www.reconnet.pl Strona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy  Statystyki  Rejestracja  Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Przesunięty przez: Tanto
2010-07-28, 20:56
Opowiadania
Autor Wiadomość
Walker95 

Wiek: 30
Dołączył: 09 Paź 2009
Posty: 54
Skąd: Poland
Wysłany: 2010-08-21, 23:08   

OOojjjjj.... Mi też bardzo mi brakowało zwrotów akcji! Wiesz co. Nie jestem ekspertem, ale dla mnie fabuła i napięcie powinny wyglądać tak:



Wiesz, zwroty, niespodziewane eksplozje... Oczywiście, nie przez cały czas! Mówię teraz o tych chwilach "grozy".

U ciebie akcja wyglądała (nie mówię, że nie lubię) jak w starych westernach. Ciągle coś się zaczyna dziać, ale zaraz potem się kończy = i w efekcie nic się nie dzieje!





Ale wiesz co?
:roll:
Jak zaczytałem się w twoje opowiadanie, to nie mogłem przestać. :-P
Rewelacja!
 
     
babajaga 


Wiek: 36
Dołączyła: 21 Sie 2010
Posty: 24
Skąd: okolice Mielca/UK
Wysłany: 2010-08-23, 04:12   

Masz człowieku talent, tylko pogratulować :-D
 
     
Hillwalker 


Pomógł: 7 razy
Wiek: 43
Dołączył: 03 Wrz 2009
Posty: 270
Skąd: Dąbrowa Górnicza
Wysłany: 2010-08-24, 09:29   

Walker95, te wykresy mi się podobają. Ciekawe, jaki narysujesz po następnym opowiadaniu.

Czytelników o mocnych nerwach zapraszam do

O
T
C
H
Ł
A
N
I


1.
Rozgałęzione korony buków dawały głęboki cień, mimo że do zachodu Słońca pozostawało nie mniej niż dwie godziny. Ścieżka, jako że nie stanowiła części znakowanego szlaku, pozostawała wąska i często musieli uchylać głowy, by nie wpaść na gałąź. Ponadto wiła się kapryśnie pomiędzy sędziwymi pniami. Drzewa nie rosły aż tak gęsto, to podszyt sprawił, że stracili orientację.

Szukali rozległego ostańca skalnego, właściwie krótkiego grzbietu jasnych, wapiennych skał. Mieli dużo czasu, dzisiaj planowali tylko rozbicie obozu u stóp wzniesienia, jeśli go nie znajdą, rozstawią namioty gdziekolwiek, a poszukiwania wznowią rankiem.

Gruby, młody człowiek dużej postury, sapał głośno, z trudem niosąc ciężki plecak, który w dodatku co chwilę haczył o gałęzie. Gałązki trzaskały mu pod podeszwami i w sumie robił znacznie więcej hałasu niż pozostała dwójka.

- Czekajcie, muszę się napić. Duszno w tym lesie – rzekł zbolałym głosem – Żeby jeszcze jakiś strumyk tu płynął, albo źródełko biło. Będzie woda na miejscu, Trok?

Pytanie skierował do kolegi prowadzącego grupkę, który czujnie wypatrywał właściwej drogi i rzadko zabierał głos. Trok zawdzięczał swój pseudonim zwyczajowi noszenia małego plecaka i dowiązywania do niego licznych przedmiotów, które nie zmieściły się do środka. Trzeba jednak przyznać, że robił to dobrze i nic mu na plecach nie fruwało.

- To teren krasowy i o wodę trudno. Nie licz na źródło. Poświęcisz pół butelki mineralnej i się umyjesz. Czterdzieści minut od naszej miejscówki jest wioska ze sklepem, jutro można uzupełnić zapasy, głównie płyny.

- Tak daleko?

- Gruby, mówiłeś że ostatnio intensywnie trenowałeś, prawda?

- Tak. Przysiady, pompki, człowieku, wszystko. Jestem w szczytowej formie.

Trok uśmiechnął się dyskretnie. Znał kolegę od dawna i wiedział, jak bujną ma wyobraźnię, a w swoich wymyślonych opowieściach nie miał umiaru i niejednokrotnie przedstawiał siebie jako niemal herosa ambitnych wypraw, ratującego innych z opresji.

Usiedli pod jednym z większych drzew w okolicy, wokół było nieco otwartej przestrzeni nie porośniętej krzewami. Zrzucili pakunki, Gruby wyjął dwulitrową butlę i opróżnił połowę, zanim Trok rozłożył mapę. Trzecim uczestnikiem wyjazdu był Bartek, dla którego wyjazd na Jurę był debiutem, jeśli chodzi o wędrowanie wśród skał. Ten szczupły chłopak do tej pory odbywał głównie długie leśne spacery niedaleko miejsca zamieszkania, zdarzało mu się też samotnie nocować. Jego bagaż ważył o połowę mniej, niż Grubego.

- Moim zdaniem jesteśmy prawie na miejscu – powiedział Trok, wciąż wpatrując się w mapę – Tam, najwyżej pół kilometra stąd, w linii prostej.

- Zjem jeszcze bułkę i ruszamy – stwierdził Gruby

- Zjesz na miejscu, będziesz mógł nawet usmażyć kiełbaskę na ogniu.

Gruby uśmiechnął się szeroko, zamknął plecak i zamaszystym ruchem zarzucił go na plecy. Kwadrans później stali u stóp rozległego wapiennego ostańca, mieli do dyspozycji wygodną polankę, a nawet wiatę, dwie ławeczki i miejsce na ognisko. Trok zbierał w okolicy opał, Bartek spokojnie rozkładał swój namiot a największy uczestnik wyprawy pałaszował bułkę z salcesonem, drugą ręką sięgając po pęta kiełbasy.


2.
- Nikt nie ma klaustrofobii? - zapytał Trok

- Mogę pokonywać najciaśniejsze korytarze – oznajmił Gruby, czym wywołał u kolegów wesołość, dopiero po chwili zrozumiał, o co im chodzi. Trochę się obraził – W niejednej poważnej wyprawie brałem udział. Na pewno doskonale dam sobie radę.

- Nie nadymaj się tak, brachu, bo ci pęknie uprząż – rzekł Trok
Stali przy niedużym otworze wejściowym do jaskini. Włączyli czołówki i weszli do podziemnego świata. Najpierw znaleźli się w rozległej komnacie, dalej już musieli dreptać wysokim lecz wąskim korytarzem. Prowadził Trok, on też niósł linę.

- Czasami wyobrażam sobie, że grota to starożytny grobowiec, a ja odkrywam go po wiekach zapomnienia. Jak Indiana Jones – powiedział Trok.

- Cisza i spokój. Myślisz, że nikt nie narobi bałaganu w naszym obozie? – zapytał Bartek

- Mam nadzieję, że nie, chociaż nie tylko wspinacze i grotołazi tu zaglądają. Na szczęście jest wczesny poranek, leśni imprezowicze jeszcze śpią.

Przejście stawało się coraz mniej wygodne, głównie dlatego, że na dole miało szerokość pół stopy i musieli stawiać małe kroki, za każdym razem uważając, by stopa nie utknęła. Gruby sapał głośno a zamykający stawkę Bartek często musiał czekać, aż kolega poderwie do góry nogę, albo znajdzie odpowiednie oparcie dla rąk, by móc bezpiecznie zrobić kolejny krok.

- Jest dość ostro – westchnął

- Prosta droga – powiedział Trok – Zero trudności, tylko małe niewygody. Zresztą zaraz dojdziemy do bardziej przestronnego miejsca. Rzeczywiście, po paru minutach usłyszeli od prowadzącego – Stop. Teraz ostrożnie.

- No, tutaj jest lepiej – odetchnął Gruby.

- Zakładam asekurację.

- Po co?

- Chodź tutaj powoli i oświetlaj podłoże przed sobą.

Gruby tak zrobił, widział skałę, jakieś kamyczki, małe oczka wody wielkości monety. Nagle promień czołówki przepadł, nie mogąc przebić ciemności.

- Co jest, kurcze?

- Musimy zjechać na dół. Po to właśnie wziąłem linę i trochę sprzętu, w tym uprzęże dla nas wszystkich. Stoisz nad przepaścią.

Gruby nienaturalnie szybko cofnął się do tyłu, aż wpadł na Bartka.

- Wybacz. Nietrudno tutaj stracić równowagę i orientację.

W ścianie były dwa stałe haki, do których Trok miał zaufanie bo wiedział, jak solidnie wykonuje się takie zabezpieczenia. Za pomocą dwóch pętli i zakręcanego karabinka zrobił solidny punkt asekuracyjny, przeplótł linę po czym rzucił ją w dół.

