadził go do miejsca w którym stało całkiem spore zadaszenie. Okrągły spadzisty daszek o średnicy co najmniej czterech metrów, wsparty dookoła na grubych balach drewna. W środku płonęło małe ognisko. Na ruszcie piekły się kiełbaski.

- To mnie zaskoczyłeś – szczerze powiedział Jurek – Sam to przygotowałeś?

- No pewnie. Nikt inny się tu nie stołuje. Siadaj. Zaraz sobie podjemy, już są prawie gotowe.

Jedząc kiełbaski, dobrze wysmażone i smaczne, opowiadali sobie o dawnych czasach. Właściwie tylko na ten temat mogli znaleźć wspólny język. Przypomnieli sobie wielu nauczycieli, ich przywary, zalety. Jurek stwierdził, że nie pamięta nawet wyglądu niektórych pedagogów, jednak Romek potrafił opisać ich tak dokładnie, że i w jego umyśle ukazywały się wyraźne postacie nauczycieli, którzy pewnie teraz byli w poważnym wieku, możliwe że na emeryturze. Dawne czasy.

Wyglądało na to, że Romek ma znacznie lepszą pamięć, a przecież to Jurek zazwyczaj siedział w drugiej albo trzeciej ławce i dokładniej widział i słyszał prowadzącego zajęcia. Romek zwykle okupował miejsca najbardziej oddalone od biurka i możliwie najbliższe drzwiom wyjściowym przez które wypadał jako pierwszy tuż po dzwonku na przerwę.

Po zjedzeniu posiłku Romek wstał i powiedział:

- Cieszę się z tego spotkania, no ale już muszę iść.

- Nie masz żadnego plecaka? - zapytał Jurek i rozejrzał się wokół.

- A po co mi plecak? - odparł

Po chwili uśmiechnął się lekko i odszedł.

Jurek został sam. Ogień przygasł ale nadal z paleniska bił żar. Na ruszcie skwierczały resztki tłuszczu. Chciał zawołać za kolegą, że nie można w ten sposób odejść od leśnej kuchni, ale zrezygnował. Wokół nie widział żadnego źródła wody. Postanowił posiedzieć jeszcze chwilę.

Oparł brodę na dłoniach i wpatrywał się z bliska w gorejące kawałki drewna. Jeszcze raz wrócił do szkolnych lat. Koniec szkoły podstawowej. Ostatnie tygodnie nauki. Klasa pełna młodych ludzi. Szukał oczyma wyobraźni Romka. Nie znalazł. Stopniowo przypomniał sobie problemy zdrowotne kolegi. Ostatni rok nauki. Często narzekał na bóle brzucha, potem kolejne pobyty w szpitalu. Dochodziły niepokojące wieści o stanie zdrowia Romka.

Teraz widział smutną klasę, poważnego nauczyciela. Tak. Wróciło to ukryte, wyparte wspomnienie. Jurek czuł cierpnącą skórę na plecach, chyba nawet na głowie. Po raz pierwszy w życiu strach ogarnął jego umysł i ciało, wstał na chwilę ale poczuł osłabienie i usiadł z powrotem. Nie mylił się. Romek nie przeżył choroby.

Więc kogo spotkał przed chwilą?

- To jakiś zły sen – szepnął – Muszę się obudzić. Ale nie potrafił.

- Przecież nie śnię. Jestem na wycieczce, przeszedłem przez ostatnie dni trudny odcinek, pokonując przełęcze, wchodząc na trzy szczyty.

Pamiętał noc w schronisku i późniejsze zejście. Po opuszczeniu schroniska trafił na niezbyt dobrą pogodę, mimo to dotarł na wierzchołek. Nie przebywał tam długo. Urwistą granią schodził ku przełęczy, skąd zamierzał trudnym zejściem dotrzeć do doliny.

Zejście z przełęczy byłoby karkołomne, na szczęście zabezpieczono je łańcuchami. Poruszał się dość szybko, nieba nie widział, siąpił lekki deszcz i co najgorsze, usłyszał, na szczęście dość odległe, grzmoty. Stwierdził wtedy niewesoło, że chyba nie zdąży zejść przed burzą.

Czy dotarł do końca łańcuchów? Później stanął w miejscu, gdzie szlak skręcał inaczej niż wynikałoby z mapy. Co wydarzyło się wcześniej? Nie rozumiał tej luki w pamięci. Oto schodzi z przełęczy, trzyma śliskie łańcuchy, a potem ogląda mapę w miejscu znacznie już oddalonym.

Wytężył umysł jeszcze bardziej. Wrócił myślami do drogi z przełęczy. Łańcuch, miejscami srebrzysty, czasem pokryty brudzącą warstewką rdzy, ciemny, nagle zmienił kolor, zalśnił niczym żywe srebro. Ten blask objął całą okolicę.

