www.reconnet.pl Strona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy  Statystyki  Rejestracja  Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Przesunięty przez: Tanto
2010-07-28, 19:58
Opowieści ogniskowe
Autor Wiadomość
archiwum

Wiek: 40
Dołączył: 26 Sie 2007
Posty: 77
Skąd: reconnet.pl
  Wysłany: 2008-05-28, 20:05   Opowieści ogniskowe

"Witajcie serdecznie druhny i druhowie! Leśny rzucił żeby założyć osobny temat na opowieści moje i nietylko.
Więc Siadajcie przy witrualnym ognisku i słuchajcie opowieści..."

link do archiwum
 
     
palowski 
wiszę w hamaku


Pomógł: 5 razy
Wiek: 30
Dołączył: 18 Kwi 2008
Posty: 332
Skąd: Podbeskidzie
Wysłany: 2008-05-28, 22:20   

Wiwat, panowie!
_________________
/ lesovik.eu - zapraszam
 
 
     
Hakas 
KAPKANCZYK


Pomógł: 1 raz
Dołączył: 02 Lip 2008
Posty: 209
Skąd: Pomorze Zachodnie
Wysłany: 2008-08-20, 10:59   Opowieści Ogniskowe - reaktywacja

Witajcie moi Towarzysze puszczańskiego szlaku.
Już dawno nie siadałem z Wami przy wirtualnym ogniu , który nas jednoczy w tym dziwnym kręgu. Wielu z Was nie znam a czuję się w Waszym towarzystwie tak jak byśmy znali się od lat i siadywali prawdziwym, ciepłym, pachnącym lasem ognisku. Nie było mnie dawno bo przemierzałem świat wędrując po przez góry i lasy. Teraz kiedy na odpoczynek zawitałem w rodzinnym domu znów chcę zasiąść przy ogniu i zacząć snuć opowieści. Hej Lupinek nie pij sam herbaty może nalejesz wędrowcowi czareczkę czaju. Witaj Tanto, witaj W0jna! Miło Was widzieć Bracia Mały Jastrzębiu i Mgr_scaut. Dorzucę tylko do ognia i zaczynam opowieść.

Wczesnowiosenna noc w tajdze była jeszcze w pełni. Mrok myśliwskiego szałasu pokrytego płatami brzozowej kory rozjaśniły słabe, wątłe iskry skrzesane krzesiwem. Hubka załapała, ciszę panującą w szałasie przerwało ciche dmuchanie i skwierczenie żaru. Nagle ciemność rozświetlił malutki ognik i zaczął rosnąć w jego blasku pojawiła się twarz młodego hakaskigo łowcy. To był Bold młody myśliwy z plemienia hakasów. Spokojnymi ruchami podłożył płonącą podpałkę pod palenisko. Płomień rósł i powiększał się aż jego blask rozjaśnił wnętrze szałasu. Szałas nie był duży ale przytulny. Na ścianie wisiał kołczan i łuk oraz skórzana podbita wilczym futrem kurtka oraz czapka także z wilczego futra. Młody hakas ubrany był w miękką skórzaną koszulę i skórzane portki. Na nogach miał długie skórzane wyściełane futrem buty z reniferowej skóry. Bold wyciągnął z podróżnego, skórzanego worka suszone wędzone mięso zaczął się posilać. Uśmiechał się do siebie. Zima mijała nastawała wczesna wiosna syberyjska było chłodno a nie mroźno i śnieżnie. Kra płynęła wielkim świętym Abakanem. Tajga powoli budziła się z zimowego odrętwienia. To wspaniały czas, czas polowania na głuszce. Na nie właśnie wybrał się hakas. Mięso kogutów nie jest zbyt smaczne ale sama przyjemność polowania starcza za satysfakcję poza tym duże pióra ze skrzydeł doskonale nadają się na pierzyska strzał. Hakascy łowcy wysoko cenią tych co potrafią dokonać tej sztuki- podejść tokującego głuszca. Wychwycić tą magiczną chwilę kiedy to kogut głuchnie na odgłosy zewnętrznego świata, kiedy to myśliwy może postąpić dwa góra trzy kroki w kierunku ptaka.

Młody myśliwy starannie zaczął przygotowywać się do polowania. Z łubi wyciągnął swój wspaniały łuk kompozytowy, który kupił cztery wiosny temu od chińskich kupców dał za niego dziesięć sobolowych skór. Obejrzał go dokładnie następnie sprawdził uważnie cięciwę plecioną a raczej skręcaną z jelit marala, natłuścił ją mieszaniną szpiku kostnego i łoju żeby była elastyczna i nie chłonęła wilgoci. Bowiem wilgoć ją rozmiękczała i czyniła bezużytecznym łuk. Woda w kociołku nad ogniem zaczęła miło bulgotać więc Bold przerwał swoje zajęcia na chwilę i zaparzył sobie herbaty. Pijąc ją powoli sprawdzał strzały. Szczególnie przyjrzał się trzem strzałą o spiralnych pierzyskach i małych kościanych grotach. To były strzały, które wyróżniały się prostszym torem lotu łatwiej było strzelić nimi między gałęzie drzewa. Robić takie strzały nauczył Bolda jego dziadek. Stary i mądry szaman i łowca Tapcziak – Ugaj. Kiedy skończył przegląd sprzętu potrzebnego mu na polowaniu wstał, wziął kawałek mięsa i czarkę herbaty oraz dwa kościane groty i wyszedł z szałasu. Mrok zasnuwał jeszcze tajgę, gdzieś daleko odzywała się sowa. Wiatr kołysał wierzchołkami olbrzymich kedrów i modrzewi. Bold spojrzał w niebo, które było czyste i skrzące się od gwiazd. Młodemu hakasowi przemknęła myśl przez głowę – przy, którym z tych niebiańskich ognisk zasiadają jego przodkowie i czy oni też teraz szykują się na wiosenne głuszcowe łowy? Po tej chwili zamyślenia ruszył dalej w tajgę, klucząc między drzewami doszedł do małej polanki. Na środku tej polanki stało wielkie drzewo o dziwnie rozrośniętych konarach. Na tych konarach wisiały kości zwierząt , wilcze ogony a na pniu powieszone były czaszki niedźwiedzi, wilków, marali. To było święte drzewo. Hakas pokłonił się drzewu i w jego dziupli złożył kawałki mięsa na płacie brzozowej skóry, obok położył groty strzał. Herbatą polał pień drzewa. W czasie tych czynności dało się słyszeć cichą modlitwę łowcy – O duchy łowiska bądźcie mi przychylne niech moje strzały sięgną celu, niech mój krok będzie niesłyszalny dla zwierząt a odwiatr niech będzie zapachem lasu. Po skończonej modlitwie skłonił się do ziemi przed drzewem i wrócił do szałasu. Ubrał się w kurtkę i czapkę na plecy zarzucił kołczan w dłoń wziął łuk i ruszył po przez mroczną tajgę w kierunku gdzie rozpościerały się wielkie mokradła a nad nimi górowały suche piaszczyste ostrowia porośnięte wiekowymi modrzewiami. To ulubione miejsce tokowania głuszców. Szedł uważnie, wsłuchując się w odgłosy nocnego życia tajgi. Jego obecności w łowisku nie zdradził najmniejszy szmer czy złamana gałązka. Stąpał miękko co chwila przystając. Kiedy dotarł na miejsce na wschodzie niebo lekko po szarzało. Bold założył cięciwę na łuk , z kołczanu wybrał dwie strzały o spiralnych lotkach. Usiadł pod wielkim kedrem , którego gałęzie prawie dotykały ziemi. I wsłuchał się w głos odwiecznej przyrody. Naprzeciwko niego rozpościerało się mokradło a w odległości około trzystu kroków był ostrów porośnięty wielkimi modrzewiami, niektóre z nich obalone wiekiem leżały a ich miejsce zajmowały nowe, młode. Tak, pomyślał Bold odwieczny cykl przyrody, śmierć i życie, pory roku, narodziny i umieranie magiczny krąg , krąg ognia i szamańskiego tańca, tarcza bębna i tarcza słońca. Życie. Z zadumy wyrwał młodego hakasa szelest poszycia tajgi. Młody łowca powoli obrócił w tym kierunku głowę i po chwili uśmiechnął się nie był sam w łowisku. Obok niego przemknął lis, on też miał ochotę na świeże mięso. Hakas pomyślał- dobrze, że to lis a nie wielki niedźwiedź, który właśnie się przebudził i znając obyczaje głuszców także mógł przyjść tu na łowy. Bold pamiętał dobrze opowieść o jednym z łowców, który wybrał się na głuszce i nigdy nie wrócił. Myśliwi którzy udali się na poszukiwania znaleźli po nim tylko resztki poszarpanej odzieży i złamany łuk. Niebo na wschodzie stawało się coraz bledsze nad tajgą wstawał piękny wczesnowiosenny poranek. Pełen majestatu i ciszy. Tą ciszę przerwał nagle łopot skrzydeł, mocne uderzenia świadczyły o wielkości ptaka, łowca spojrzał w górę. W stronę ostrowia przeleciał głuszec jego upierzenie rozbłysło feriom barw w pierwszych promieniach słońca. Bold wstał i założył strzałę na cięciwę. Łowy zaczęły się. Hakas zamienił się w słuch aby uchwycić początek pieśni godowej. Dystans do przebycia miał spory. Widział gdzie na drzewie, wielkim modrzewiu na skraju ostrowia usiadł ten piękny ptak. W myślach łowca układał już drogę podejścia od jednej kępy łoziny i wyższych traw do drugiej. A czasu tak nie wiele głuszec swoją pieśń powtórzy około dwieście razy jak nikt go nie spłoszy zamilknie do kolejnego poranka. Hakas cały zamienił się w słuch , stał się częścią tajgi, przyrody. Czas przestał istnieć. I jest pierwsza cześć pieśni z ostrowia dobiegł uszu Bolda odgłos jak by ktoś uderzył kijem o kij, głos ten powtórzył się parę razy po nim nastąpił trel, po nim mocny odgłos jak by ktoś odkorkowywał bukłak z kumysem i upragniony, i wyczekany przez każdego łowcę odgłos jak by ktoś ostrzył nóż. Tak to ten Momot kiedy tokujący głuszec staje się ślepy i głuchy na odgłosy świata zewnętrznego w tedy to właśnie myśliwy może dać w stronę swojej ofiary dwa góra trzy kroki. I następnie zamrzeć w bezruchu. Na ten ostatni dźwięk Bold wychylił się z pod wiszących konarów i zamarł w bezruchu. Pieśń się powtórzyła i znów dwa kroki łowcy w stronę śpiewaka. Łowy rozpoczęte, nerwy łowcy napięte niczym jego łuk. Od kępy do kępy cierpliwie. Nagle pieśń głuszca zamilkła. Ptak zaczął nasłuchiwać obserwować otoczenie. Łowca stał spokojnie, lodowata woda zaczęło wlewać się do buta. Ale młody hakas nie czuł tego cały skupiony zamieniony w słuch obserwował modrzew, na którym siedział wielki ptak. Chwila oczekiwania ciągnęła się niczym zimowa noc. Myśliwy nieruchomy, zastygły w niewygodnej pozie zaczął drętwieć i nagle pieśń rozległa się na nowo, dźwięk szlifowanego noża wyrwał Bolda z odrętwienia. Łowca postąpił dwa kroki i zamarł w oczekiwaniu. Nawet ruchem głowy nie zdradził swej obecności w łowisku. Był już blisko widział między konarami ptaka, który grał tą piękną dziką pieśń, powitanie poranka, zachętę do godów, modlitwę do duchów przodków, hołd nadchodzącej wiośnie. Bystre oczy hakasa widziały już czerwone uperlenie brwi koguta. Ptak rozkładał wachlarz ogona zadzierał wysoko szyję kładąc prawie głowę na grzbiecie, opuszczał skrzydła. Hakas znalazł lukę między gałęziami gdzie mógł posłać strzałę. Czekał aż znów rozlegnie się „szlifowanie” napiął błyskawicznie łuk i strzała pomknęła ze świstem w stronę celu. Ugodzony ptak poderwał się do lotu i spadł w dół, miękko upadł na poszycie z mchu. Bold podszedł spokojnie do głuszca, pokłonił się mu, przeprosił za śmierć, którą zadał. Serce biło mu bardzo mocno ale w ruchach było widać opanowanie łowcy. Dopiero teraz poczuł wodę w butach i zmęczenie. Słońce pełną tarczą stało nad tajgą. Hakas podniósł koguta i ruszył w stronę swojego szałasu ukrytego gdzieś głęboko w ostępach matki tajgi.
Od tego czasu minęło już wiele zim, świat się zmienia a ja zasiadam z Wami przy tym wirtualnym ogniu. Ja pra, pra, pra, ....wnuk Bolda. Opowiadam historię mojego ludu, dawno minione dzieje.