- Dotyka krawędzi – zauważył Bartek.

- Jesteś spostrzegawczy, ale tu skała jest obła, wyślizgana aż do przesady. Na wszelki wypadek podłożę jakąś szmatę. Mam sposób na sprawdzenie solidności liny i zabezpieczenia.

- Jaki? - zapytał Gruby

- Zjedziesz pierwszy, jeśli nic się nie zerwie, będziemy pewni.

- Bardzo śmieszne.

- Żartuję. Nie ma się czego bać. Nie więcej niż piętnaście metrów. Lina ma czterdzieści, złożona na pół pozwala na dwudziestometrowe zjazdy, jest zapas. To co, wsiadasz? Wepnę ci ósemkę, jak hamować wiesz. Masz za sobą tyle wypraw, że taki zjazd to pestka.

- Wiesz, my chodzimy bez zabezpieczeń – chełpliwie oznajmił Gruby, jednak wyraźnie nie palił się do dalszej drogi.

- Dobra, to ja pierwszy. Bartek, będziesz ostatni. Dopilnuj, żeby Gruby prawidłowo się do liny wczepił, trzeba uważać. Plan jest taki, żebyśmy wszyscy wyszli z jaskini cali i zdrowi.


3.
Trok bez stresu zawierzył linie i wychylił się przez krawędź, po czym delikatnie zaczął schodzić na dół, zapierając się nogami o jedną ze ścian. Druga była na tyle blisko, że co chwilę czuł ją plecami. Strużki zimnej wody pobudzały, nie miał problemu z utrzymaniem skupienia, chociaż jedyne co mu teraz groziło, to nabić sobie guza o skałę. Po chwili dotknął dna. Odpiął karabinek. Poświecił w stronę dalszej drogi, nie widział jednak wiele, gdyż kilka kroków od niego korytarz zakręcał.

- Jestem na dole, następny!

Chwilę to trwało, ale i Gruby sobie poradził, choć zjechał na dół mokry, od wody albo potu. Z ulgą odczepił linę od uprzęży.

- No, dość na dziś wspinaczki.

- Nie chcesz chyba nocować w jaskini? Będziemy tędy wracali.

- Jak?

- Po linie do góry. Na razie ją tu zostawiamy. Nie ukrywam, że wejście będzie męczące, tobie będzie łatwiej, bo jesteś większy i w wielu miejscach zaprzesz się plecami o jedną ścianę, nogami o drugą... Wyszedłbyś i bez liny.

- Nic nie mówiłeś o wchodzeniu po linie – rzekł z przestrachem Gruby.

- Windy nie ma – odparł Trok, lecz jednocześnie zastanawiał się, czy większy kolega sobie poradzi. O Bartka był spokojny, szczupły chłopak nie czuł obawy i wbrew pozorom miał sporo siły.

Dołączył do nich, zostawili linę i ruszyli dalej.

- Co będzie, jeśli ktoś wejdzie do jaskini i wyciągnie nam linę? - Grubego nie opuszczał niepokój.

- Wtedy nie damy rady wyjść na zewnątrz, bo drugiej drogi raczej nie ma. To rozległy system korytarzy i może się mylę, ale innego wyjścia nie znam. Nie martw się. Nie jestem głupi, w obozie zostały dwie kartki z informacją, o której godzinie planujemy wyjście, są tam też telefony kontaktowe do rodziny; dodatkowe zabezpieczenie to mój tata. Jeśli dzisiaj do osiemnastej nie zadzwonię do niego, zawiadomi ratowników. Wie dokładnie, gdzie jesteśmy.

- Czyli nie zostaniemy tu sami – powiedział Bartek.

Szli teraz pod górę. Korytarz odbijał to w prawo, to w lewo.

- Te stopnie wyglądają jak wykute przez człowieka – Bartek oświetlał drogę pod nogami i nie mógł tego nie zauważyć.

- Jak tędy szedłem poprzednim razem, też miałem takie wrażenie – odparł Trok – Mimo wszystko to mało prawdopodobne. Nie wiem, do czego wykorzystywano by tą jaskinię w przeszłości. Prowadzi tu niełatwa droga, jeśli nie posiadasz liny. Nie jest to też dzieło grotołazów.

Nagle Bartek pośliznął się na gładkiej powierzchni i upadł, boleśnie tłukąc sobie rękę. Wydawało mu się, że i głową przejechał po ścianie. Był oszołomiony, siedział i nie docierały do niego słowa kolegów.



4.
- Słyszysz mnie... słyszysz mnie? - nareszcie usłyszał. Trok zadawał to pytanie, trzymając zimny okład na głowie Bartka a Gruby kończył owijanie bandażem lewego przedramienia kolegi.

- Rękę masz w porządku, nie ma otwartej rany, jest jednak potłuczona, nasmarowałem ci ją maścią, a Gruby nałożył bandaż. Na razie proponuję dalszą drogę, a ty Bartku będziesz mówił, jak się czujesz. Jeśli przestanie boleć, dasz radę wejść po linie.

- Dobra. Mam guza na głowie?

- Na głowie? Nie. Głowa w porządku, robię ci zimny okład, żebyś ochłonął, właściwie nie wiem, dlaczego na moment straciłeś przytomność. Jeśli źle się czujesz, natychmiast zawracamy.

- Teraz już zupełnie dobrze. Idziemy dalej.

Nie miało to być ostatnie nieprzyjemne wydarzenie. Szli teraz wygodną, szeroką galerią, ona również prowadziła do góry, lecz łagodnie. Stopnie zniknęły. Wtem Trok dosłownie zapadł się pod ziemię! Czyżby wpadł w szczelinę? Bartek nie oglądając się na Grubego popędził do fatalnego miejsca. W podłożu ział otwór, na szczęście nie głęboki. Instynktownie Bartek wszedł tam i znalazł się w nowym korytarzu, o wiele węższym. Zawołał Troka, po chwili zobaczył oddalający się blask jego czołówki. Popędził w tamtą stronę. Włączył maksymalny tryb świecenia.

Droga wiła się dziko, Bartek zanotował, że ściany są czarne. Przecież byli w wapiennym ostańcu. Nie znał się na geologii, może fachowiec nie widziałby w tym nic zaskakującego.

Nagle dotarł do ściany. Koniec korytarza. Gdzie jest Trok? Spojrzał do góry. Nerwowo drgające światło posuwał się coraz wyżej i wyżej. Strop w tym miejscu zniknął, droga prowadziła pionowo do góry. W ścianie zauważył wykute uchwyty, ruszył, by dogonić kolegę. Może doznał szoku i nie wie, co robi? Jak inaczej wytłumaczyć tą ucieczkę?

Dopadł go w końcu. Trok znalazł mały, skalny pokój i siedział na głazie.

- Znalazłem wyjście – powiedział radośnie.

Bartek widział otwór w ścianie wielki niczym okno balkonowe. Zgasił sztuczne światło i podszedł bliżej. Byli chyba blisko szczytu skał, bowiem powierzchnia lasu znajdowała się dobrych trzydzieści metrów niżej.

- Ładny widok, ale tędy nie wyjdziemy – powiedział Bartek.

- Każdy szlak prowadzi do domu – szepnął Trok.

Bartek spojrzał uważnie na kolegę. Siedział na dużym kamieniu niczym na tronie, wzrok wbijał w przestrzeń. Cała sylwetka sprawiała wrażenie jednocześnie i zamyślonej, i spiętej, jakby miał podjąć ważną decyzję i już prawie był jej pewien.

- Trok, spójrz na mnie – rzekł powoli Bartek – Wracamy. Trzeba odnaleźć miejsce, gdzie zostawiliśmy linę. Wracamy. Koniec wycieczki.

Trok powoli obrócił głowę i utkwił spojrzenie w jego oczach. Miał szerokie źrenice, w których błyszczały czerwone iskry.

- To jest pokój rozstań. Wybieram krótszą drogę.

Zanim Bartek zdołał ochłonąć, Trok zeskoczył z głazu, ruszył w stronę otworu w ścianie, odbił się mocno... Jego sylwetka mignęła na tle drzew a potem nieubłagana siła ściągnęła ja na dół.


5.
- Krzyczałeś – powiedziała zatroskana mama Bartka.

- Gdzie jestem?

Już się i tak domyślił. Jasne ściany, łóżka pościelone białą pościelą, inni pacjenci. Szpital.

- Co się stało? Dawno mnie tu trzymają?