Jeszcze nigdy Słońce nie świeciło tak jasno.
_________________
" YOU create your own reality "
Ostatnio zmieniony przez Hillwalker 2009-12-01, 17:40, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Młody 
161 crew


Pomógł: 12 razy
Wiek: 27
Dołączył: 01 Sty 2009
Posty: 911
Skąd: Tychy
Wysłany: 2009-12-01, 17:09   

ooo jak miło się czyta takie opowieści, miałem wrażenie że jestem narratorem w tej opowieści którą opowiedziałeś. Świetne, należą Ci się brawa 8-)
_________________
Forum to nie agencja towarzyska-NIE DOGODZIMY KAŻDEMU !

Życie należy przeżyć tak, aby gołębie przelatujące nad Twoim grobem zesrały się z wrażenia.
https://www.fasttrans.com.pl/
 
 
     
zdybi 


Pomógł: 2 razy
Wiek: 38
Dołączył: 01 Lut 2009
Posty: 435
Skąd: zachpom
Wysłany: 2009-12-01, 19:21   

Gratulacje.To opowiadanie jest jak sen...Czekam na ciąg dalszy :-D
_________________
http://lukaszzdyb.blogspot.com
http://mybushcraft.blogspot.com
"Bo życie przecież po to jest,żeby pożyć"
 
 
     
Franek 


Wiek: 25
Dołączył: 07 Lis 2008
Posty: 61
Skąd: Wrocław
Wysłany: 2009-12-01, 19:41   

Genialne. Jak przedmówca z niecierpliwością czekam na więcej.
 
 
     
NumLock 
vel Numeryczny


Pomógł: 15 razy
Dołączył: 03 Gru 2008
Posty: 494
Skąd: Podkarpacie
Wysłany: 2009-12-01, 19:43   

Też jestem "za" :-) Będzie ciąg dalszy?
_________________
"Zarozumiałością oraz bezczelnością człowieka jest mówienie, że zwierzęta są nieme, tylko dlatego, że są nieme dla jego tępej percepcji" - Mark Twain.
 
     
Hillwalker 


Pomógł: 7 razy
Wiek: 43
Dołączył: 03 Wrz 2009
Posty: 270
Skąd: Dąbrowa Górnicza
Wysłany: 2009-12-01, 19:52   

Dzięki za pozytywne opinie i przy okazji gratuluję przeczytania najdłuższego posta w historii forum. Następne opowiadanko na pewno będzie krótsze.

Najdłuższego "posta" czy "postu" ? :roll:
_________________
" YOU create your own reality "
 
     
NumLock 
vel Numeryczny


Pomógł: 15 razy
Dołączył: 03 Gru 2008
Posty: 494
Skąd: Podkarpacie
Wysłany: 2009-12-01, 20:13   

Krótsze? Dlaczego krótsze? :-P
 
     
Hillwalker 


Pomógł: 7 razy
Wiek: 43
Dołączył: 03 Wrz 2009
Posty: 270
Skąd: Dąbrowa Górnicza
Wysłany: 2009-12-01, 20:46   

Internet lubi zwarte formy. Recon to taki przewodnik po turystyce, survivalu, teksty Hakasa czy moje to tylko przerywnik, dodatkowa atrakcja. Mógłbym tutaj wrzucić dwustustronicowe tomisko, ale po co?

Fajnie, że nadal wiele osób woli czytać niż oglądać "Gwiazdy tańczą na lodzie", "Jak oni śpiewają" czy inne podobne produkcje.

Dla mnie najlepszy wieczór to dobra książka, ewentualnie kochana kobieta :-P

Telewizor wyłączony.
_________________
" YOU create your own reality "
 
     
thrackan 
Manufaktura strużyn


Pomógł: 10 razy
Wiek: 32
Dołączył: 16 Cze 2009
Posty: 936
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2009-12-01, 22:22   

Warto było czekać na to opowiadanie.

Hillwalker napisał/a:
Mógłbym tutaj wrzucić dwustustronicowe tomisko, ale po co?

Jeżeli pisane tą samą ręką...

... to kiedy zaczynasz? :-D
_________________
Kilka zdjęć: http://www.23hq.com/thrackan/album/list
 
 
     
Hillwalker 


Pomógł: 7 razy
Wiek: 43
Dołączył: 03 Wrz 2009
Posty: 270
Skąd: Dąbrowa Górnicza
Wysłany: 2009-12-07, 20:27   

Oto kolejne moje opowiadanie - SURVIVAL W HIPERMARKECIE
Życzę dobrej zabawy.

Zenon poszedł na zakupy. Takie zwyczajne, codzienne. Potrzebował ziemniaków, jakąś cebulkę, pomidora, pieczywo, może jeszcze mleko, coś do chleba, ewentualnie smalec prawie jak prawdziwy i pęczek szczypiorku. Nieśmiało myślał o kupieniu droższej wędliny do chleba, lecz równie dobrze ambitne plany mogły się skończyć nabyciem konserwy turystycznej.