No czas na mnie ruszam w dalszą drogę – Bywajcie Siostry i Bracia Leśnego Szlaku.
Hakas zwany Niedźwiedziem.
_________________
Wędruję poprzez świat polując, walcząc
i uzdrawiając

Przeklęty, kto miecz swój trzyma z dala od krwi - Bellicosa anima
Damnatus, qui gladio suo ab sanguem reservat - Bellicosa anima
 
     
boris 
leń patentowany

Wiek: 27
Dołączył: 13 Mar 2008
Posty: 46
Skąd: Płock
Wysłany: 2008-08-20, 19:33   

na te opowieści już od dawna czekałem! dzięki!
pozdro
boris
 
 
     
Treasure Hunter
DD Hammocks

Pomógł: 5 razy
Dołączył: 01 Lut 2008
Posty: 724
Skąd: Górny Śląsk
Wysłany: 2008-08-20, 20:39   

Opowieść jak zwykle wspaniała.

Ale jeśli mogę to drobna uwaga- dziel tekst akapitami na mniejsze części- tak dosyć niewygodnie się czyta. Akapit co 3-4 linijki i będzie super. ;-)

Jeszcze raz dzięki za opowieść :-)
 
     
maly 


Pomógł: 6 razy
Dołączył: 16 Sie 2008
Posty: 507
Skąd: Mazowsze Wschodnie
Wysłany: 2008-08-20, 21:12   

Witaj Niedźwiedziu!
Opowieść ... sam wiesz, już od dawna na nią czekałem... Myślę że nie tylko ja Moja żona również i wiele innych osób.
Piękny opis polowania z łukiem... Jak sprawuje się łuk który Ci podarowałem? Niezłego ma kopa... co? Już nie mogę się doczekać następnego opowiadania i czasu gdy znów staniemy ramię w ramie aby zapolować z łukiem na ... papierowe zające:)
Pozdrawiam!
Mały Jastrząb
_________________
Jeśli jeden człowiek coś potrafi , to i ja mogę się tego nauczyć...!
 
     
Valdi 


Pomógł: 9 razy
Wiek: 47
Dołączył: 29 Sie 2007
Posty: 957
Skąd: Litwa-Vilnius
Wysłany: 2008-08-20, 23:00   

No pieknie! Mam uwage do kumysu, jest to napoj raczej ludow stepy zamieszkujacych, nie tajge, on jest robiony z mleka "kobylicy"
 
     
Hakas 
KAPKANCZYK


Pomógł: 1 raz
Dołączył: 02 Lip 2008
Posty: 209
Skąd: Pomorze Zachodnie
Wysłany: 2008-08-21, 00:55   

Valdi napisał/a:
No pieknie! Mam uwage do kumysu, jest to napoj raczej ludow stepy zamieszkujacych, nie tajge, on jest robiony z mleka "kobylicy"


Co do kumysu, masz rację jest to napój wytwarzany z mleka klaczy. Hakasi zamieszkują tereny stepu syberyjskiego i zajmują się hodowlą koni oraz bydła. Akurat klan, z którego się wywodzę zamieszkuje a raczej zamieszkiwał tereny tajgi. Kumys nie był im obcy.

Witaj Bracie Mały Jastrzębiu łuk ma kopa , przeszywa zwykłe słomianki jak papier. A na szlaku spotkamy się jak tylko noga pozwoli mi na wędrówkę.

Dziękuję wszystkim za cenne uwagi i obiecuję wkrótce kolejne opowiadanie.
Hakas
_________________
Wędruję poprzez świat polując, walcząc
i uzdrawiając

Przeklęty, kto miecz swój trzyma z dala od krwi - Bellicosa anima
Damnatus, qui gladio suo ab sanguem reservat - Bellicosa anima
 
     
Valdi 


Pomógł: 9 razy
Wiek: 47
Dołączył: 29 Sie 2007
Posty: 957
Skąd: Litwa-Vilnius
Wysłany: 2008-08-21, 08:32   

Hakas, Rozumiem, przyjelem infe :mrgreen:
 
     
Lupinek

Dołączył: 29 Sie 2007
Posty: 11
Skąd: Rybnik
Wysłany: 2008-08-21, 17:33   

Oj Hakasie Hakasie... Brakowało Cię
 
     
Hakas 
KAPKANCZYK


Pomógł: 1 raz
Dołączył: 02 Lip 2008
Posty: 209
Skąd: Pomorze Zachodnie
Wysłany: 2008-08-22, 10:48   

Witaj Lupinek!
Mi też Was Braci Leśnego Szlaku brakowało.
Nie wiem czy bym wrócił do pisania Opowieści Ogniskowych gdyby nie wasze wypowiedzi na forum. Wcześniej nawet nie zdawałem sobie sprawy, że te opowiadania cieszyły się taką poczytnością. Bardzo mi miło z tego powodu.
Postaram się teraz utrzymać ten topik.
I obiecuję, że jak tylko będę miał chwilę czasu to zawsze coś napiszę.Mam nadzieję, że i inni włączą sie do zabawy i pomogą mi w pisaniu.
Zachęcam do tego Wszystkich forumowiczów.
Wędrując po przez Naszą Ojczyznę czy też będąc za granicą na pewno słyszeliście jakie ś opowieści.
Valdi w opisie masz Litwę. Toż to kraj piękny lasami pokryty o wspaniałej kulturze. Ja od Równego na Ukrainie jestem więc my kresowiaki można by rzec. Opowieści o stworach zamieszkujących nie przebyte puszcze litewskie powinieneś znać Przyjacielu.
Może coś napiszesz, zachęcam.
Pozdrawiam serdecznie Hakas
_________________
Wędruję poprzez świat polując, walcząc
i uzdrawiając