- Od wczorajszego wieczoru. Nie udała wam się ta wycieczka, co? Właściwie nic ci nie jest, nie bardzo wiedzą, dlaczego straciłeś przytomność...

- Co z nimi?

- Twoim kolegom nic nie jest. Wezwali ratowników, bo nie potrafili cię sami wyciągnąć do góry. Może to odwodnienie, albo zbyt się zmęczyłeś. EKG nie wykazało nic złego, wydaje się, że jesteś zdrowy. Ten wielki chłopak też mówi, że w jednym miejscu w jaskini źle się czuł. Może jakiś gaz się tam wydobywał? Ale wszystko dobre, co się dobrze kończy.

- Jakie dobre wieści przynosisz, mamo – odetchnął głęboko i spojrzał na nią z wdzięcznością.

- Pewnie jeszcze dzisiaj wrócimy do domu. Przyniosłam rzeczy na zmianę. Nie będziemy jeść tutaj, wieczorem przekąsisz jakąś lekką kolację. W najbliższym czasie czeka cię jeszcze wizyta u lekarza, wyniki badań, następne badania. Trzeba wszystko spraaaawdzić.

- Co, mamo?

- Badaaaania, syyynu.

- Dlaczego mówisz tak dziwnie? - jak się okazało, mama nie tylko dziwnie mówiła. Ciemne i puszyste włosy przylgnęły bliżej głowy a cała twarz się wydłużyła. Lekarz w białym kitlu, który właśnie wszedł na salę, w mgnieniu oka zamienił się w tysiące wirujących płatków śniegu.

- Co się dzieje? - zapytał Bartek

Mama zwęziła powieki.

- Oooootchłań... Daaaal...


6.
Pomieszczenie w ogóle się nie zmieniło. Tylko na kamieniu nikt już nie siedział. Wyjrzał na zewnątrz przez otwór, ale występ skalny zasłaniał widok, więc nie widział Troka. Z trudem docierała do niego świadomość fatalnego wypadku. Nie liczył na cud, upadku z tej wysokości nikt by nie przeżył. Zapragnął opuścić to pomieszczenie, przebrnąć jak najszybciej całą jaskinię i wreszcie trafić do obozu. Potem czekało go trudne zadanie poinformowania o tym co się stało.

Schodził bardzo ostrożnie. Pionowa ściana, którą sprawnie pokonał w przeciwną stronę, wydała mu się teraz zdradliwa i niebezpieczna. Drżały mu nogi, oznaka zmęczenia, znana każdemu wspinaczowi. Nie mógł jednak sobie pozwolić na błąd, schodził bez asekuracji.

Kiedy poczuł grunt pod nogami, odetchnął.

Potem usłyszał ciche pojękiwanie. Wrażenie, jak na spowitym ciemnościami nawiedzonym zamku, gdy usłyszysz potępione głosy zjaw, dochodzące z lochów. Zbliżają się, chcesz uciec.

Bartek nie miał gdzie uciekać. Poczuł jednak na ciele kleszcze klaustrofobii, ta bryła kamienia, w środku której siedział, dusiła go. Nie mógł się szybko stąd wydostać.

Ktoś jednak jęczał.

Opanował nerwy, na ile potrafił, i poszedł w stronę odgłosów.

- Na pomoc – usłyszał znowu.

- Gruby! - dopiero teraz rozpoznał głos – Gdzie jesteś?

- Tutaj...

W ścianie, na wysokości metra, był otwór. Naprawdę niewielki. Bartek zajrzał do niego i zobaczył głowę Grubego.

- Rany, jak tam wszedłeś?

- Nie wiem – zaczął szlochać

- Weź się w garść. Dawaj ręce, wyciągnę cię – zaproponował, ale nagle pojął, że to niemożliwe. Gruby tkwił w środku jak w kokonie, tylko głowa wystawała, i ramiona.

- Stary, ja umrę – rzekł z rozpaczą – Nic mi nie pomoże.

- Wezwę pomoc. Musisz poczekać.

Spojrzał na Bartka i powiedział::

- Zsuwam się.

Istotnie, głowa zaczynała się oddalać.

- Trzymaj się czegokolwiek!

- Nie mogę! Aaaaaaaa!

Krzyk brzmiał przez kilka sekund, potem nagle ucichł. Bartek zapragnął odetchnąć świeżym powietrzem, zobaczyć Słońce. Popędził do pomieszczenia, które Trok nazwał „pokojem rozstań”. Nawet nie wiedział, jak tam dotarł. W zupełnym amoku stanął na środku. Podłoga falowała. Nie, nie falowała. Drgała jak membrana. Musiał reagować na jej ruchy, uginał nogi, podskakiwał. Sprężysta trampolina. Nagle nachyliła się. Na szczęście uniknął uderzenia w ścianę, przemknął przez otwór. Powiew wiatru, wierzchołki drzew. Wapienna skała oddaliła się, stracił ją z oczu jak skoczek spadochronowy samolot.
Otchłań.




Sierpień 2010
Ostatnio zmieniony przez Hillwalker 2010-08-24, 17:15, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Hakas 
KAPKANCZYK


Pomógł: 1 raz
Dołączył: 03 Lip 2008
Posty: 209
Skąd: Pomorze Zachodnie
Wysłany: 2010-08-24, 12:15   

Bardzo dobre opowiadanie. Po takiej lekturze wielu będzie miało opory przed wejściem do jaskini icon_twisted

Bardzo ciekawe opowiadanie.
Hakas
_________________
Wędruję poprzez świat polując, walcząc
i uzdrawiając

Przeklęty, kto miecz swój trzyma z dala od krwi - Bellicosa anima
Damnatus, qui gladio suo ab sanguem reservat - Bellicosa anima
 
     
babajaga 


Wiek: 36
Dołączyła: 21 Sie 2010
Posty: 24
Skąd: okolice Mielca/UK
Wysłany: 2010-08-26, 03:36   

Oj, czy ja teraz zasnę po takim opowiadaniu? :shock:
Masz świetny styl :-) Opowiadanie wciąga i doskonale się je czyta :-D
 
     
Dąb 


Pomógł: 12 razy
Wiek: 36
Dołączył: 08 Lut 2008
Posty: 961
Skąd: Gorzów
Wysłany: 2010-08-26, 05:54   

Dobre, nawet bardzo dobre , trochę namieszało mi w głowie.
_________________
www.mjbushcraft.wordpress.com

Cała tajemnica wiedzy puszczańskiej, tkwi tylko i wyłącznie w chęci jej zdobycia. Nie są potrzebne do tego niezmierzone odmęty pierwotnej puszczy. Nie jest potrzebny super sprzęt czy ubranie rodem z kosmicznych technologi. Wystarczy chcieć, oglądać, czytać i próbować. Nie zrażać się niepowodzeniami. Proste - ale to cała tajemnica. Szkoda, że większość adeptów leśnej ścieżki nie potrafi tego zrozumieć...

"Płyń pod prąd - z prądem płyną tylko śmieci "
 
     
Shiv 


Wiek: 34
Dołączył: 11 Mar 2010
Posty: 5
Skąd: Nottingham
Wysłany: 2010-08-29, 12:39   

Rewelacja! Bardzo klimatyczne. Przypomina mi stylem opowiadania Philipa K. Dicka.
 
 
     
Hillwalker 


Pomógł: 7 razy
Wiek: 43
Dołączył: 03 Wrz 2009
Posty: 270
Skąd: Dąbrowa Górnicza
Wysłany: 2010-09-10, 17:53   

CAPE SKELETON


Są miejsca pełne romantycznego uroku, które zakochani chętnie wybierają na wspólne spotkania. Przyciągają ich atrakcyjne krajobrazy, czasami jest to plaża nad błękitnym morzem, z dorodnymi palmami w tle, innym razem skraj lasu, skąd widać ośnieżone szczyty, możliwe do zdobycia choćby w jeden dzień. Nie ma planów niewykonalnych dla umysłu odurzonego miłością.

Przyciągają też ludzi urokliwe miasteczka, z fontannami, zabytkami, pomnikami, kwitnące, rozświetlone wieczorem i nocą, gdzie można poczuć koloryt swobodnego życia, beztroskę i spokój restauracyjek, pachnących nietypowymi potrawami i dojrzałym winem.

Istnieją słynne skwery, parki, nawet pojedyncze ulice, przyciągające młodych i starych. Wiele z nich nie potrzebuje dodatkowej reklamy, przyciągają w niewytłumaczalny sposób od lat, jakby stanowiły mityczne miejsca mocy, dające odwiedzającym siłę i energię do życia.