Niestety, trafił na dzień promocji. Okazja miała gonić okazję. Artykuły tańsze o dwadzieścia procent albo o połowę, albo za jedną trzecią ceny, towary bez VAT-u oraz najtańsze w mieście, dwa w cenie jednego, trzy w cenie dwóch, wspaniałe gratisy, miła obsługa, chętne panie ekspedientki i łagodna muzyka w tle. Jednym słowem- święto.

Przed sklepem stały duże wózki, przygotował monetę by odczepić łańcuszek. Niewiele już wózków zostało, upatrzył sobie jeden, czysty, bez ulotek i foliowych worków, lecz w ostatniej chwili uprzedziła go niska siwowłosa babcia. Drugi wózek, z kilkoma papierkami w środku, chwyciła dziewczynka:
- Zajęty. Dla mojej mamusi.

Kiedy Zenon dopadł wreszcie jako pierwszy do pojazdu na zakupy, ucieszył się szczerze i spróbował wsunąć monetę. Co za pech! W szczelinie sprężyście tkwiła wetknięta guma do żucia. Nie szkodzi. Powinien mu wystarczyć skromny koszyk. Wszedł do marketu i wkrótce znalazł ostatni, z pękniętym dnem.

Gęsty tłum krążył między licznymi półkami i stoiskami. Zenon pomyślał, że z małym koszykiem o wiele łatwiej dotrze do potrzebnych mu artykułów. Raźnym krokiem dotarł do działu z warzywami. Zaczął przebierać wśród siatek z ziemniakami ale stwierdził, że zajmą za dużo miejsca, więc na razie wziął tylko dwie cebule, szczypiorek, pomidorki i jakiś dziwny ale niewielki owoc. Postanowił iść do innej części sklepu, lecz po prawej stronie trzy panie zatarasowały mu drogę. Zawrócił i natknął się na gęstwinę wózków, które próbowali rozdzielić klienci, chwilowo bez powodzenia.

Westchnął zrezygnowany i zanurkował pod stoiska. Znalazł się w przytulnym cieniu, wśród zapachu kłączy, korzeni i chaotycznej zieleniny. Szedł na czworakach, nie zwracając uwagi na natkę pietruszki łaskoczącą go po łysinie. Nadal widział ludzi, teraz od kolan w dół. Nogi ubrane w starte dżinsy i ubłocone adidasy, czarne nogawki i lakierki, toporne uda z nabrzmiałymi żylakami i szczupłe nóżki w pończochach, które biegły w górę i w górę... Zenon wychylił się nieco, by ocenić ich długość oraz sprawdzić dokąd zmierzają, ale usłyszał jakiś szelest.

Nieopodal siedział mały dzieciak i zawzięcie jadł orzechy nerkowca, biorąc po kilka naraz z woreczka.
- Najdroższe? - zapytał złośliwie Zenon.
Dziecko odpowiedziało szybko, między jednym chrupnięciem a drugim:
- Spieprzaj dziadu.
Ponieważ akurat stworzyła się luka między kończynami, Zenon nie miał czasu skarcić malca tylko czym prędzej wymknął się i znów rozprostował kości. Napierający ludzie pchnęli go w nieoczekiwanym kierunku.

Niechcący znalazł się w dziale artykułów elektrycznych. Nie zamierzał kupować latarki ani bezprzewodowego czajnika z przewodem, toteż chciał odejść, lecz elegancko ubrany pan, w ciemnym płaszczu i trochę staromodnym kapelusiku, powiedział, patrząc na niego:

- Proszę spojrzeć na to – podniósł rękę w której trzymał niepozorną, stuwatową żarówkę – Czy oni nie wiedzą, że sprzedawanie tego jest nielegalne? No niech pan pomyśli! - podniósł głos i żarówkę jeszcze wyżej – Brak poszanowania dla przepisów i dyrektyw.

Zenon spojrzał zdumiony, dopiero po kilku sekundach wycedził przez zęby:
- A wie pan, gdzie ja to mam? Otóż bardzo głęboko w...
Nie dane mu było dokończyć. Pojawiła się Herma i z olbrzymią siłą zgarnęła go na wózek. Hermenegilda! Sąsiadka z osiedla. Dwieście kilogramów energicznej masy, kobieta – siłacz, kobieta – krążownik. Często spotykał ją w miejskim autobusie. Zawsze zajmowała miejsce w pierwszym rzędzie po prawej stronie.
Gdyby komercyjna telewizja zorganizowała konkurs na najszersze dupsko umiarkowanych szerokości geograficznych, nie dałaby rywalkom żadnych szans.