Przeklęty, kto miecz swój trzyma z dala od krwi - Bellicosa anima
Damnatus, qui gladio suo ab sanguem reservat - Bellicosa anima
 
     
Valdi 


Pomógł: 9 razy
Wiek: 47
Dołączył: 29 Sie 2007
Posty: 957
Skąd: Litwa-Vilnius
Wysłany: 2008-08-27, 21:42   

Hakas, Moze...jak chwile wolniejsza znajde, ja tam co prawde wole fotografowac, a nie pisac, ale tu masz racje, ze moj kraj piekny jest, wlasnie dzisiaj wrocilem znad morza(Mierzeja Kuronska) i jak nadrobie zaleglosci w pracy napewno cos skrobne i zdjecia pokaze
 
     
Tanto 
Administrator


Pomógł: 9 razy
Wiek: 49
Dołączył: 26 Sie 2007
Posty: 984
Skąd: Szczecin
Wysłany: 2008-08-29, 19:17   

Hakas napisał/a:
Valdi w opisie masz Litwę. Toż to kraj piękny lasami pokryty o wspaniałej kulturze. Ja od Równego na Ukrainie jestem więc my kresowiaki można by rzec.

Heh mołojcy, kresowa krew nie woda, rwie się w dzicz i stepy bezkresne - we mnie po mieczu ukraina, a po kądzieli litwa*.

* - nazwy napisane z małej litery żeby określić rejony geograficzne, a nie państwowość. Osoby którym zwracałem uwagę na ortografię niech na mnie nie krzyczą w odwecie :D
_________________
"...wszystkie koty z pyszczkami, które wyglądają, jakby ktoś wkręcił je w imadło, a potem wielokrotnie walił młotkiem owiniętym skarpetą, są Prawdziwmi kotami."
 
 
     
Valdi 


Pomógł: 9 razy
Wiek: 47
Dołączył: 29 Sie 2007
Posty: 957
Skąd: Litwa-Vilnius
Wysłany: 2008-08-29, 19:54   

Tanto, Witaj wszrod swojakow ;)
 
     
Gryf 


Pomógł: 4 razy
Dołączył: 19 Wrz 2007
Posty: 1092
Skąd: Wrocław
Ostrzeżeń:
 6/4/6
Wysłany: 2009-02-10, 11:35   

Worek Eola
Cóż może być bardziej prozaicznego, jak zwyczajny plecak, który noszą wszyscy, starzy i młodzi, poplamiony i zmięty, wyszarzały i wytarty. Nosi się w nim... mniejsza z tym, co. Łatwo przekonać się, jak ważne to są drobiazgi, gdy się zapomni wziąć je ze sobą. Każde miejsce w jego wnętrzu ma swoje przeznaczenie i każdy właściciel plecaka ma pod tym względem własne nienaruszalne zasady, których uparcie przestrzega. Jest w nim miejsce na to i na owo i z zamkniętymi oczami, obudzony w głębi nocy, znajduje to, czego szuka. Plecaki są różne - jak ludzie. Zwracające uwagę kształtem, kolorem, materiałem, stare i staroświeckie, nowe i nowoczesne, źle i dobrze spakowane, używane na co dzień i jakby od święta, wymuskane, co dopiero kupione i szanowane do pierwszej plamy i nieuchronnego uszkodzenia; są plecaki z natury swej tak nie dopasowane do pleców, że ugniatają nawet wtedy, gdy ich zawartość nie jest ciężka. Są wreszcie takie, których pasy, za cienkie, torturują umiejętnie przez całą wycieczkę. Są na koniec plecaki, do których jest się po prostu przywiązanym, mimo ich wad i niedomagań. Plecaki przypominają ludzi. Więcej, stają się odbiciem ludzi, ich przyzwyczajeń, upodobań, a nawet charakterów. Są więc plecaki przeciętne i banalne. Są również efektowne i na pokaz, które chcą, aby je podziwiano, są też plecaki odęte i wyglądające ciężko, a jednak lekkie, są romantyczne, umyślnie obszarpane i niedbale noszone na plecach, czasem na jednym ramieniu, są plecaki, chciałoby się powiedzieć plecaczki niedzielne, filisterskie i na koniec, lecz można by jeszcze mnożyć ich charakterystykę, plecaki kochane - towarzysze człowieka, współtwórcy jego losu wędrownego. Nie wiem, po czym się je poznaje, należą jak gdyby do sylwetki tych, co je noszą zgodnie z zasadą, że wyrażają ich charaktery. Spróbuję powiedzieć o tych plecakach więcej. A więc pachną dymem różnych ognisk z różnych gór, różnego drewna i różnych czasów. Pachną równocześnie sianem - a wiadomo, że różne są łąki, i pachną rozmaicie, pachną trawami, które wygrzało słońce drażniącymi pocałunkami. Pachną płótnem spranym deszczem i wiatrem, który je osuszył, ale pachną tylko dla tych, co zapach ten czują. To są te plecaki, które służą za oparcie, gdy się odpoczywa na zboczu, nie zdjąwszy ich z pleców, to te, w których na dnie kieszeni zawsze znajdziesz okruszynę starego chleba, strzępek kosówki z jakiegoś noclegu - któż dojdzie, czy z koleby w Złomowiskach, gdzie tyle koleb, czy z Kaczej Doliny. Źle mówię - plecaki, gdyż zawsze jest tylko jeden, ten jedyny, twój najwierniejszy w beznadziejnym przywiązaniu. Jeśli zaś mówię w liczbie mnogiej, to dlatego, że myślę o twoim plecaku, o moim, o plecaku tamtego i jeszcze innego, bo jest ich wiele i jest wielu, którzy czują tak samo. To są te, z którymi rozstawaliśmy się tylko przy wejściu na skałę, gdy czekała nas długa wspinaczka, a wracało się w to samo miejsce. To są te, z którymi rozstajemy się, gdy się rozstać musimy, z plecakami, które skończyły swoje życie. Bo jednak człowiek jest trwalszy niż ten worek ciężaru, który nosi na plecach i dosłownie, i w przenośni. Brzmi to optymistycznie i prawie dumnie, ale bywa i odwrotnie i wówczas brzmi melancholijnie. Zawsze albo on się z nami rozstaje lub my z nim i jest to prawidłowe, kiedyś przez los wylosowane. Jeżeli ty się z nim rozstajesz, wówczas zniszczony i już nieprzydatny do wycieczek plecak, mimo że kupujesz nowy, już nie jest zwyczajnym prozaicznym sprzętem, staje się bajkowym workiem obfitości, pełnym doświadczeń i przeżyć. Leży gdzieś w kącie szafy - bo szkoda przecież wyrzucić - w piwnicy lub na strychu. szukasz czegoś innego i znajdujesz go przypadkiem. Ta plama z prawej strony - mój Boże- to zaciek z nie dokręconego turystycznego prymusa. Gdzie to było? Pod Papirusowymi Turniami. Spieszyliście się - groziła burza. A ta łata nieco wyżej, to blizna po ranie, którą zadały góry. Ciężki plecak przechylił się na skalnej półeczce Lodowego i runął w przepaść, lecz zaklinował się przypadkiem po kilkudziesięciu metrach w szczelinie. Ostry kant granitu wydarł mu jednak sporą dziurę. Niełatwe było dojście do niego i jeszcze trudniejszy powrót. Łatałaś go później wieczorem na schodkach gajówki w Gałajdówce i śpiewałaś sobie przy tym. A tam wysoko powiedziałaś: dobrze, że to nie my polecieliśmy. Odpowiedziałeś filozoficznie, czemu to się mówi: polecieliśmy! Polecieć, to przecie wzlot do góry, a tu chodzi o spadanie w przepaść, i to bez skrzydeł. Takie więc są te kochane plecaki. Każdy z nich to dla każdego z was worek, w którym zawiązany mocno węzeł nie pozwala wymknąć się dziwnej jego zawartości, nie tej materialnej, uchwytnej, użytkowej, lecz wiotkiej jak pajęczyna marzenia, a trwałej jak długo trwa człowiek. Pamiętacie, jak to mitologiczny Eol, król wszelakich wiatrów, dał Odyseuszowi w drodze do Itaki wór skórzany, w którym zamknął wichry: groźnego, z północy wiejącego Boreasza, i dmącego z południa Notosa o ciężkich skrzydłach, utkanych z deszczów i mgieł, i inne wiatry sobie przeciwne i skłócone, aby zapewnić mu spokojny powrót do domu pod powiewem lekkiego sprzyjającego Zefira, którego w worku nie zamknął. Jeżeliście słabi i ulegli, nie zaglądajcie do wnętrza swego starego plecaka. Jeżeli macie wiele siły i woli - zaglądnijcie. Bo słabego człowieka wspomnienia tylko cofną w przeszłość i myśl o nich będzie z wolna zabijać; silnemu doda wiary w przyszłość i przy gwałtownych nawet wichrach, silny nabiera jeszcze więcej mocy. Ze złych chwil czerpie odpowiedzialność i doświadczenie, z dobrych - wiarę w ludzi i siebie. Można to powiedzieć, można nawet napisać, ale jakże trudno rozstrzygnąć. A jednak rozplątuje węzeł mojego starego plecaka, lecz czuję, że mi ręce drżą i coś chwyta za gardło.