Na drugim biegunie są miejsca odludne, puste, wręcz omijane przez turystów. Białe plamy na mapie terenów wartych odwiedzenia. Niechętne do przyjmowania ludzi, pragnące pozostać nietknięte stopą hałaśliwego i ciekawskiego podróżnika. Miejsca dzikie, lecz nie tylko. Ileż to razy w lesie, który przemierzają myśliwi czy też turyści plecakowi obozujący na dziko, są ścieżki, polany, zarośla instynktownie omijane przez piechurów, nawet przez zwierzynę.

Tak jest, chociaż nikt nie wytłumaczył tego zjawiska, ani nie stało się ono tematem rozprawy naukowej, gromadzącej fakty obiektywnie i bez z góry założonej tezy.

Przylądek Strachu, tak niektórzy nazywali to miejsce. Cypel nad wzburzonym morzem, najczęściej otulony mgłą i nakryty chmurami nawet wtedy, gdy zupełnie niedaleko Słońce paliło grzbiety plażowiczów. Tutaj nikt nie wędrował. Nieliczne wyjątki czyniły to rzadko i zazwyczaj tylko raz. Pewien młody podróżnik spędził tu noc, jednak rankiem uciekał w popłochu, pozostawiając rozbity namiot. Zarzekał się później, że prędzej przejdzie w poprzek Islandię na piechotę, niż po niego wróci; takoż wkrótce leciał samolotem w stronę Reykjaviku, a na przylądku jego namiot rozdzierały kolejne wichury, aż pozostały jedynie smętne szczątki, które miał porwać najbliższy sztorm.

Pewnego ranka na końcu cypla coś się poruszyło. Dwa niewielkie, białe obiekty, odróżniające się wyraźnie na tle ciemnej barwy morza. Choć to brzmi niewiarygodnie, siedziały tam ludzkie szkielety, i co najniezwyklejsze, rozmawiały ze sobą.

- Schudłeś ostatnio, Ulryku – powiedział większy szkielet, pozostałość po rosłym mężczyźnie liczącym nie mniej niż dwa metry wzrostu.

- Zawsze miałem skłonność do anoreksji, w przeciwieństwie do ciebie, Zygfrydzie – odparł niski Ulryk, po czym westchnął – Dzisiejsza bryza przewiewa mnie na wskroś. Fatalna pogoda.

Zygfryd pokiwał twierdząco głową. Dłuższy czas siedzieli w kucki, milcząc. Ciężkie fale rozbijały się o brzeg, czasami bryzgi piany padały bardzo blisko, co wywoływało u Ulryka szczękanie zębami.

- Może się trochę rozerwiemy? - zaproponował Zygfryd – Zagrajmy w kości.

- Nie sądzisz, że w naszym przypadku gra w kości może być nudna?

- Dlaczego? Znasz jakąś lepszą? Chyba nie poker rozbierany?

- No tak, to już zupełnie nie miałoby sensu – przyznał Ulryk.

- No i kobiet brakuje...

- Eee, to nie problem. Bóg stworzył Ewę z żebra Adama – rzekł Ulryk beztrosko.

Rosły Zygfryd popatrzył na kolegę ironicznie i powiedział:

- Patrzysz na swoją, hmmm, klatę i sobie myślisz- pogadam z Bogiem i sprawię sobie niezły haremik, co? Stary zboku!

- Jesteś duży to i głupoty wielkie gadasz. A w ogóle to się do niego od miesiąca nie odzywam. Rozważam, czy nie przestać wierzyć.

- Macie ciche dni?

- Przez niego niedawno złamałem nogę! Rozumiesz? Otwarte złamanie.

- Chudyś, nieuważnyś – skwitował Zygfryd – Bóg to nie niańka trzymająca za rękę.

- Podobno wszystko potrafi.

- Na pewno ma nieskończoną cierpliwość, skoro toleruje takiego Ulryka na przykład.

- Masz skostniałe poglądy.

- Od śmierci jestem tradycjonalistą – spokojnie odparł Zygfryd.

- Katol!

- Hola, mały! Licz się ze słowami.

Kłótnię przerwał hałas dobiegający z lewej strony półwyspu. Nadpływał niewielki jednomasztowy stateczek, nie najlepiej utrzymany, delikatnie mówiąc. Żagiel w strzępach, brudne burty i jakaś szmata zamiast bandery.

- Ster lewo na burt, patałachy, bo wejdziemy na mieliznę! - rozległ się chrapliwy wrzask.

Załogę stanowiły indywidua podobne do Ulryka i Zygfryda, ostro uwijające się przy linach, zaciskające na nich kościste palce. Statek skręcił posłusznie, co załoga skwitowała chóralnym zaśpiewem:

- Piętnastu ludzi na Umrzyka skrzyni / Jo-ho-ho / I butelka rumu! / Wódka i czarci skończyli z innymi / Jo-ho-ho! …

- Jest rum, jest impreza – skwitował Ulryk.

- Hej szczury lądowe! Dołączcie do szalonej zabawy na pokładzie naszej starej łajby! Płyniemy do najbliższej tawerny, gdzie serwują najprzedniejsze trunki oraz schab bez kości!

- Nie skorzystamy! - odkrzyknął Zygfryd – Obawiam się, że wasz Latający Holender zacznie nabierać wody, kiedy wsiądziemy!

Jednostka oddalała się, ale usłyszeli jeszcze komentarz:

- Słyszeliście? Latający Holender! Ma gość, k...wa, poczucie humoru.

- Majtek, polej! Piętnastu ludzi na Umrzyka skrzyni...

- Dobrze zrobiliśmy? - zapytał Ulryk – Zabawa chyba udana, no i dawno nie byliśmy w knajpie.

- Mało w życiu wychlałeś, pijaku? Zresztą, mają słabe czaszki, nie piję z amatorami i pseudopiratami pływającymi na skrzypiącym okręciku z obrzyganymi burtami.

Wiatr wzmagał się, niebo pociemniało. Nadchodził deszcz, prawdopodobnie będzie padał przez całą noc. Od morza ciągnęło przenikliwe zimno, kto mógł, szukał schronienia w cieple domowego ogniska, gdzie nie czuł kaprysów pogody ani humorów żeglarskiej braci, żywej i martwej.
 
     
Sotol 

Wiek: 26
Dołączył: 12 Wrz 2010
Posty: 12
Skąd: Gąbin
Wysłany: 2010-09-16, 18:41   

Fajnie się czyta hehe :-)
_________________
Dąb,buk,jesion,kasztanowiec-na ognisko to surowiec!
 
     
Mazazel 


Pomogła: 2 razy
Wiek: 37
Dołączyła: 02 Sty 2010
Posty: 87
Skąd: Łódź
Wysłany: 2010-10-04, 13:02   

Dobre! Otchlan- wciaga umysl jak slimaka w muszle ...a potem wyrzuca w otchlan i biel, bo zaskakuje zakonczenie (ja oczywiscie myslalm ze sie uratuja, pozbieraja etc, a tu tak niesztampowo). A nad tym o szkieletach usmialam sie setnie, lubie taki niewymuszony, naturalny humor:) Dzieki!
_________________
zlotykon.pl
 
 
     
Hillwalker 


Pomógł: 7 razy
Wiek: 43
Dołączył: 03 Wrz 2009
Posty: 270
Skąd: Dąbrowa Górnicza
Wysłany: 2011-04-05, 19:40   

Po długiej nieobecności w tym dziale witam wszystkich czytelników i tych, którzy próbują swych sił w pisaniu; Hakasa, pierwsze pióro Recona, Mazazel, Zdybiego, Yaktrę, Ctulhu. Pozdrawiam też Dziula, który jeszcze opowiadań nie pisze, a powinien! Dęba, jego bloga czytam i oglądam z zainteresowaniem. Frediego, którego ostatnio niestety brakuje na forum. Baba Jagę, bo czytająca dziewczyna warta jest trzech nieoczytanych :)

Tekst bardziej zielony niż poprzednie, ale równie... dziwny. Także styl zachowuję ten sam.
Można czytać przy piwku :)



KIEROWCA NA LEŚNYM DUKCIE

1.

Puk, puk; ktoś zapukał w prawą szybę auta. Roman stał na dużym parkingu pod urzędem miejskim, właśnie z powodzeniem zakończył pewien spór z urzędnikami, więc humor miał nie najgorszy, czuł tylko lekkie zmęczenie i siedział za kierownicą, czekając, aż przyjdzie mu ochota na przekręcenie kluczyka w stacyjce.