Swego czasu, będąc w autobusie, obserwował wsiadającą Hermę. Pojazd lekko się przechylił, kiedy stąpała po schodkach. Potem ruszyła ostro do przodu. Na jej miejscu usiadł cichutko młody chłopak. Właściwie zajął prawy fotelik, lewy pozostał pusty, jednak niezwykła ta kobieta wymagała podwójnej miejscówki. Chłopak wyglądający na ucznia chyba jeszcze powtarzał w myślach wyuczony materiał, coś jakby szeptał do siebie, gdy wtem usłyszał pytanie:
- Wolne?
Nieszczęsny! Zamiast gorąco zaprotestować, odparł uprzejmie:
- Tak, proszę usiąść.

I usiadła. Przygniotło młodzika do szyby, szczęście, że ją wczoraj dokładnie umyto. Dla ludzi stojących na przystankach, którzy obserwowali go z zewnątrz, wyglądał cokolwiek jak glonojad, ale podobno w wytrzeszczonych oczach nie gasła nadzieja, że Herma niedługo wysiądzie. Zenon wiedział jednak, że jej codzienny dystans wynosi szesnaście przystanków.

Nie myślał, że i jemu zdarzy się bliskie spotkanie z Hermą. Mógł zostać w domu.

Nagle Hermenegilda, która do tej pory nie zauważyła Zenona, zahamowała gwałtownie. Znalazła wymarzony ekspres do kawy. Stał spokojnie na regale, po promocyjnej cenie. Zenon próbując ratować się przed upadkiem pokonał kilka metrów w stylu początkującego łyżwiarza, a i tak w końcu wylądował wśród fantazyjnie ułożonych kwiatów doniczkowych.

W ich relaksującym zapachu doszedł do siebie, uspokoił oddech i serce, powoli wstał, strząsnął resztki torfu, wyjął z kieszeni dwa liście, podniósł koszyk i ostrożnie, przygotowany na najgorsze niespodzianki, skierował się ku wyjściu. Dla bezpieczeństwa szedł obok mniej zatłoczonego działu z nabiałem.

Młode panienki stały przy stoliku, proponując darmowe próbki kefirów i serków. Przechodził akurat chłopczyk, rozglądając się w poszukiwaniu mamy.
- Spróbujesz jogurciku, mały?
Cofnął się stremowany, lecz i tak dosięgła go łyżka pełna mlecznego napoju. Panna trafiła celnie, połknął i znieruchomiał.
- Ty, chyba nie chciał? - zapytała koleżanka
- Nie marudź. Dzisiaj upływa data ważności – i sprawnym ruchem wepchnęła drugą porcję do buzi dzieciaka. I tym razem połknął, ale zaraz potem uciekł.
- Smacznego! - zawołały za nim.
- Madzia, nie widziałaś serka pleśniowego? - jedna z dziewczyn rozejrzała się wokół
- Jest tam, na brzegu półki.
- Co go przyniosę, to wieje. Kto to produkuje, do cholery?

Zenek pomyślał, że już chce wrócić do domu. Bez poważniejszych przygód dotarł do kasy. Kolejka liczyła około dziesięciu osób, niektóre z nich miały pełne wózki. Zanosiło się na dłuższe czekanie. Pocieszała go myśl, że dorzucił do koszyka małą flaszeczkę i wiedział, że jeszcze dzisiaj jej zawartość uspokoi jego nadwerężone nerwy.

Wtem usłyszał okrzyk:
- Proszę do kasy obok!
Z niejakim zdumieniem patrzył na zamieszanie przed sobą i zaciekłą walkę o najlepsze miejsce przy sąsiedniej kasie. Został sam. Podszedł do ekspedientki, wyłożył artykuły, skasowała wszystkie i po ostatnim piknięciu odetchnął. Nareszcie.

- Zbiera pan punkty do skarbonki? - spytała
- Nie posiadam skarbonki.
- Wesołe uśmieszki?
- Nie.
- Kolorowe kuleczki?
- Również nie.
- Bierze pan udział w akcji „Święta dla rodziny”?
- Nie. Chciałbym zapłacić za to, co kupiłem.
- Kartą kredytową?
- Nie posiadam takiej karty.
- Zwykła bankomatowa zatem?
- Chciałem zapłacić normalnie. Banknotami tudzież bilonem. Mogę?
- No pewnie. U nas wszystko sprawnie idzie.
- Wie pani co? Od tej sprawności to mi tętno skoczyło – co powiedziawszy wziął małą butelkę, odkręcił nakrętkę i łyknął solidnie – Musiałem. Zdrowie tego wymagało. Psychiczne.