Władysław Krygowski

http://puszczanstwo.republika.pl/worek_eola.html
 
     
Snick 


Dołączył: 17 Maj 2008
Posty: 62
Skąd: Zielona Góra
Wysłany: 2009-02-11, 11:00   

Piękna gawęda... W sobotę biorę wędrowników na wyprawę i na pewno ją wykorzystam.
_________________
Born to be wild
 
 
     
Hakas 
KAPKANCZYK


Pomógł: 1 raz
Dołączył: 02 Lip 2008
Posty: 209
Skąd: Pomorze Zachodnie
Wysłany: 2009-02-12, 23:22   

Witajcie Leśne Siostry i Leśni Bracia. Jeśli pozwolicie znów zasiądę z Wami przy ogniu.
Tak ciepło przy tym ogniu i spokój puszczy. Kiedy zasiadam przy ogniu na szlaku w czasie przerwy w wędrówce nie mam ochoty od niego odchodzić, wracać do warkotu silników, neonów, zgiełku współczesnego świata.
Nie ma co narzekać. Ogień płonie, czaj uże jest w czareczce. Bolsze spasiba Valdi. A więc czas opowieść zacząć.

Tajga żyła pełnią życia. Syberyjskie upalne lato roztaczało swoje królowanie. Radość dla ludzi i zwierząt słońce i ciepło w północnych krainach gości tak krótko. Tajga pachniała żywicą i kwieciem. Ptactwo śpiewało zanosząc pod niebiosa pieśń życia i modlitwy do Wielkiego Stwórcy o pomyślność w wychowywaniu młodych.

Dwóch jeźdźców na niskich krępych gniadych koniach spokojnie jechało po przez tą krainę. Przy siodłach mieli sakwy i przypięte sajdaki z łukami oraz kołczany. Jeden w dłoni trzymał oszczep. Przed końmi kłusował szarobury pies. Wciąż węszył , przystawał , nasłuchiwał. Widać było, że to doświadczony i nieodłączny towarzysz dwóch myśliwych.

Różnica wieku Jeźdźców była dość znaczna. Jeden z nich to mężczyzna dojrzały o skroniach lekko przyprószonych siwizną, o wąsatej twarzy, szerokich ramionach, drugi zaś to podrostek lat około trzynastu, chudy, wysoki jak na swój wiek i pochodzenie. Bo trzeba wam wiedzieć, że myśliwi ci pochodzili z plemienia Hakasów. Łączyło ich bliskie pokrewieństwo. Byli to ojciec i syn pochodzili z rodu Abba - Abcziaka z nad rzeki Abba-khan.


Dorosły milczał za to młodzieniaszek ciągle mówił, pytał, zagadywał.
- Tato a jak jutro podejdziemy tego łosia to jak blisko?
- A jak nie trafię to...?
- A jak ucieknie na trzęsawę lub go nie znajdziemy?
- A ile miałeś lat kiedy po raz pierwszy upolowałeś łosia?
- A........
Urwał w pół słowa kiedy zobaczył wzrok ojca i usłyszał odpowiedz
- Jak zaraz nie przestaniesz to cię zaknebluję wyściółką z mojego buta Ude
Jednak na te słowa Ude tylko się uśmiechnął bo wiedział, że ojciec nic mu nie zrobi.

Ude czekał na to polowanie już od dawna. To nie króliki, wiewiórki czy nawet sobole, to polowanie było inne. Czuł się dorosły. Po raz pierwszy miał brać udział bezpośredni w łowach, miał razem z ojcem podchodzić zwierza i do niego strzelać.

Po chwili znów zaczął swoje gadanie.
- Ojcze teraz jedziemy do święte..... , w pół zdania przypomniał obie co mówił ojciec, że nie zdradza się drogi i celu żeby złe duchy ich nie pokrzyżowały i nie pomieszały planów.
Ojciec w geście udawanej rezygnacji przegiął się z siodła jak by zaraz miał spaść z konia.
To znów wzbudziło atak wesołości u młodzieńca.

Bold spojrzał na syna i powiedział
- Ude , jesteś jak te stare baby we wsi co nie przestają gadać, pamiętaj łowca jest cichy, to on słucha tajgi, przyrody i świata, który go otacza.
Swoje słowa poparł gestem dłoni robiąc krąg nad głową.
- To ty masz słyszeć a nie ciebie ma być słychać. Ude, ty byś nawet kamień zagadał tak, że ten by się w pył rozsypał. Tobie nie jest do polowania potrzebny łuk czy oszczep. Ty, wystarczy, że wskoczysz łosiowi na grzbiet i zaczniesz gadać. A łoś sam się utopi w bagnie lub uderzy łbem w drzewo żeby cię już nie słuchać.

Ude po tym przemówieniu tylko za kiwał się wesoło w siodle. Wiedział, że ojca ciężko wyprowadzić z równowagi. Ale z młodzieńczą przekorą zawsze to robił. Końcowym efektem takiego drażnienia ojca było w zimie – natarcie śniegiem , latem lub wiosną albo jesienią nakarmienie trawą lub przy sprzyjających okolicznościach Ude kończył w wodzie.

Ci dwaj stali się nierozłączni odkąd Ude ukończy jedenaście wiosen. Mimo protestów Kara-szi matki Ude ojciec zabierał syna wszędzie. Razem polowali, łowili ryby, podbierali miód czy też zbierali złoto w strumieniach.

Teraz razem mieli po raz pierwszy ramie w ramie zapolować na mocarza tajgi – łosia.

Tajga w miarę jak się w nią zagłębiali stawała się ciemniejsza i coraz bardziej dzika. Dzień chylił się powoli ku końcowi kiedy dojechali do polany na której rosło drzewo o dziwnie powykręcanych konarach. Na tych konarach wisiały pozawieszane strzępy skór, materiałów, pęki końskiego włosia. Na pniu wisiały czaszki niedźwiedzi, wilków marali oraz łosi.

Łowcy zsiedli z koni, uwiązali je na skraju polany. Bold odczepił od siodła bukłak i podał go swojemu synowi. Ude spojrzał na ojca i zapytał – Idziesz złożyć ofiarę dla Wielkiego Stwórcy i Duchów tajgi ?
Na to Bold odpowiedział – nie ja synu tylko ty. To twoje pierwsze polowanie, ja ci tylko będę pomagał. Pierwsza strzała jest twoja Ude.
- Ojcze ale ja nie mam co ofiarować Duchom.
Na te słowa Ojciec sięgnął do sakiewki przy pasie i wydobył pięknie wykonany kościany grot strzały, na którym wyrzeźbiony był łoś., podał go Ude i powiedział.
- Kiedy byłem w twoim wieku mój Ojciec a twój Dziad dał mi podobny grot abym go ofiarował, teraz ja daje ci grot wykonany na wzór tamtego a ty takie groty dasz swoim synom jak będziesz ich miał. A teraz chodź Ude.

Podeszli obaj do świętego drzewa. Ojciec pokłonił się i stanął z boku. Kiwnął na Ude aby ten zaczął modlitwę.
Ude nieśmiało zaczął się modlić – O Wielki Stwórco, który tworzysz, dajesz życie i je gasisz. Ty, który zsyłasz pory roku i każesz słońcu wschodzić i zachodzić. Wysłuchaj mej modlitwy o pomyślność w łowach. Daj Wielki Stwórco podejść mi łosia, powiedz mu aby dał się upolować. Powiedz Duchom tajgi aby nie przeszkadzały aby pomogły i powiedz Ojcu wszystkich łosi aby nie miał za złe mi Ude, że upoluję jego syna. Obiecuję, że dar życia łosia, którego upoluję nie zostanie zmarnowany.

Po tych słowach Ude złożył do dziupli grot i oblał pień drzewa kumysem z bukłaka.
Poczym pokłonił się i cofnął się w tył. Spojrzał na ojca. Ten kiwnął głową z aprobatą i sam podszedł do drzewa, pokłonił się i rzekł – O Wielki Stwórco kłaniam się Tobie i proszę Cię o pomoc w łowach oraz opiekę nad moim synem Ude. Daj mu pewne oko i silne ramię oraz spokój dorosłego łowcy.

Po czym z sakiewki wyjął krzesiwo stalowe, pięknie wykonane i złożył w dziupli. Następnie się skłonił i odeszli obaj do koni. Dosieli je i podążyli w dalszą drogę.
Stanęli dopiero jak słońce wyraźnie podążyło na zachód i skryło się po niżej linii drzew. W tajdze zaległ półmrok. Bold zsiadł z konia i powiedział – Tu założymy obozowisko, czas odpocząć i nabrać sił na polowanie. Trzeba nazbierać drewna na ogień bo nas inaczej moszki i komary zjedzą żywcem a konie doprowadzą do szału.