Do okienka zapukała jakaś staruszka. „Pewnie coś sprzedaje”, przemknęło mu przez myśl, „albo chce kilka złotych na chleb”. Uchylił szybę i zapytał:

- Słucham panią.

Miała niezmiernie pomarszczoną twarz i była maleńka. Na początku myślał, że nachyla się, by z nim porozmawiać, ale naprawdę była tak mała i przygarbiona, że nie musiała tego robić.

- Mam prośbę, chłopcze.

- Śmiało, może coś poradzimy.

Uśmiechnęła się życzliwie. Wzbudziła u niego pewną sympatię, a nie każda starsza pani budzi pozytywne odczucia. Znał co najmniej kilka zrzędliwych i wyjątkowo nieżyczliwych światu emerytek. Ta należała do innej kategorii: sympatyczne staruszki.

- Ja też wyszłam z urzędu i nie mam jak dojechać do domu. Mogę iść na autobus, ale mieszkam w takim miejscu, że nie wiem, kiedy przyjedzie, a jeździ może cztery razy dziennie. Podwieziesz mnie, chłopcze?

- Chętnie, oczywiście jeśli nie mieszka pani sto kilometrów stąd.

- Nie, o wiele bliżej.

- Czyli gdzie? Na jakiej ulicy?

Roman pracował kiedyś jako taksówkarz i najbliższe tereny, kilka sąsiadujących ze sobą miast, znał lepiej niż większość kierowców. Miał w pamięci nazwy nawet krótkich dróg, ledwie widocznych na mapach. Kobieta przypadkiem wybrała dobrą osobę do podwiezienia pod dom, szczególnie jeśli mieszkała w niepozornej okolicy.

- Nie wiem. Nie mam głowy do nazw, a niedawno zmieniali ulice, wiesz, młodzieńcze. Inne czasy, inni patroni. Ale pamiętam, którędy jechać, i dokładnie poprowadzę.

- Dobrze. Otworzę drzwi i możemy ruszać.

Wysiadł i pomógł staruszce usadowić się na przednim fotelu.


2.

Wyjeżdżając z parkingu już włączył prawy kierunkowskaz, kiedy usłyszał:

- Pojedziemy w lewo.

Zmienił szybko sygnalizację i skręcił w stronę wskazaną przez babinkę. Urząd wybudowano w dość nietypowej okolicy, z daleka od centrum miasta, więc niemal wszyscy petenci kierowali się ku okolicom bardziej zabudowanym. Skręt w lewo oznaczał, że szybko znajdą się na głębokich przedmieściach, słabo zamieszkanych. Mógł się tego domyślić, powiedziała przecież, że mieszka na terenie, gdzie nawet autobusy dość rzadko kursują.

Wjechał na wiadukt, przejechał ponad torami kolejowymi, minął kilka jednorodzinnych, zaniedbanych domków, potem zakurzony i szary teren, gdzie po obu stronach drogi siedzibę miały różne firmy, najczęściej niewielkie. Korzystały z tego, że opłaty za tutejsze działki nie były tak wyśrubowane, jak bliżej centrum.

Jeszcze dalej rósł las, ale bynajmniej nie dzika puszcza, tylko posadzona ręką człowieka brzezina, tu i tam suche, splątane chaszcze. Przy drodze leżały porozrzucane puszki, odłamki butelek, jakieś szmaty. Prędzej spotkałby tutaj podpitego lumpa niż turystę z plecakiem.

Nagle przypomniał sobie, że odwiedzał te tereny jako dziecko. Przychodził tutaj z kolegami, by szukać dobrego miejsca na „kryjówkę”, zajmowali się budowaniem, a właściwie kleceniem wielkiego szałasu, a nawet popalali papierosy, które smakowały jak każdy zakazany owoc. Jedno wspomnienie pociągnęło za sobą następne; tak naprawdę przyjeżdżali tu na rowerach, pamiętał jak strugali patyki, na które nabijali wyniesione dyskretnie z domu kiełbaski i piekli je nad ogniem. Wrócił wspaniały zapach lasu, palonego drewna i przypalonej wędliny.

- Zaraz skręcimy w lewo, chłopcze – staruszka wyrwała go z zadumy nad odległą przeszłością.

- Nie pamiętam, żeby w pobliżu było jakieś skrzyżowanie – odparł.

- A jednak jest, tam za tą kapliczką przy lesie.

Mówiła prawdę. Roman skręcił, zastanawiając się, dlaczego w ogóle nie kojarzy uliczki, w którą właśnie wjechali. A nie wyglądała na nowo powstałą. Ciekawe...

3.

- Muszę zwolnić, sporo tu dziur. Czym się pani zajmuje na co dzień? – zaczął rozmowę, by kobieta nie odebrała jego milczenia jako nieuprzejmości.

Patrzyła przed siebie, z uwagą obserwując drogę.

- W moim wieku to już głównie odpoczywam. Trochę spaceruję po lesie, lubię drzewa.

- Aktywny wypoczynek dobry w każdym wieku. Jak pogoda nie sprzyja, to pewnie telewizorek, ciepła herbata...

- Nie mam telewizora. Nie jest mi potrzebny. Moi synowie wiele razy proponowali mi, że przywiozą odbiornik, ale nie zgodziłam się. Widzisz chłopcze, mam czterech synów. Wszystkich przyciągnęło miasto, co nie jest dobre, ale trudno w ich wieku wymagać, żeby żyli jak traperzy sprzed lat. Są ambitni, chcą się sprawdzić, kupić wiele rzeczy. Jak minie ta gorączka, przypomną sobie skąd pochodzą. To zawsze musi trochę potrwać, zanim zrozumiemy, co jest naprawdę ważne. Ludzie zapomnieli o tym, ale moi chłopcy mają tą wiedzę głęboko ukrytą i ujawni się ona we właściwym czasie. Najgorzej ma najmłodszy, bo znalazł pracę w banku. To źle, w dodatku zarabia dużo, co jeszcze bardziej komplikuje sprawę. Na szczęście ma dopiero trzydzieści dwa lata.

Zdumiewała Romana ta nieznajoma staruszka. Wychodziło na to, że nie życzyła dzieciom osiągnięcia zbyt wysokich zarobków i jeszcze żałowała, że nie prowadzą traperskiego życia. Pierwszy raz spotkał taką kobietę. W dodatku mówiła wyraźnie, logicznie i bez zająknięcia, a przecież wyglądała tak, jakby lata temu utraciła dobrą pamięć i spędzała dni w domu starców pod ścisłą opieką.

- Mieszka pani sama? - zapytał, bo nie potrafił sobie tego wyobrazić.

- Można tak powiedzieć. Radzę sobie bez pomocy rodziny, a nawet pielęgniarki środowiskowej. Wątpiłeś w to, chłopcze?

- Ależ skąd, w żadnym wypadku. Uważam tylko, że raźniej mieszkać w towarzystwie. Pewnie ma pani sympatycznych sąsiadów.

Nie odpowiedziała. Wjechali ponownie na zabudowany teren. Ostatnie domy na przedmieściach, dalej rozpoczynały się tereny rolnicze. Minęli dużą, białą willę. Pewnie mieszkała w niej rodzina jakiegoś milionera, który nie musi codziennie jeździć do pracy, ma firmę i zarządza nią na odległość. A może już zakończył biznesową karierę i korzysta z owoców, mieszkając wygodnie, mając pod oknami ogród i sztuczny staw? Jeśli tak, to mu zazdrościł.

Ciekawe, w jakim domu mieszka jego pasażerka? Zerknął na nią kątem oka. Zdumiał się bardzo, bo miał wrażenie, że część zmarszczek znikła z jej twarzy i że siedzi bardziej prosto. Głowa już sięgała do zagłówka, a przecież na początku brakowało kilku centymetrów. „Co jest, do licha?” pomyślał i zaraz potem skorygował tor jazdy, bowiem zjechał na środek ulicy. Taka dekoncentracja nie zdarzyła mu się od dawna.


4

Po prostu jestem zmęczony i powinienem zaraz wracać do domu, przespać się, zjeść coś pożywnego. Niebawem staruszka wysiądzie, to zawrócę.