- Oooo! - krzyknęła kasjerka – Ochrona! Ten pan spożywa na terenie naszej placówki!
Zenon chwycił swoje rzeczy, położył stówkę i umknął.
- Reszty nie trzeba! - rzucił na odchodnym. Bez problemu wyminął ochroniarzy, stojących na straży od piętnastu godzin. Nie na darmo ćwiczył kiedyś biegi krótkodystansowe. Śmignął jak strzała obok trzech ankieterów, dwóch zbierających datki do puszek oraz szeregu żuli czających się przy wyjściu na każdy grosz przybliżający ich do kolejnego wina. Kiedy przebiegł przez parking, poczuł w nielicznych włosach wiatr wolności. Podskoczył i wyciągnął do góry ręce w geście zwycięstwa.
_________________
" YOU create your own reality "
 
     
Valdi 


Pomógł: 9 razy
Wiek: 47
Dołączył: 29 Sie 2007
Posty: 957
Skąd: Litwa-Vilnius
Wysłany: 2009-12-07, 20:44   

Miłe i znane z autopsji (uczucie) :)
 
     
niewazne
[Usunięty]

Wysłany: 2009-12-07, 20:54   

Może napiszesz cykl "SURVIVAL W HIPERMARKECIE".
Świetne opowiadanie :)
 
     
Hillwalker 


Pomógł: 7 razy
Wiek: 43
Dołączył: 03 Wrz 2009
Posty: 270
Skąd: Dąbrowa Górnicza
Wysłany: 2009-12-07, 21:03   

Miało być czysto rozrywkowo ale gdzieś ta irytacja jednak przebija.

Dobrze, że nikt nie próbuje cenzurować niektórych fragmentów. Od razu piszę - nie zgadzam się na to.
_________________
" YOU create your own reality "
 
     
zdybi 


Pomógł: 2 razy
Wiek: 38
Dołączył: 01 Lut 2009
Posty: 435
Skąd: zachpom
Wysłany: 2009-12-07, 21:14   

Czasem kupowanie w hipermarketach to koszmar.Niech żyją małe wiejskie sklepy :lol: Świetne opowiadanie ;-)
_________________
http://lukaszzdyb.blogspot.com
http://mybushcraft.blogspot.com
"Bo życie przecież po to jest,żeby pożyć"
 
 
     
Hakas 
KAPKANCZYK


Pomógł: 1 raz
Dołączył: 02 Lip 2008
Posty: 209
Skąd: Pomorze Zachodnie
Wysłany: 2009-12-07, 23:14   

Witaj Hillwalker !
Super, że dołączyłeś do piszących na naszym forum. Bardzo ciekawe i wciągające opowiadania. Czekam na kolejne.
Masz bardzo ciekawy i lekki styl pisania.
Pozdrawiam
_________________
Wędruję poprzez świat polując, walcząc
i uzdrawiając

Przeklęty, kto miecz swój trzyma z dala od krwi - Bellicosa anima
Damnatus, qui gladio suo ab sanguem reservat - Bellicosa anima
 
     
Hillwalker 


Pomógł: 7 razy
Wiek: 43
Dołączył: 03 Wrz 2009
Posty: 270
Skąd: Dąbrowa Górnicza
Wysłany: 2010-03-04, 17:04   

Witajcie wszyscy wielbiciele czytania (czyli większość forumowiczów) i pisania: Zdybi, Mazazel, nasz nowy kolego Arturze i przede wszystkim – Hakasie. Tobie chciałem podziękować za niedawne słowa otuchy i zachęty.
Pozdrawiam Puchala i Wolfshadow, niebawem znowu spotkamy się na szlaku.

Wrócimy do zimowych klimatów, choć Biała Pani jeszcze całkiem nie odeszła. Opowieść pojawi się w czterech częściach. Oto pierwsza z nich.



B I E L


Część I

Dorodna głowa jelenia dominowała na ścianie wykonanej z grubych bali. Poroże, niegdyś siejące postrach wśród innych samców, teraz robiło wrażenie tylko na turystach. Na tej samej ścianie umieszczono jeszcze dobrze spreparowane ciała borsuka i kuny. Pomiędzy nimi goście mogli obejrzeć reprodukcje obrazów, przedstawiające górskie krajobrazy i panoramy.

Drewniane stoły i twarde ławy stały niemal puste. O tej porze roku niewielu łazików docierało do tego schroniska. Dla narciarzy sezon się skończył, nie mogli już szusować bez ryzyka wpadnięcia na teren zupełnie pozbawiony śniegu. Dla zwolenników sezonowych wędrówek pogoda wciąż jeszcze stanowiła zbyt duże wyzwanie. Nikt nie potrafił przewidzieć, czy kolejnego dnia przyświeci Słońce, czy może jeszcze raz wróci mróz i przenikliwy wiatr.

Nic dziwnego, że w głównym pomieszczeniu zamknięto sklepik. Za kratą każdy mógł obejrzeć pamiątkowe odznaki, niektóre naprawdę ciężkie i drogie, liczne pocztówki, przewodniki, nawet zabawne figurki górali i ulubione pamiątki mniejszych dzieci, czyli miękkie owieczki. Chętnych do zakupów jednak nie było. Szkoda, bo tego dnia pogoda sprzyjała, i dojście tutaj nie sprawiłoby trudności i młodym amatorom pokonywania leśnych i górskich szlaków.