Więc razem zaczęli zbierać opał na ognisko. Kiedy nazbierali go wystarczająco dużo Bold rozsiodłał konie i nakazał Ude rozpalić ogień. Sam wyciągnął z sakwy miedziany kociołek i udał się po wodę. Kiedy wrócił ogień już się palił i konstrukcja do zawieszenia nad nim garnka była już gotowa. Bold uśmiechnął się pod wąsem, zawiesił garnek nad ogniem i usiadł opierając się plecami o siodło. W tajdze zaległa noc.

Wraz z nadejściem nocy, obudzili się o wiele groźniejsi choć mniejsi łowcy tajgi. Rządne krwi skrzydlate wilki. Dym je odstraszał od ludzi, którzy zasiedli w jego kłębach, konie same instynktownie także ustawiły się w dymie w ten sposób się chroniąc. Jedynie pies zakrył ogonem nos zwinął się w kłębek i nic sobie nie robił z małych krwiopijców. Cicha letnia syberyjska noc rozpoczęła niepodzielne panowanie nad tajgą.

Nagle konie nerwowo szarpnęły się na uwiązach , zaczęły drobić w miejscu i parskać. Pies także podniósł się na nogi, najeżył grzbiet i warknął. Ude poderwał się i sięgnął po toporek i wbił swój wzrok w ojca. Bold pozostał spokojny, powoli wstał z posłania i spojrzał w ciemność . Między drzewami zamajaczyły fosforyzujące ogniki oczu. Bold podniósł polano i cisnął w tym kierunku. Latarnie oczu zgasły. Bold spokojnie ułożył się na posłaniu, psisko ziewnęło, obróciło się parę razy wokół siebie i ułożyło się do snu. Tylko Ude dalej stał z toporkiem w dłoni. Dorosły łowca zwrócił się do niego.

- jak myślisz synku co to było?
Ude odpowiedział jeszcze trzęsącym się głosem z podniecenia – Nie wiem tato. Może wilk albo rosomak.
- To był wilk synu, jest noc a w gnieździe są młode. Rodzice muszą iść na polowanie aby zapewnić im żer. Nie bój się Ude latem nie atakują ludzi im tylko konie pachniały, skończył swoją wypowiedz uśmiechem Hakas.

Na słowa o strachu Ude się obruszył i żachnął – Ja się nie boję, ja tylko czuwam i patrzę czy nie wrócą.
- Nie wrócą synu, odłóż topór i połóż się przed nami jutro ciężki dzień.

Tajga mówiła głosami nocy, pohukiwaniem sów, szelestem liści. Wypoczywała po skwarnym dniu. Nad wiecznymi puszczami zaczął wędrować księżyc. Noc była już pełna.
Bold już zapadał w drzemkę za to Ude jak zawsze zaczął swoje paplanie.
- Tato a czy jutro podejdziemy łosia?
- Śpij Ude.
- Tato a kto pierwszy wyp......
- Mówię Ci spróbuj zasnąć Ude.
- Ale wiesz jak blisko go podejdziemy?
- Uhr .... Mówie śpij.!
- A czy wiesz .... bo.....
- Ude bądź cicho .
- Tatusiu a mogę położyć się koło ciebie ?
- Nie ... ! Jesteś już duży, masz swoje posłanie.

Ude ułożył się do snu. Jednak nie mógł zasnąć, myślał o jutrzejszym dniu, o polowaniu i o tym, że jego koledzy będą mu zazdrościć, że polował z ojcem.
Lekko się rozmarzył gdy nagle ciszę nocy rozdarł głos konającego zająca.
Pies podniósł głowę, konie się szarpnęły a Ude instynktownie poderwał się na równe nogi próbując przebić wzrokiem ciemność nocy.
Po czym dorzucił drew do ognia, spojrzał na ojca i sam siebie zganił w myślach za tchórzostwo. Po czym cicho zapytał ojca – Śpisz tato??
W odpowiedzi usłyszał lekkie chrapnięcie. Więc wziął swoją derkę z wilczych skór i ułożył się obok ojca. Przytulił się do niego i objął go ręką. Bold nic nie dał po sobie poznać tylko uśmiechnął się. A kiedy Ude zasnął , Bold lekko zdjął z siebie rękę syna, wstał, okrył Ude derką i zasiadł przy ogniu. Dorzucił drew. Nalał z kociołka herbaty do drewnianej czarki bogato zdobionej ornamentem. I pijąc ciepły napój zamyślił się.

Pies wstał podszedł do swojego pana i ułożył się obok niego złożywszy swoją głowę na ludzkich kolanach. Bold pogładził sukę po kanciastym szarym łbie i przemówił. – Isza.
Bo tak wabiła się suka, którą Bold wychował od szczeniaka i od tej pory zawsze razem polowali i wędrowali po dzikiej ,groźnej a zarazem pięknej krainie Syberii.
- Isza , jutro musimy chronić naszego małego łowcę i pilnować go. Sama wiesz , że z łosiem nie ma żartów.
Isza spojrzała ze zrozumieniem w oczy pana. Już kiedyś wyleciała w powietrze wyrzucona kopnięciem łosia. O mało co a przypłaciła by tą przygodę życiem, długo kulała po tym zdarzeniu.

Bold dopił herbatę i łożył się na swojej derce. Isza ułożyła się niedaleko jego posłania i zapadła w czujny sen. Tajga pogrążona w ciemności żyła swoim życiem. Rozgrywały się dramaty związane z życiem i śmiercią. Odwieczna tajga spała a krąg życia toczył się niczym księżyc po niebie.

Ude ze snu wyrwało lekkie szturchnięcie. Chłopiec szybko usiadł na posłaniu, rozejrzał się w koło i w pierwszej chwili widać było , że jeszcze jest pogrążony w półśnie. Jednak szybko się pozbierał, przetarł dłońmi twarz i zaspanym wzrokiem próbował przebić mgłę, która połączona jeszcze z mrokiem nocy otaczała obozowisko.

Bold był już na nogach. Niepotrzebny sprzęt był już spakowany, konie osiodłane i tylko posłanie na , którym spał Ude było na ziemi. Ude szybko wstał zwinął derkę i przywiązał trokami do siodła.
Bold uśmiechnął się do syna i powiedział.
- Ude usiądź teraz spokojnie wypij herbatę i zjedz mięso, musisz mieć siłę dzisiaj ciężki i pracowity dzień nas czeka. Pamiętaj uważaj synku i trzymaj się blisko mnie. Łoś to nie wiewiórka czy łosoś w rzece. To mocarz tajgi. Nawet trafiony wieloma strzałami potrafi za szarżować i zabić łowcę. Kryj się między drzewami i uważaj. Konie zostawimy tutaj przy ogniu. Kiedy upolujemy łosia ja zostanę a ty przyprowadzisz konie Ude. Pójdziemy nad rozlewiska gdzie łosie żerują i chronią się w wodzie przed gzami, meszkami i komarami. Jesteś gotowy synu?
- Tak tato.
Odpowiedział Ude dopijając szybko herbatę. Kiedy skończył zarzucił na plecy kołczan ze strzałami i w dłoń ujął pięknie wygięty łuk refleksyjny. Podarunek od ojca. Ojciec nabył ten łuk dla niego parę zim temu. Ude był bardzo z niego dumny, była to broń jakiej mógł mu pozazdrościć nie jeden dorosły hakaski myśliwy.

Rozlewiska do których zmierzali łowcy były oddalone od nocnego obozowiska o półgodziny drogi. Prowadziła do nich ścieżka wydeptana przez marale, które tędy podążały do wodopoju. Łowcy zmierzali cicho i ostrożnie do miejsca polowania. Tej ciszy nawet nie zakłócił zwykle rozgadany Ude. Szedł w skupieniu za ojcem, serce waliło mu jak młotem jednak nie ze strachu a z podniecenia. Jedyny lęk jaki czuł młody Hakas, który dopiero co miał wejść na dorosłą ścieżkę łowiecką dotyczył niepewności czy poradzi sobie i czy z nerwów nie pośle strzały w niego zamiast w łosia.

Noc powoli ustępowała miejsca dniowi, pierwsze promienie słońca zastały łowców przyczajonych pod rozłożystymi konarami. Mgielny opar zasnuwał rozlewiska i tajgę. Panował spokój było tylko słychać od czasu do czasu kwaknięcie kaczki i wszechobecny świergot ptactwa. Mgła skutecznie zasłaniała przed łowcami widok na rozlewisko. Isza nagle podniosła wyżej głowę i najeżyła sierść na grzbiecie. Jej wargi uniosły się bez warknięcia ukazując potężne białe kły.

Bold spokojnie położył dłoń na łbie psa. Isza pod ręką pana uspokoiła się. Bold cicho zaćwierkał niczym kowalik. Z pod rozłożystego cedru oddalonego o dziesięć , piętnaście kroków od kryjówki Bolda dało się słyszeć podobne ćwierknięcie to Ude zrozumiał sygnał i szykował się do polowania.