Mało ruchliwa a przy tym niezbyt atrakcyjna widokowo okolica sprzyjała rozmyślaniom. Wspomniał swoją babcię. Przebywał u niej dziesiątki razy , szczególnie w czasie wakacji, ferii, czasem weekendów. Nie mieszkała na wsi, ale i tak w przyjemniejszym miejscu niż on z rodzicami, mieszkańcy hałaśliwego centrum. U babci miał więcej przestrzeni, osiedle składało się z trzypiętrowych bloków, w pobliżu nie przebiegała żadna większa droga. Niedaleko był atrakcyjny plac zabaw z drewnianymi zabudowaniami, jakby zameczkami, gdzie dzieci radośnie przemierzały małe korytarze, wspinały się po schodkach i wyglądały przez otwory na szczytach mini wież. Babcia mieszkała na skraju osiedla, za jej blokiem zaczynały się rozległe tereny, na których rozpoczęto jakąś budowę i chyba czasowo ją przerwano, pozostał bowiem duży obszar, nieogrodzony, rozkopany, gdzie nie ocalało wiele roślin, natomiast istny labirynt dolinek i wąwozów przyciągał maluchów, zachęcał do wypraw w nieznane.

Po zabawach z kolegami wracał zmęczony do małego mieszkania babci. Czekała już gorąca herbata z cytryną i kromka z prawdziwym masłem, pomidor z cebulką, jajko na twardo. Czasami jadł pyszne kiełbaski z musztardą. Bardzo miło wspominał tamte lata, beztroskie dzieciństwo, kiedy każdy rok trwał tak bardzo długo, a wakacje zapewniały mnóstwo wrażeń.

Teraz Roman doświadczał zjawiska typowego dla człowieka w wieku dojrzałym: gwałtownego przyspieszenia czasu. Czymże są teraz dwa miesiące, dawne dziecięce wakacje? Chwilą.

- Rozmyślasz, młodzieńcze? - usłyszał pytanie

- Tak, przeniosłem się kilka lat wstecz. Daleko jeszcze? Proszę mnie wcześniej uprzedzić, to podjadę pod sam dom.

- Przyhamuj teraz.

- Dlaczego? - zdziwił się ale uważniej spojrzał na drogę.

- Wciśnij hamulec!

Głos brzmiał stanowczo, więc posłuchał i zwolnił, choć nie gwałtownie. Bez pisku opon.

Dwadzieścia metrów przed nim przemknęła w poprzek drogi ciężarówka. Skąd? Rzeczywiście, główną szosę przecinała podrzędna, gruntowa wręcz droga. Ciężarówka przemknęła, wznosząc tumany żółtawego pyłu. Jej kierowca zignorował konieczność ustąpienia pierwszeństwa, zresztą widok przesłaniały dość wysokie krzewy.


5

- Ciekawe, czy gdybym nie zwolnił, drogi mojego samochodu i tamtego idioty by się przecięły? - zapytał pobladły Roman.

- Możliwe. Nadjeżdżał z prawej strony, więc ja miałabym najgorzej.

- Skąd pani wiedziała, że może dojść do wypadku?

- Nie wiedziałam. Po prostu złe przeczucie. Nie zawsze wiadomo, jak na nie zareagować.

- Przeczucie? W sumie niewiele to wyjaśnia.

- Po prostu, u niektórych staruszek wraz z pogarszaniem się wzroku i słuchu, wyostrzają się inne zmysły. Nie patrz na mnie, jak na wiedźmę.

Odwrócił wzrok skupił go na drodze, nie potrafił jednak pozbyć się wrażenia, po raz kolejny zresztą, że staruszka odzyskiwała wigor. Po zgarbieniu nie pozostał już prawie ślad, głębokie zmarszczki zmalały, a najbardziej zmieniły się oczy, większe teraz i bardziej błyszczące.

Jak nic, wiedźma – pomyślał i uśmiechnął się. Nie czuł niepokoju, przeciwnie, ta sytuacja ożywiła go, zniknęło znużenie. Ciekaw był, jak pasażerka, którą wiózł, mieszka.

- Tutaj skręcimy – powiedziała – Stąd już dwa rzuty kamieniem, tylko wyboje będą okrutne.

- Pewnie tak, skoro wjeżdżamy do lasu – rzekł – Czy to jakiś skrót?

- Nie. To jedyna droga.

Wszystko wskazuje na to, że mieszka w domu z piernika – stwierdził w myślach, wspominając bajki, które czytał i oglądał jako dziecko. Często puszczę przedstawiano w nich jako miejsce mroczne, zamieszkane przez ciemne siły, albo przynajmniej przez tą zwariowaną Babę Jagę, marzącą o posiłku z małych dzieci. Dobrzy bohaterowie książek często musieli przemierzać lasy, i zazwyczaj wiązało się to z jakimś zagrożeniem.

Jechał bardzo wolno. Leśny dukt miał od trzech do czterech metrów szerokości, wokół rosły potężne drzewa. Ze zdziwieniem zauważył, że są to dęby, i to wiekowe. Nie znał tego lasu. Za to babcia czuła się jak w domu, z jej ust nie schodził uśmiech. Chyba jeszcze bardziej urosła, a obwisłe wcześniej policzki uniosły się i wygładziły.


6.

Auto co chwilę musiało pokonywać nierówności, jakby ktoś poukładał w poprzek leśnej drogi „leżących policjantów”, czyli sztuczne garby przytwierdzane ochoczo do osiedlowych ulic każdego miasta. Tutaj zostały one starannie zamaskowane i wyrosła na nich trawa.

Roman zwolnił przed kolejnym wybojem, silnik zgasł. Zatrzymali się.

- Niełatwo dojechać do pani domu – powiedział i spróbował uruchomić samochód. Bez powodzenia. Awaria?

- No nie. Tego nie oczekiwałem. Jak ja wytłumaczę pomocy drogowej, gdzie stoję? Dobra, przerwa – zdecydował – Proszę sobie spokojnie siedzieć, ja zajrzę pod maskę, chociaż niewiele to da, mechanik ze mnie kiepski.

Staruszka pokiwała głową ze zrozumieniem, a on wysiadł. Ogarnęła go cisza. Drugim wrażeniem była niezwykła rześkość powietrza, jakby zawierało dwa razy więcej tlenu, niż w mieście. Relaksująca zieleń otaczała go ze wszystkich stron, drzewa stały, spokojne i dumne. Otworzył bez przekonania klapę, obejrzał dokładnie, szukając jakiejś widocznej gołym okiem usterki. Luźny kabel albo odłączony wężyk. Nic nie znalazł. Co zrobić? Przecież nie poprosi babiny, żeby popchała.

- Młody człowieku! - zawołała.

Tylko żeby nie zasłabła, bo kłopotów na razie i tak dość – myślał, podbiegając do drzwiczek.

- Co się stało? - zapytał z niepokojem. Niepotrzebnie. Uśmiechała się i patrzyła spokojnie.

- Nie wiem, jak naprawić automobil, ale może zjedziemy z górki i wtedy odpali? - zaproponowała

- Z jakiej górki?

- Przecież stoimy na pochyłości. Może by pchnąć i kawałek zjechać...

- Jakiej pochyłości? - zdumienie Romana osiągnęło maksimum. Stanął, oparł się o drzwi i spojrzał na trakt, wprost przed nim – Kuuuurwa mać – stęknął po czym pochylił się do wnętrza pojazdu i mruknął – Przepraszam.

Naprawdę stał na stoku. Niespecjalnie stromym, ale na pewno wystarczająco wyraźnym, by w żadnym wypadku go nie przegapić. Tymczasem do tej pory nie miał wątpliwości, że jedzie po płaskim terenie. Jednak dróżka opadała.

- Nie wiem, jak to sobie wytłumaczyć, ale ma pani rację – usiadł za kierownicą, wrzucił na luz. Nie ruszyli, musiał wysiąść i lekko pchnąć. Teraz się udało, w dodatku zdołał uruchomić silnik. Dwie minuty później usłyszał słowa:

- No to jesteśmy na miejscu.


7.

Zatrzymał wóz. „Na miejscu” oznaczało: w najgłębszej głębinie tego lasu, w punkcie gdzie Słońce z trudem przebija korony wiekowych dębów. Dukt miał nieco większą szerokość, porastała go niska, za to gęsta trawa. Obok pobliskiego pnia stał wiklinowy koszyczek.

- To mój – ucieszyła się kobieta, która właśnie energicznie wysiadła z samochodu. Jak do niego wsiadała, ocenił jej wiek na ponad osiemdziesiąt lat. Teraz ubyło jej co najmniej dwadzieścia.

- Czy dalej pójdzie pani pieszo? - zapytał

- Oczywiście. Dziękuję ci bardzo za przysługę, jesteś miłym człowiekiem. Wracaj do miasta. Ja już sobie poradzę, trafię bez problemu.