Czasami na piętrze skrzypiała podłoga, nieomylny znak, że jednak ktoś korzysta z tej bazy turystycznej.

Przez okienko prowadzące do kuchni wypływał smakowity zapach przygotowywanych potraw. Ktoś oczekiwał na posiłek? Tak, przy jednym ze stołów siedziała mała grupa młodych ludzi. Plecaki oparli o sąsiednie ławy, mieli dużo miejsca. Niedawno tutaj dotarli i dopadł ich głód. Czekali cierpliwie.

- Jajecznica na boczku! - rozległ się donośny głos.

- No to ja pierwsza – powiedziała z satysfakcją dwudziestoparoletnia dziewczyna o brązowych, niezbyt długich włosach, i prędko udała się do okienka po posiłek.

- Sztućców nie bierz, na pewno masz kilka kompletów – rzekł jeden z jej kolegów – Sakiewko nasza kochana, zapytaj co z naszym bigosem.

- Przypalił się – odparła Natalia. Nazywali ją Sakiewką, bo często miała przy sobie, przyczepiony do paska albo do plecaka, niewielki skórzany woreczek zaciągnięty rzemieniem. Podczas wyjazdów wielokrotnie okazywało się, że ma w nim drobne przedmioty, akurat potrzebne. Agrafka, kiedy komuś rozdarło się ubranie, mały kompas pokazujący, jak wrócić na szlak, kilka zapałek, sznurek i nitkę, nawet podstawowe medykamenty. Nikt dokładnie nie znał zawartości tajemniczego woreczka.

- Jestem pewien, że jeśli złamię kończynę, Natka wyciągnie stamtąd szynę, mówię wam.

- Czesław, słyszałam. Proszę temu młodzieńcowi nie doprawiać posiłku, jest dzisiaj nie do wytrzymania – zwróciła się do pani w okienku kuchennym.

- Za późno. Mogę mu dać trochę przesolony.

- To na nic. On soli nawet wodę. Żadna kara.

Przy stole siedzieli jeszcze dwaj młodzi ludzie. Szymon, szczupły chłopak o niewyszukanej fryzurze, czyli włosach długości ledwie zauważalnej, czujnym nosem węszył za bigosem. Koledzy nazywali go czasem Żółwiem, a to ze względu na jego sposób chodzenia po górach. Zawsze szedł pozornie wolno, jednak wytrwale, nie robiąc postojów i nie okazując zmęczenia. Przy dłuższych i bardziej męczących trasach zazwyczaj na końcu drogi wyprzedzał swoich towarzyszy i docierał do celu pierwszy.

Rzadko się odzywał lecz mimo to lubili go za spokój, wyrozumiałość i niespotykany rozsądek. Najczęściej milczący, w chwilach trudnych, gdy gubili drogę albo mieli jakiś kłopot, w Szymonie uruchamiał się pożyteczny mechanizm. Jakby wtedy odżywał, nagle rzucał pomysłami, zachęcał do ich realizacji, motywował kolegów. Potem znowu zapadał w letarg, zamieniał się w słuchacza, nie włączał do dyskusji.

Zupełnie inny charakter miał Gibon. Niewielu używało jego imienia- Łukasz. Nie pasowało. Energia go wprost roznosiła, koleżeński i wiecznie rozgadany, uwielbiający sporty ekstremalne, brylował w każdym towarzystwie.

- Możemy tam wejść jeszcze dzisiaj, damy radę – rzekł stanowczo – To łatwy szczyt.

- Jest późno – stwierdził Czesław, żartujący przed chwilą z Natalii – W dodatku szlak może być śliski, a jak będziemy wracali późnym popołudniem, nietrudno o kontuzję.

- To nie Himalaje, daleko nikt nie poleci – przekonywał Gibon – Będziemy czekali na wieczór, żeby wejść na prycze i zasnąć jak dzieci? Jutro powrót, bez mocniejszego akcentu na koniec? Groń jest prościutki, łagodne podejście, brak zakrętów. Widoki niezłe, podobno.

- Nigdy tam nie wchodziłeś – stwierdził Czesław.

- Dlatego mówię: „podobno”. Czesiek, drżą ci portki, brachu? Taki doświadczony góral?

- Przecież nie mówię nie. Prognozy są co prawda niejasne, mówią, że może spaść śnieg, ale temperatura trochę poniżej zera to nie problem.

- Wiosna już jest. Jak poprószy, to niewiele. Mamy solidne buty, trochę puchu im nie zaszkodzi. Jakieś trudności muszą być. To nie zlot emerytów ani wycieczka pttk-u. Co to za frajda iść w słoneczku i przy śpiewie ptaków? Ma być zimno, wietrznie i niebezpiecznie.

- Masz dużo racji – przyznał Czesław.