Ude założył strzałę na cięciwę i czekał wpatrzony w biały opar mgły. Sam nic nie słyszał i nie widział. Ale wiedział, że ojciec i jego czworonożna towarzyszka już wiedzą, że zwierz jest w łowisku.

Nagle dał się słyszeć plusk wody i charakterystyczne chrapanie żerującego łosia . Olbrzymi, czarny zwierz zmierzał w ich kierunku. Łowcą w tym momencie przestały nawet przeszkadzać meszki , które kąsając i chodząc po odsłoniętych twarzach dokuczały przyczajonym łowcą. Czas przestał istnieć. Pozostało tylko oczekiwanie.

Odgłosy żerującego łosia były coraz wyraźniejsze, nieświadomy zagrożenia mocarz tajgi zbliżał się do kryjówki myśliwych. Jednak tajga strzegła swojego syna okrywając go białym całunem mgły. A może to Duchy tajgi sprzyjające myśliwym zadowolone z ofiary jaką otrzymały wczoraj kryły łowców przed czujnym słuchem, wzrokiem i węchem łosia.

Nagle powiał leki wiaterek od strony rozlewiska. Mgła lekko poruszyła się i uniosła po chwili. Ude zobaczył przed sobą zarys sylwetki potężnego byka łosia. Zwierz oddalony był od niego o jakieś pięćdziesiąt kroków. Serce młodego łowcy mocniej zabiło. Poprawił chwyt dłoni na majdanie łuku I czekał aż łoś jeszcze się przybliży. Łoś spokojnie brodził po rozlewisku żerując na roślinności zanurzonej. Wiatr rozwiewał poranną mgłę tak, że Ude już wyraźnie widział byka przed sobą. Byk miał pięknie rozbudowane, w pełni uformowane poroże. Jeszcze na łopatach zwisały smętne frędzle scypułu niczym mokre kępy mchów na omszałych gałęziach starych drzew. Łoś był olbrzymi.

Łoś powoli ruszył brodząc w wodzie w kierunku kryjówki myśliwych. Ude podniósł łuk, jednak pomny rad ojca nie napinał go jeszcze, żeby nie męczyć ramienia- czekał.
Bold spokojnie obserwował sytuację i czekał aby dać synowi sygnał do strzału. Łoś podszedł na dwadzieścia kroków później dziesięć.

Bold dłużej nie czekał cicho zagwizdał przez zęby. Łoś podniósł głowę i nerwowo obrócił się bokiem do Ude a łbem do Bolda. Ude błyskawicznie napiął łuk i wypuścił strzałę. Strzała ze świstem poszybowała w kierunku celu. Po czym utkwiła w boku zwierzęcia tuż pod łopatką . Strzał był perfekcyjny. Łoś poderwał się do ucieczki a Ude wyskoczył z ukrycia między świerki. Nie pomny na słowa ojca, żeby pozostać w ukryciu. Młody Hakas wypuścił drugą strzałę, która też utkwiła w zwierzu. Byk ryknął złowrogo zobaczył prześladowcę i zapomniał o ucieczce. Mimo dwóch strzał runął w stronę Ude.

Ude zrozumiał swój błąd szybko skrył się pod wiszącymi konarami. W tym samym Momocie świsnęła kolejna strzała. To Bold ruszył na pomoc swojemu synowi. Isza niczym szara, żywa strzała wskoczyła do płytkiej wody szczekając zajadle następna strzała poszybowała w kierunku łosia. Łoś tak jak nagle zaszarżował tak teraz stał ogłupiały sytuacją. Nie widząc ludzi runął na psa. Ten szczekając odciągał łosia od łowców i wody. Sprawnie unikał potężnych rosochów i racic rozwścieczonego , śmiertelnie rannego łosia. Bold krzyknął do Ude – Zostań na miejscu!
Sam skoczył na pomoc psu. Kiedy dobiegł do miejsca z kont dobiegało szczekanie psa i odgłos łamanych gałęzi było już prawie po wszystkim. Czarny, olbrzymi łoś stał na rozstawionych szeroko nogach tocząc krwawą pianę z pyska i chrap. Strzały dosięgły celu . Mocarza mocował się teraz ze śmiercią. Bold spokojnie napiął łuk i wymierzył strzałę. Po czym posłał ją prosto w serce łosia. Łoś ostatkiem sił obrócił się w stronę łowcy i spróbował zrobić w jego kierunku krok. Jednak nogi załamały się pod mocarzem tajgi i upadł po czym dźwignął się, stęknął niczym stary człowiek z wysiłku i runął na ziemię z głuchym łoskotem. Isza błyskawicznie znalazła się na konającym zwierzu jednak usłyszawszy gwizd pana karnie podbiegła do niego i stanęła obok Bolda.

Bold uklęknął na jedno kolano i zaczął modlitwę – Wybacz potężny mocarzu tajgi, który nie boisz się watahy wilczej, że zadaliśmy ci z synem moim Ude śmierć. Obiecuję Ci potężny łosiu, że nic z Ciebie się nie zmarnuje. Dzięki tobie mój syn Ude stał się myśliwym. Powiedz o tym wszystkim duchom. Powiedz swemu Ojcu, że Ude syn Bolda to szlachetny i prawy młody myśliwy. Podążaj spokojnie łosiu do krainy wiecznej tajgi. I kiedy ja a później mój syn podążymy tak gdy skończy się nasza ziemska droga, nastaw swój bok na nasze strzały abyśmy i tam nie cierpieli głodu.

Kiedy skończył się modlić Bold spojrzał za siebie. Stał za nim Ude po raz pierwszy milczał.
Stał się łowcą przestał być dzieckiem.

Bold podszedł do niego, objął syna ramieniem. Ude wtulił się w ojcowską skórzaną kurtkę wkładaną przez głowę. Nic nadal nie mówił.

Bold gładził chłopięcą głowę i cierpliwie czekał aż Ude przestanie ...

No czas na mnie moi leśni Bracia i Siostry. Zasiedziałem się z wami przy ogniu. A tu czas ruszać.
Do wstreczi Druzja.
_________________
Wędruję poprzez świat polując, walcząc
i uzdrawiając

Przeklęty, kto miecz swój trzyma z dala od krwi - Bellicosa anima
Damnatus, qui gladio suo ab sanguem reservat - Bellicosa anima
 
     
maly 


Pomógł: 6 razy
Dołączył: 16 Sie 2008
Posty: 507
Skąd: Mazowsze Wschodnie
Wysłany: 2009-02-13, 00:50   

Pięknie Hakasie :mrgreen:
Jak zwykle świetne i pouczające opowiadanie :-P Ledwo skończyłem czytać to, a już nie mogę doczekać się następnego :mrgreen:
Pozdrawiam serdecznie :-P
_________________
Jeśli jeden człowiek coś potrafi , to i ja mogę się tego nauczyć...!
 
     
NumLock 
vel Numeryczny


Pomógł: 15 razy
Dołączył: 03 Gru 2008
Posty: 494
Skąd: Podkarpacie
Wysłany: 2009-02-13, 09:07   

Przepiękne opowiadania, czyta się jednym tchem...
 
     
Valdi 


Pomógł: 9 razy
Wiek: 47
Dołączył: 29 Sie 2007
Posty: 957
Skąd: Litwa-Vilnius
Wysłany: 2009-02-14, 19:47   

Imponujace, czekam na nastepne!
 
     
Gryf 


Pomógł: 4 razy
Dołączył: 19 Wrz 2007
Posty: 1092
Skąd: Wrocław
Ostrzeżeń:
 6/4/6
Wysłany: 2009-02-16, 09:58   

Wspinaczka na górę
Daleko w naszym południowo - zachodnim kraju znajduje się wioska indiańska, na rozległej pustyni za nią wznosi się wysoka góra. Zdobycie góry uważano za wielki wyczyn i wszyscy chłopcy we wsi pragnęli tego dokonać. Pewnego razu naczelnik wsi rzekł: "Śmiało chłopcy, dzisiaj możecie iść wszyscy, aby pokusić się o zdobycie góry. Wyjdziecie zaraz po śniadaniu i każdy z was pójdzie tak daleko, jak tylko potrafi. Jeśli jednak poczujecie zmęczenie, zawróćcie, ale każdy z was niech mi przyniesie gałązkę z miejsca, do którego doszedł!". Odeszli przekonani, że na pewno osiągną wymarzony szczyt. Już wkrótce jednak powrócił powoli tłusty, krępy chłopiec, niosąc naczelnikowi gałązkę kaktusa. Naczelnik uśmiechnął się i powiedział: "Chłopcze, ty nie doszedłeś nawet do podnóża góry, przeszedłeś tylko pustynię". Nieco później powrócił drugi chłopiec. Przyniósł gałązkę szałwi. "Tak - rzekł naczelnik - doszedłeś do podnóża góry, ale nie wszedłeś na nią". Następny miał w ręce gałązkę osiki. "Dobrze - powiedział naczelnik - ty doszedłeś aż do źródła". Inny nadszedł jeszcze później i przyniósł ciernie głogu. Naczelnik, kiedy to zobaczył, rzekł uśmiechając się: "Ty, wędrując pod górę byłeś już na stromej skale". W godzinach popołudniowych wrócił jeden z chłopców z gałązką cedru w dłoni, a stary wódz rzekł: "Wspaniale, byłeś w połowie drogi". Godzinę później wrócił następny z gałązką świerku. Zobaczywszy to, naczelnik powiedział: "Dobrze, dostałeś się już do trzeciej strefy, przeszedłeś trzy czwarte zbocza". Słońce było już bardzo nisko, gdy wrócił ostatni. Był to piękny, wysoki, wspaniały chłopiec o szlachetnym charakterze… Jego ręce były puste, ale twarz jego jaśniała gdy zbliżył się do naczelnika i rzekł: "Ojcze, nie było drzewa tam, dokąd doszedłem, nie widziałem gałązek, ale widziałem oświetlone morze". Twarz starego męża rozjaśniła się i zawołał głośno i z zapałem: "Poznałem to! Kiedy spojrzałem na twoją twarz, poznałem to! Ty byłeś na szczycie. Nie potrzebujesz żadnych gałązek na dowód tego. Jest to wpisane w twoich oczach i dźwięczy w twoim głosie. Chłopcze, poczułeś wzlot, widziałeś sławną górę".