Wzięła koszyczek i ruszyła dziarskim krokiem. Po chwili zniknęła w gęstwinie. Został sam. Zrozumiał, że nie będzie w stanie zawrócić, pozostało zatem włączyć wsteczny bieg i próbować pokonać tą samą drogę tyłem, aż dojedzie do wyjazdu, skąd już trafi na drogę do miasta. Zaczął cofać, klnąc cichutko pod nosem na całą sytuację. Dobrze chociaż, że silnik pracował pewnie i nie zamierzał gasnąć.

Pojawił się za to inny problem. Kiedy jechał naprzód, dróżka, choć nie szeroka, pozwalała jednak na swobodną jazdę. Cofając miał kłopot, by nie szorować to jednym, to drugim bokiem auta o konary. Wkrótce dotykały go z obu stron, aż w końcu stanął, poirytowany.

- Porysuję karoserię. Co jest, drzewa urosły?

Z trudem wysiadł i poszedł obejrzeć dalszą drogę. Szybko zrozumiał, że nie da rady wyjechać. Wyglądało na to, że trafił w inne rozwidlenie, choć nie mógł w to uwierzyć. Ponownie usiadł za kierownicą, trzasnął drzwiami i pojechał na wprost. Zaraz powinien dotrzeć do miejsca, gdzie wysiadła staruszka. Uważnie obserwował dukt. Nie zauważył innej drogi niż ta, którą jechał. Wyobraził sobie sytuację jak z horroru: oto nie trafia do celu tylko po raz kolejny samochód staje przed ścianą drzew, które otaczają go już z wszystkich stron... Na szczęście spokojnie dojechał tam, gdzie chciał. Oczywiście kobiety dawno już tu nie było. Wziął telefon do ręki, by zadzwonić i uprzedzić rodzinę, że powrót się trochę przeciągnie.

Nie miał zasięgu.

8.

- Co dalej? - zapytał cicho, lecz nikt nie udzielił odpowiedzi. Liczył na wewnętrzny głos rozsądku, który podpowie najlepsze rozwiązanie, lecz i on milczał.

Wysiadł z samochodu, zamknął go i podszedł do wielkiego dębu. Usiadł pod nim i zaczął myśleć.

- W sumie okolica ładna, deszcz nie pada, nie widzę żadnych zagrożeń... Na upartego można by zostawić samochód i wrócić pieszo – coś jednak mówiło mu, że wtedy na pewno nie odnalazłby auta. Takiego scenariusza nie należało brać pod uwagę.

Wtem usłyszał dźwięk, jakby miękkie stopy szurały po trawie, szeleszcząc przy okazji na leżących suchych liściach. Spojrzał w tamtą stronę. Zdziwił się, ale nawet nie wstał, zmęczony sytuacją; kultura nakazywała to uczynić, bowiem zobaczył czterdziestoletnią kobietę, ubraną w długą, ciemną suknię, która błyszczała jakby wykonana z delikatnego atłasu. Kolor pasował do czarnych włosów i jeszcze ciemniejszych oczu. Dzięki koszuli i skórkowej kamizelce wyglądała dość oryginalnie.

- Córka leśnika? - zapytał słabo, ale spokojnie. Teraz może zdziwiłby się, gdyby z lasu wyszła grupa futrzastostopych hobbitów, kobieta w stroju z innej epoki nie robiła już wrażenia. Roman zawsze słynął z mocnych nerwów i stoickiego spokoju.

- Nie – odparła i roześmiała się.

Ten uśmiech! Jakby była córką babci, niedawnej jego pasażerki.

- Naprawdę jesteś sympatyczny, młody człowieku – powiedziała po chwili.

- Pozwoli pani, że nie wstanę, nogi mam jak z gumy – wymamrotał.

Tymczasem z przeciwnej strony nadszedł dorodny wilk. Prawdziwe, wyrośnięte wilczysko, nie pies, przypominający to zwierzę, ani mieszaniec. Duży, kroczący dumnie przedstawiciel budzącej niegdyś grozę rasy. Spojrzał z ufnością na kobietę.

- Zmieniłem zdanie – powiedział Roman – Wstaję – co mówiąc poderwał się i szybko ocenił sytuację. Z jednej strony miał nieznajomą, choć nie do końca nieznajomą. Aż bał się głośniej wyrazić swoje podejrzenia. Z drugiej strony stało dzikie zwierzę. Przed sobą, lecz o wiele za daleko, parkował samochód. Nie zdąży dobiec. Zresztą, po co uciekać? Dokąd?

Stanowczym głosem wydała polecenie, patrząc wilkowi w oczy. Słowa w obcym języku, przypominającym sposób mówienia Skandynawów. Zwierzę zbliżyło się do niej, dotknęło nosem sukni i odeszło. Teraz zwróciła się do Romana:

- Chcę, żebyś zapamiętał jedno. Gdybyś kiedykolwiek potrzebował pomocy, znalazł się w sytuacji pozornie bez wyjścia, męczącej, a nawet niebezpiecznej, gdyby wydarzyło się coś niewyobrażalnego dla was, ludzi współczesnej cywilizacji i nie wiedziałbyś, co można zrobić... - zamilkła.

Czekał na ciąg dalszy, lecz tym razem nie wykazał się cierpliwością i zapytał:

- To co wtedy?

- Uciekaj w stronę lasu – dokończyła.

Myślał nad tymi słowami długo. Na razie ich nie rozumiał. Pokiwał głową i wskazał na samochód:

- A jak mam postąpić teraz, kiedy chcę wrócić do rodziny?

Nie odezwała się, tylko pokazała dłonią kierunek. Miał jechać prosto, nie zawracać.

Była to dobra rada, po piętnastu minutach odnalazł ulicę, niedługi czas potem wiedział, gdzie jest. Z ulgą dotarł wreszcie do osiedla, na którym mieszkał. Zaparkował na ostatnim wolnym miejscu, kiedy zamykał samochód, zaczepił go sędziwy staruszek, pytając, czy nie podwiózłby go w pewne miejsce.

- Wykluczone – odparł stanowczo.

Emeryt pokiwał głową z dezaprobatą. Odszedł powoli, stukając laseczką.
_________________
" YOU create your own reality "
 
     
NumLock 
vel Numeryczny


Pomógł: 15 razy
Dołączył: 03 Gru 2008
Posty: 494
Skąd: Podkarpacie
Wysłany: 2011-04-05, 20:23   

Hillwalker, świetnie opowiadanie! Tekst bardzo dobrze uporządkowany, przez co czytanie nie męczy. Podobają mi się te Twoje dziwne teksty :mrgreen:
_________________
"Zarozumiałością oraz bezczelnością człowieka jest mówienie, że zwierzęta są nieme, tylko dlatego, że są nieme dla jego tępej percepcji" - Mark Twain.
 
     
Ciek 
awski

Pomógł: 8 razy
Wiek: 13
Dołączył: 25 Paź 2009
Posty: 737
Skąd: z kanapy przed TV
Wysłany: 2011-04-06, 09:11   

Też mi się bardzo podoba. Stylistycznie doczepiłbym się do dwukrotnie pojawiających się w opowiadaniu "traperów". Zdecydowanie pasowałoby tutaj jednak jakieś inne określenie bo traperstwo to amerykański makaronizm. Jestem pewien, że w naszej mowie rodzimej są znacznie lepsze określenia nie kłujące w oczy metką "Z IMPORTU". Mieszane uczucia wzbudził we mnie wilk; motyw lekko pretensjonalny, wydaje mi się, że lepiej wyglądałby pies, który w oczach mieszczucha jest jakiś inny, dziki itp. co pozwalałoby snuć domysły czy aby na pewno jest psem.
 
     
Hillwalker 


Pomógł: 7 razy
Wiek: 43
Dołączył: 03 Wrz 2009
Posty: 270
Skąd: Dąbrowa Górnicza
Wysłany: 2011-05-05, 08:26   

BIWAK NIEZUPEŁNIE UDANY


Wybrał Beskid Mały. Nieduże pasmo górskie, zewsząd otoczone terenami zamieszkanymi, przy tym często niedoceniane, lekceważone wręcz przez turystów. Jako że wyjechał w dzień roboczy, założył, że na szlakach będzie prawie pusto. Nie obawiał się groźnych zwierząt, bo słuch o wilkach, rysiach, czy niedźwiedziach dawno na tych terenach zaginął.