- Nie bądź taki pewniak, Gibon – powiedziała Natka – Po takich biegną później ratownicy.

- Honor nie pozwalałby mi dzwonić po pomoc. Nie ma takiej możliwości.

Szymon pokiwał głową z dezaprobatą i chyba nawet zamierzał coś powiedzieć, lecz usłyszeli głośny okrzyk:

- Trzy bigosy!

- Na to czekały moje uszy, że nie wspomnę o żołądku – oznajmił Gibon i popędził po gorące danie. Za nim Czesław, na końcu Szymon, czyli Żółw.

Gibon potężnego bakcyla wycieczek w góry złapał dość późno, dopiero w szkole średniej, ale jak już złapał, to nie na żarty. Poza górami uczestniczył w długich trasach rowerowych, wspinał się z kolegami po jurajskich skałach, penetrował jaskinie, obozował na dziko tam, gdzie przepisy tego zabraniają. Wszystko zaczęło się od znajomości z Czesławem. Przez rok chodzili do tej samej klasy liceum, niewiele z sobą rozmawiając. Dopiero w drugiej klasie podczas szkolnej wycieczki przypadkiem dłużej ze sobą porozmawiali na tematy inne niż szkoła. Potem Czesław pożyczył mu kilka książek znanych himalaistów, podróżników. Przed Gibonem otworzył się inny, lepszy świat. Do tej pory wyżywał się na tak zwanych imprezach ze znajomymi. Wielokrotnie wywoływał zabawne sytuacje w szkole, nie zawsze równie rozrywkowe dla poszkodowanych. Mimo licznych kłopotów, w jakie regularnie się pakował, nauczyciele jakoś go znosili, ceniąc inteligencję i bystry umysł. Między sobą mówili jednak, że ten mądry chłopak prawdopodobnie nie wykorzysta swoich możliwości, głównie przez brawurę i czasami nadmierną lekkomyślność.

Lektura pokazała mu nowy tym bohatera, mężczyznę silnego, nieugiętego, stawiającego sobie ambitne cele i realizującego je, jednak nie na oślep, raczej rozważnie, za to systematycznie. Czytał o prawdziwych ludziach i rzeczywistych wydarzeniach. Zapragnął też ukształtować w sobie podobny charakter.

Nie marnował czasu. Zaczął biegać, ćwiczył przysiady, kilka razy w miesiącu ruszał w teren. Zapisał się na kurs wspinaczkowy, chodził na basen. Kupił sporo książek o znanych wyprawach, śledził losy alpinistów, polarników. Czesław pokazał mu kilka ciekawych tras w górach, wspólnie przeszli też nowe szlaki. Dzięki zamożnym rodzicom w ciągu dwóch sezonów miał dobre wyposażenie zarówno turystyczne jak i wspinaczkowe.

Obecnie, parę lat po maturze, zaniechał w znacznym stopniu pokonywania pionowych ścian, skupił się bardziej na pieszych wędrówkach, letnich i zimowych.

Kończył posiłek, gdy dostrzegł w okienku jadalni młodą dziewczynę, być może córkę kobiety, która przed chwilą przygotowała im jedzenie.

- Tygrys rusza do akcji – rzekł, dokończył ostatnie kęsy i podszedł ku nieznajomej.

- Ogier się znalazł – powiedziała z przekąsem Natka.

- Już się gubię – poskarżył się Czesław – Tygrys, Gibon, Ogier... Dajcie spokój.

- Cześć, jestem Łukasz – powiedział nachylając się do okienka – Oddałem talerzyk z bigosem. Pyszny. Pikantny, takie lubię najbardziej.

- Cieszę się. Cecylia jestem. Fajnie, że ci smakował.

- Cycy...Cecy... lia. Bardzo ładne imię – stwierdził a w duchu dodał: i jakże trafne.

- Na co się tak patrzysz? - zapytała.

Podniósł wzrok o dwadzieścia pięć centymetrów i odparł przekonująco – Ładny sweter.

- Zimno trochę w schronisku. Pora roku taka, że chłodno na dworze a turystów jeszcze mało i nie ogrzewamy tak intensywnie.

- Planujemy wyjść dzisiaj na Groń – powiedział Gibon.

- Dobra pogoda, ale jest już po piętnastej. Nie myślicie, że za późno?

- Ile czasu zajmuje droga od tego miejsca, Cecylio? Szczerze mówiąc, jestem tutaj pierwszy raz. Wolę zapytać kogoś znającego teren.

- Na mapach podają trzy godziny. Ja w sezonie daję radę w dwie i piętnaście minut. Chociaż dzisiaj może być ślisko, więc trudno powiedzieć. Nie jest bardzo stromo, tylko ostatni odcinek trudniejszy, trzeba pokonać po drabince kilkumetrową ściankę. Jedyna skała po drodze, jeśli nie liczyć niewielkich głazów obok ścieżki. Ogólnie głównie idzie się po trawie i drobnym żwirku. Teraz pewnie płytkim śniegu.