O, harcerze, pamiętajcie o tym, że odznaki, które przyznajemy za wasze wyczyny, czy też osiągnięcia w wiedzy leśnej i praktycznym rzemiośle harcerskim nie są "nagrodą", lecz tylko dowodem na to, czego dokonaliście i jacy byliście. Są to tylko gałązki zbierane na drodze, abyście wiedzieli, jak daleko doszliście, wspinając się na górę.

Ernest Thompson Seton - Czarny Wilk
Tłumaczył hm. Tadeusz Wyrwalski

http://puszczanstwo.republika.pl/wspinaczka.html
 
     
Dąb 


Pomógł: 12 razy
Wiek: 35
Dołączył: 08 Lut 2008
Posty: 959
Skąd: Gorzów
Wysłany: 2009-02-16, 22:06   

Piękna i pouczająca opowieść.
_________________
www.mjbushcraft.wordpress.com

Cała tajemnica wiedzy puszczańskiej, tkwi tylko i wyłącznie w chęci jej zdobycia. Nie są potrzebne do tego niezmierzone odmęty pierwotnej puszczy. Nie jest potrzebny super sprzęt czy ubranie rodem z kosmicznych technologi. Wystarczy chcieć, oglądać, czytać i próbować. Nie zrażać się niepowodzeniami. Proste - ale to cała tajemnica. Szkoda, że większość adeptów leśnej ścieżki nie potrafi tego zrozumieć...

"Płyń pod prąd - z prądem płyną tylko śmieci "
 
     
Gryf 


Pomógł: 4 razy
Dołączył: 19 Wrz 2007
Posty: 1092
Skąd: Wrocław
Ostrzeżeń:
 6/4/6
Wysłany: 2009-02-17, 14:36   

"Czujne ptaki"
Słuchając ptasich głosów można uzyskać wielką ilość pożytecznych informacji. Najlepszym wartownikiem w lesie jest sójka - to piękny ptak w czarnym, niebieskim, fioletowym i białym mundurku. Jego skrzydła są czarne z niebieskimi beleczkami, a ostry zgiełkliwy pisk słyszy się w lesie przez cały rok. Jest on pierwszym ptakiem w lesie, który daje znać o obecności intruzów, a jego ostrzeżenia mówią dużo tym, którzy potrafią je zrozumieć.
Przypuśćmy, że harcerz zaczai się w rowie na skraju lasu na jakąś znającą las osobę. Przeraźliwy wrzask sójki bez wątpienia uprzedzi tę osobę o obecności drugiego człowieka. Gdziekolwiek ten harcerz pójdzie, tam przelatująca sójka skrzeczeniem natychmiast obwieści o nim wokoło zradzając miejsce ukrycia się.
Żaden lis nie przejdzie przez las nie wzbudzając gniewu sójek nad swoją głową. One go nie zostawią w spokoju a nie przestaną wrzeszczeć, dopóki on nie opuści lasu. Kot także spotka się z głośno wyrażaną dezaprobatą sójek. A sowa, która ośmieli się latać w dzień, zostanie otoczona gromadą sójek, wron i innych ptaków, które pewnie wezmą ją za jastrzębia. Bystrooki harcerz śledząc ruchy tych ptaków w powietrzu może się wiele dowiedzieć o ich psotnych obyczajach. Wyobraźmy sobie, że harcerz stoi na wzgórzu rozglądając się po okolicy aby zorientować się, którą drogą idzie człowiek - a człowiek ten jest ostrożny i stara się ukryć wykorzystując naturalne elementy krajobrazu, jak zarośla czy zagajniki. Powiedzmy, że są dwa laski, a ów człowiek musi przejść przez jeden z nich. Temu harcerzowi na wzgórzu wystarczyłoby tylko zaobserwować, nad którym z nich unosiło się stado gołębi. Jest rzeczą pewną, że stado uniosło się nad tym lasem, do którego wszedł człowiek.
Gdyby jakiś człowiek próbował się ukryć w terenie wiejskim - powiedzmy, że byłby to zbiegły przestępca - mógłby znaleźć doskonałe ukrycie na polu kukurydzy (choć nie wolno chodzić po plonach!). Nie trudno sobie wyobrazić ile czasu zajęłoby przeszukanie takiego pola. To mógłby być nawet cały dzień, podczas którego ukrywający się mógłby niepostrzeżenie gdzieś znów zniknąć. Ale nie zdołałby on umknąć bystrym oczom ptaków. Jeśli stado gawronów lub gołębi leciałoby nad tym polem, ktoś obserwujący ich lot z pewnością dostrzegłby nagłą zmianę kierunku ich lotu. Zapewne gawrony krakałyby też na alarm.
Wronę można by uznać za jednego z najlepszych ptasich harcerzy. Wrony mieszkają w każdej kępie drzew i żaden ptak nie jest od nich szybszy w podnoszeniu alarmu, gdy zbliża się jakieś zagrożenie. Wtedy latają i rozgłośnie kraczą. Jeśli harcerz chce wiedzieć czy ktoś porusza się wzdłuż dalszej, niewidocznej dlań strony zagajnika wystarczy mu obserwować ruchy i głosy wron. Jeśli rzeczywiście ktoś tam się porusza, wrony będą wszędzie latać i krakać. To jest ważna sprawa dla harcerza, który sam chce przejść niezauważony na drugą stronę lasu. Jeśli pójdzie wprost przez lasek wrony nie chybnie zdradzą go. Jego jedyna szansa polega na ostrożnym, powolnym obejściu lasu.
Myśliwi z kół łowieckich, którzy troszczą się o ptactwo, na które potem polują, znajdują wspaniałych sojuszników między wronami. Kiedykolwiek lis, łasica czy gronostaj albo i kot skrada się w lesie wrony ostrzegą myśliwego. Ledwie taka łasica wystawi swój nos nad ziemię, a już wita ją ożywiony chórek wroni, który uroczyście skanduje: "Pink! Pink!". Kiedy ten hałas jest szybszy i gniewny można spodziewać się, że jego przyczyną jest sowa lub jastrząb.
Skowronek jest najmniejszym i najszczerszym pomocnikiem myśliwych, który szybko wszczyna alarm, gdy pojawia się łasica. Potem szybuje ponad zaroślami czyniąc straszne zamieszanie. Bacznie obserwując myśliwy może odgadnąć co do metra miejsce, gdzie owa łasica czai się.
Nie tylko wrony i sójki mówią wprawnym oczom i uszom opowieść o poczynaniach lisów. Przypuśćmy, że lis przycupnął na środku zaoranego pola. Nie ujdzie on uwagi peewits (Czajka). Dopóki pozostaje on na polu, dopóty wszystkie peewits zbierają się z zamiarem zaatakowania go i wydają taki oto płaczliwy dźwięk: "Pee - wit! Pee - wit!". Nawet w nocy żaden lis nie przemknie się przez pole unikając ich czujnych oczu. W ten sam sposób peewits w dzień czy w nocy rozpoznają też człowieka, który przechodzi przez pole, szczególnie jeśli jest czas gniazdowania.
Jeżeli lis idzie przez las sójki wznoszą alarm gdziekolwiek on zmierza. Ale nawet jeśli one zawiodą to na pewno alarmować będą bażanty, które "łańcuszkiem" przekazują sobie sygnał. "Kok - ap! Kok - ap!" - wołają jeden do drugiego tak długo jak mają lisa w zasięgu wzroku. Jest rzeczą bardzo interesującą zorientować się w trasie, którą przemierza lis w lesie przy pomocy krzyku bażantów.
Sprytny i zręczny lis często zaczaja się w miejscu, gdzie jest najmniej spodziewany. Każda gospodyni będzie wdzięczna harcerzowi, który ją ostrzeże, że widział lisa w sąsiednich zaroślach, niebezpiecznie blisko jej drobiu. Często myśliwi będą wdzięczni harcerzowi za najświeższe wieści o lisie, którego tropią.