Rozmawiali jeszcze chwilę, wreszcie Gibon wrócił do towarzystwa.

- Wolisz lasy czy laski? – zapytała Sakiewka

- Zasięgałem fachowej informacji na temat wejścia na Groń.

- Przecież wiemy – powiedział Czesław z wyraźną ironią.

- Cycylia mówi, że nie ma żadnych przeciwwskazań i możemy sobie spacerkiem iść. Zgodnie z wymogami bezpieczeństwa w schronisku już wiedzą, gdzie idziemy, także możemy zabierać plecaczki i startować.

Pozostali już nie oponowali. Szczyt w istocie nie należał do trudnych, cały grzbiet z daleka przypominał wydłużoną wydmę, której jeden stok jest stromy, a drugi, przeciwległy, długi i łagodny. Schronisko leżało u stóp łatwiejszego podejścia.

Wyszli na ścieżkę, prowadzącą między smukłymi świerkami. Maszerowali wygodnie po miękkim igliwiu, wdychając orzeźwiający zapach. Na razie nigdzie nie widzieli ani śladu śniegu.

Tymczasem do jadalni wróciła mama Cecylii.

- I jak tam, jacyś nowi goście się pojawili? - dobrze wiedziała, że nikt nie przyszedł i już raczej tego dnia nie nadejdzie.

- Aby do ciepłej wiosny, mamo – odparła. Zadzwonił telefon komórkowy i musiała odebrać.

- Chociaż sobie zrobimy herbatki z prądem – powiedziała cicho gospodyni schroniska i postawiła na małym piecyku czajnik ze źródlaną wodą. Wolała gwarne wieczory w sezonie, kiedy główne pomieszczenie rozbrzmiewało licznymi rozmowami, kiedy turyści dzielili się wrażeniami upływającego dnia. Choć pracy wtedy było co niemiara, to jednak raźniej i weselej wszystkim mieszkańcom, i stałym, i przyjezdnym.

- Mamo, dzwonił Stach. Jego ojciec zachorował, prosi, żebym mu trochę pomogła. Schodzę na dół.
- Dobrze. Uważaj na siebie. Pozdrów ich ode mnie – odparła zawiedziona gospodyni.

W ciągu kilku minut Cecylia ubrała się i zniknęła za zakrętem. Za półtorej godziny dotrze do miasteczka.

Teraz w schronisku nikt nie wiedział, że cztery osoby ruszyły w stronę szczytu.


cdn
 
     
unabomber 
wirus homo sapiens


Pomógł: 1 raz
Dołączył: 16 Sie 2009
Posty: 239
Skąd: Beskid Niski
Wysłany: 2010-03-04, 17:29   

hahaha! znam te klimaty! dobre, dobre...
_________________
Zima weryfikuje.
 
     
CTHULHU 


Wiek: 32
Dołączył: 18 Lut 2010
Posty: 34
Skąd: Civitavecchia
Wysłany: 2010-03-04, 19:09   

Panie Hillwalker dostrzegam bardzo rozległe umiejętności. W dziedzinie pisarstwa, spokojnie może pan konkurować z naszym najnowszym forumowiczem Arturem.
Teksty są bardzo porządnie sformułowane, wciągające. Jestem pod wielkim wrażeniem :-P
i czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy.



Pozdrawiam.
 
     
Mazazel 


Pomogła: 2 razy
Wiek: 37
Dołączyła: 02 Sty 2010
Posty: 87
Skąd: Łódź
Wysłany: 2010-03-04, 21:19   

Zapowiada się interesująco...tyle może się zdarzyć...na tym szlaku...i z tymi sweterkami (można się np w taki sweterek zaplątać :p ).
_________________
zlotykon.pl
 
 
     
CTHULHU 


Wiek: 32
Dołączył: 18 Lut 2010
Posty: 34
Skąd: Civitavecchia
Wysłany: 2010-03-04, 22:40   

Hmmm powiem szczerze, że niegdyś pisywałem krótkie opowiadania. Może coś wyskrobie :-D

Może spodoba się wam :-P
 
     
Hillwalker 


Pomógł: 7 razy
Wiek: 43
Dołączył: 03 Wrz 2009
Posty: 270
Skąd: Dąbrowa Górnicza
Wysłany: 2010-03-05, 17:10   

Długopis w łapę (albo klawiatura pod rękę) i do roboty!
Będziem czytać.
:-D
_________________
" YOU create your own reality "
 
     
CTHULHU 


Wiek: 32
Dołączył: 18 Lut 2010
Posty: 34
Skąd: Civitavecchia
Wysłany: 2010-03-05, 17:53   

;-)
Ostatnio zmieniony przez CTHULHU 2010-03-05, 21:44, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,21 sekundy. Zapytań do SQL: 12