Pozdrawiamy puszczańskim…
Z błękitnym niebem!
Owen Jones i Marcus Woodward
p.t. Woodcraft
(tłum z ang. mgr Mirosław Miodoński)

http://puszczanstwo.republika.pl/czujne_ptaki.html
 
     
Hakas 
KAPKANCZYK


Pomógł: 1 raz
Dołączył: 02 Lip 2008
Posty: 209
Skąd: Pomorze Zachodnie
Wysłany: 2009-02-19, 11:27   

Witajcie!
Bardzo się cieszę, że nie tylko ja snuję opowieści ale idea Opowieści Ogniskowych ożyła i do moich gawęd dołączają kolejni gawędziarze. Gryfie czekam na kolejne opowieści.
Z Błękitnym Niebem
Hakas
_________________
Wędruję poprzez świat polując, walcząc
i uzdrawiając

Przeklęty, kto miecz swój trzyma z dala od krwi - Bellicosa anima
Damnatus, qui gladio suo ab sanguem reservat - Bellicosa anima
 
     
Gryf 


Pomógł: 4 razy
Dołączył: 19 Wrz 2007
Posty: 1092
Skąd: Wrocław
Ostrzeżeń:
 6/4/6
Wysłany: 2009-02-19, 11:34   

Chciałeś i masz!

W lisiej jamie
Nie tylko ptaki zdradzają lisa - on sam siebie zdradza. Dzieje się tak z powodu silnego zapachu, który pozostawia za sobą, a który nie może się pomylić nikomu, kto raz nauczył się go rozpoznawać. Ten zapach narasta, gdy lis jest rozgrzany biegiem i słabnie, gdy lis jest zmęczony. Zatem jest ze sto wiele mówiących znaków, które lis pozostawia za sobą.
Podczas spaceru można zobaczyć w krzewach orlicy lub jeżyny albo też pod jakimś pieńkiem legowisko, jakie kot mógłby zrobić dla siebie ze słomy, tylko większe. To jest mieszkanie lisa. Rozejrzawszy się możesz znaleźć długi, żółto - brązowy włos, który rozproszy wszelkie wątpliwości. Uchyliwszy zarośli zobaczysz być może jedno lub więcej piór bażanta lub kuropatwy. Będziesz wtedy wiedział, że lis przeszedł tędy z ptakiem w pysku. Albo możesz natknąć się na skrzydła bażanta i nic więcej po nim; to ci powie, gdzie lis się pożywiał zeszłej nocy i co jadł. Jest jedna część ciała królika, której lis nigdy nie tknie - to wątpia czyli wnętrzności. Taki widok powie Ci kiedy lis poje sobie do syta, to on zwykł zakopywać resztki uczty. Ale nie wiedzieć czemu robi to w taki sposób, że zostawia tylną nogę zająca albo ogon bażanta wystające z ziemi.
Dla tych harcerzy którzy czasami zapuszczają się w lasy, gdzie lisom pozwala się żyć w spokoju do czasu polowania, miło będzie pewnie dowiedzieć się jak znaleźć lisie kryjówki. Podziemna lisia jama jest nazywana "ziemią". Chociaż lis rzadko kiedy wygrzebuje całą "ziemię" od początku do końca - woli rozszerzyć jamę po króliku - jest łatwo stwierdzić gdzie jest jego dom. Kiedy królik buduje swoją jamę robi to z taką dbałością o czystość, że rozciąga wydobytą glebę w długiej, ciągnącej się kilka metrów, bruździe. Natomiast lis zostawia glebę w stercie nieopodal wejścia. Zatem jego dziurka jest większa od króliczej.
Lisica, która ma młode, jest bardzo niechlujna przy kopaniu, ale jej niedbałość w piętrzeniu ziemi u wejścia do domu służy dobremu celowi. Pies nie może wejść prostą drogą; musi zachodzić z boku, co daje lisicy sposobność zaatakowania go za pomocą jej czterech długich i zakrzywionych kłów.
W głębi lisiej jamy jest legowisko dla młodych. Jest ono na wyższym poziomie niż przejście na zewnątrz. Jeśli jakiś terier zdołał by ukradkiem wcisnąć się do jamy, to niemile zdziwiłby się stwierdziwszy raptem, że przygważdża go do ziemi… nos lisicy. Wtedy dla niego tylko jedno pozostaje: czmychnąć jak najszybciej. A jak zawyłby przy tym!...
Jeśli zaglądniesz do jamy, zobaczysz, że ziemia "na wejściu" jest wygładzona grzbietem lisa. Może tam być kilka brązowawych włosów gospodarza. Na zewnątrz na bryłkach gliny lub kredy można zobaczyć ślady lisich pazurków. Mogą też tam być porozrzucane korzenie wydarte przez lisa zębami.
Jak można się dowiedzieć, że lis jest w domu? Jeśli jego "ziemia" nie jest zbyt duża, to możesz włożyć tam kij; to rozdrażni lisa, a kiedy lis jest zły wtedy wydaje silny odór, którego już nie zapomnisz. Ale najlepszym sposobem stwierdzenia obecności lokatora w jamie jest trzymana na smyczy fretka. Jeśli jest lis to sierść fretki zjeży się i zwierzę nie pójdzie dalej.
Nie jest łatwo powiedzieć, kiedy młode lisięta pojawiają się "w ziemi". Większość rodzi się w końcu marca. Lisica przygotowuje zwykle dwie jamy i może przeprowadzać się z rodziną z jednej do drugiej w przypadku niebezpieczeństwa. Bardzo rzadko lisięta wychowują się w spróchniałym pniu lub kępie jeżyn. Czasem nawet znajdziemy je pod opasłym ostrokrzewem. Jeśli w końcu marca znajdziemy jedzenie w pobliżu wejścia do jamy, to jest dobry znak, że w środku są młode.
Kiedy lisięta są wystarczająco duże, aby wyczołgać się z miejsca urodzenia, jest łatwo odczytać znaki, jakie zostawiają za sobą. Ich szybko przebierające łapki wygładzają powierzchnię gleby. Pięciotygodniowe szczeniaki oddalają się około dwudziestu metrów od "ziemi"; odległość ta zwiększa się wraz ze wzrostem. Trudno pomylić ślady ich wędrówek wśród leśnej zieleni. Jeśli pójdziesz tropem ich wędrówek, szybko natkniesz się na miejsca, gdzie ucztowały i bawiły się; są tak wyraźne jak te, które pozostają po obozowisku niedbałych harcerzy.
Kiedy liski zaczynają wychodzić z jamy, ich matka wykonuje kilka tuneli przez które mogą one wydostać się z jamy; są one mniejsze niż ten główny. Liski mogą uciekać przez nie, jeśli zdarzyłoby się, że pies wejdzie do jamy pod nieobecność lisicy. Ta bowiem po kilku pierwszych tygodniach zostawia je same i wyrusza na łów. Kiedy mają około sześciu tygodni matka przenosi je do nowej siedziby, bo dotychczasowy dom jest już bardzo zapaskudzony resztkami bażantów, kuropatw, zajęcy, królików, szczurów, myszy, chrabąszczy, żab i drobiu.
Dla oczu umiejących czytać leśne znaki zmięty albo złamany liść lepiężnika przypominający rabarbar, opowie historyjkę o psotnych liskach. Widok złamanego liścia lepiężnika powinien wzmocnić czujność myśliwego poszukującego właśnie lisów.
Kiedy liski zaczynają same polować, robią to w dzień, ale zamieszania wystarcza na całą dobę. Jeśli natkniesz się na królika złapanego w sidła, żywego, ale wyglądającego jakby był ośliniony przez inne zwierzę, będziesz wiedział, że to mogły być liski, które znalazłszy biedaka na próżno próbowały go zjeść. Bez wątpienia ta zabawa radowała ich o wiele bardziej niż królika.
Jeżeli późną wiosną lub wczesnym latem podejrzewasz. Że w lesie są lisy, ale chcesz się jeszcze o tym przekonać, idź do lasu o zmierzchu i zachowuj się cicho. Wtedy możesz usłyszeć szczekające nawoływania matki - lisicy i jej dzieci. Liski piskliwie i sucho szczekają wydając dźwięk przypominający starodawne drewniane grzechotki ostrzegające przed włamywaczami. Ten skowyt lisiąt jest głośniejszy, gdy śpieszą one na przeciw matce wracającej do nory ze świeżo upolowaną kolacją.
Kiedy spotkasz lisa latem lub jesienią, będziesz mógł odróżnić młodego poprzez jego kościstość i cienkość włosa, mimo że ogólnie może on być tak duży jak starsza sztuka. A futro młodego jest rudo - brązowe, nie tak naprawdę rude jak u dorosłego "chytrusa" - starego, sprytnego lisa, zwanego też "złodziejem świata".


Pozdrawiamy woodcrafterskim…
Z błękitnym niebem!
Owen Jones i Marcus Woodward
(tłum z ang. mgr Mirosław Miodoński)

http://puszczanstwo.repub...siej_jamie.html
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,12 sekundy. Zapytań do SQL: 11