Jacek wcale nie był początkującym turystą, dawniej regularnie wyjeżdżał z kolegami na jednodniowe wypady w okolice Wisły albo Szczyrku. Potem zarzucił tę pasję, studiował, zaczął pracować. Zainteresowanie turystyką górską w jej surowej odmianie, z nocowaniem w namiocie, pojawiło się niedawno, pod wpływem kilku stron internetowych. Zaowocowało całodniowym przetrząsaniem szaf w poszukiwaniu dawno nie używanego sprzętu, i przede wszystkim pomysłem samotnego wyjazdu, długiej trasy przez wspomniane pasmo, z dwoma noclegami „na dziko”.

Rodzina nie wykazała entuzjazmu, potraktowała jego pomysł jako dziwaczną fanaberię, ale liczył się z taką reakcją i nie zamierzał się przejmować.

Znalazł stare buty wędrówkowe, schodzone, lecz nadal w niezłym stanie. Miał kurtkę przeciwdeszczową, menażkę, polar, dobre skarpety i przede wszystkim namiot, prawie nieużywany. To znalezisko ucieszyło go najbardziej, chociaż dwuosobowy namiot z przedsionkiem stanowił aż za duży komfort jeśli chodzi o nocleg dla pojedynczego piechura. Wziął go do ręki i stwierdził, że wcale nie jest ciężki. Na pewno nie przekraczał czterech kilogramów.

Problemy pojawiły się, kiedy spróbował wszystko spakować do plecaka o pojemności 60 litrów. Okazało się, że nie tylko karimatę będzie musiał przytroczyć na zewnątrz, ale i swój rozkładany domek. Zakupił kilka troków, przy okazji pozbył się większej gotówki nabywając palnik z niewielką butlą. Nawet nie wiedział, że teraz można kupić tak mały zestaw do gotowania. Mając wszystko co niezbędne do trzydniowej trasy z dwoma noclegami pod chmurką, spakował się, ale wraz z prowiantem i wodą waga ekwipunku wzrosła znacznie, poza tym część jedzenia umieścił w torbie zarzucanej na ramię, bo plecak nie mógł wszystkiego pomieścić.

Nie wyglądam jak doświadczony turysta – pomyślał – Trudno. Dam radę, nie jadę w Himalaje.

Dojechał pociągiem do Wilkowic-Bystrej, przeszedł z całym majdanem przez miasteczko i wreszcie wszedł w las na ścieżkę prowadzącą ku Magurce i schronisku na szczycie.

Nie wiedział, czy jest to wina plecaka, czy może źle umieścił środek ciężkości, w każdym razie rozbolały go ramiona. Przytroczony poziomo z tyłu plecaka namiot kołysał się w czasie drogi a torba z jedzeniem obijała o kolano. Szybko doszedł do wniosku, że wziął zbyt wiele ubrań. Czerwcowa pogoda rozpieszczała ciepłem, a on na wszelki wypadek zabrał aż dwa polary, które musiał na postoju umieścić na górze plecaka. I tak czuł nieznośne gorąco i pocił się na potęgę.

Dotarł do schroniska zmęczony jakby zdobył tatrzański dwutysięcznik. Humor poprawiło mu niespodziewane znalezisko, bo w wejściu do budynku znalazł dziesięć złotych. Wystarczyło na obfity posiłek, piwo kupił już za własne pieniążki. W środku nie zastał innych piechurów, jedynie na zewnątrz para w wieku około dwudziestu lat kiwnęła mu uprzejmie, ale też mimo woli spojrzała na bagaż. Poczuł się głupio, bo oni mieli małe plecaczki i sprawiali wrażenie wypoczętych. Pocieszała go myśl, że w przeciwieństwie do niego nie będą nocowali w lesie.

Powoli zaczynał dochodzić do wniosku, że pomysł z dzikim noclegiem może nie był taki rozsądny. Wychodząc ze schroniska zarzucił plecak, czując nieznośny ciężar. Początkowo marsz był udręką, ale rozruszał mięśnie i dziarsko dotarł na najwyższy w okolicach wierzchołek, Czupel.

Bolące ramiona nie pozwalały o sobie zapomnieć.

Podziwiał widoki ze szczytu, szczególnie ciekawie wyglądał zbiornik na Górze Żar. Wyobraźmy sobie wzniesienie, i to niemałe, któremu ktoś obciął wierzchołek. Jest on teraz płaski. Przypomina wulkan, jednak zamiast krateru widzimy błękitno powierzchnię jeziora. Tak to właśnie wygląda.

Szybko zmobilizował się do dalszej wędrówki, miał przed sobą jeszcze długi odcinek. Schodził w kierunku Czernichowa i zapory w Tresnej. Pochyły stok, pełen zagłębień i kamieni, dał się mocno we znaki stopom, ale ku zaskoczeniu Jacka poczuł niewielki ból w kolanach, na razie tak mały, że mógł go ignorować. Przypomniał sobie porady, jakie przeczytał na kilku forach i stronach poświęconych turystyce kwalifikowanej: w terenie górskim, poruszając się z ciężkim plecakiem, nieodzowne są... kijki. Traktował te porady z przymrużeniem oka, dawniej chodził bez podpórek, i nie narzekał.

Przydałyby się teraz.

Przy trwającym bez końca, żmudnym zejściu, zgubił szlak. Stało się to w momencie, kiedy wyszedł z terenów zalesionych na wąskie niczym miejskie ścieżki rowerowe uliczki. Pytając mieszkańców o drogę do zapory trafił tam bez trudu, odnalazł się i szlak.

Zapora robi wrażenie, przy okazji też męczy plecakowca wzmożonym ruchem, głównie samochodowym. Hałas, swąd spalin, obecność pstrykających zdjęcia ludzi którzy opodal zostawili swe samochody, wszystko to sprawiło, że pragnął sprawnie i szybko przejść przez zaporę i znów wejść do lasu, tym bardziej, że na odkrytym terenie Słońce prażyło nieznośnie.

Godzinę po opuszczeniu okolic Czernichowa Jacek już wiedział, że popełnił cały szereg błędów. On, dawny włóczęga górski, który miał pod stopami tyle beskidzkich wierzchołków. Czuł wstyd. Wykazał się nonszalancją. Laikowi może wydawać się, że w odbywaniu długich, pieszych wypraw nie potrzeba specjalnej wiedzy i sportowego przygotowania, a tymczasem prawda jest taka, że sama umiejętność pakowania plecaka jest sztuką, której nie da się opanować teoretycznie. Do tego dochodzi znajomość własnych potrzeb, a głównie tego, bez czego możemy się w terenie obejść, by bez wielkiego uszczerbku dla wygody zmniejszyć wagę ekwipunku. Jeszcze „wyczucie” własnego organizmu, na jakie tempo w danych warunkach możemy sobie pozwolić bez obawy, że język będzie zwisał do kolan a na koniec dnia będziemy połamani.

Ramiona bolały nieznośnie, szelki plecaka, mimo że dość szerokie, uwierały. Przecież to pas biodrowy powinien brać na siebie cały ciężar! Źle umocował namiot, poza tym owe lekkie 4 kilogramy w domu, w czasie drogi nabrały jakby większej masy.

No i kolana... To był problem mogący pokrzyżować plany jutrzejszej wędrówki. Mogący? Jacek na jutro zaplanował o wiele dłuższą trasę i przecież już wiedział, że nie da rady. Nie z takim ciężarem na plecach. Prawdopodobnie będzie musiał uznać porażkę i zrezygnować z przejścia Beskidu Małego, tylko wrócić do Wilkowic.

Tempo miał tragiczne. Małe kroki, każdy okraszony bólem, powoli prowadziły go stokiem coraz wyżej i wyżej. Wokół rósł las, na szczęście nie spotkał już żadnych turystów. Nie czuł radości, a przed wyjazdem zakładał, że zrelaksuje się, odpręży od codziennych stresów. Nic podobnego.

Słońce już schodziło ku horyzontowi, choć do zachodu brakowało paru godzin. Mógł je przeznaczyć na dalsze przemieszczanie się, lecz podjął decyzję o wcześniejszym noclegu. Zaczął rozglądać się za odpowiednim miejscem.

Odbił w prawo i oddalił się około trzydziestu metrów od ścieżki. Na ziemi leżało sporo suchych gałęzi, nie porastała jej trawa. Zrzucił plecak, którego zaczynał traktować jak wroga i ciemiężcę, i usiadł na pieńku. Mógł przenocować i tutaj. Odsapnął i uprzątnął miejsce, gdzie zamierzał rozbić namiot. Znowu usiadł.

Coś nie pasowało. To miejsce odpychało go, nie wiedział, dlaczego. Smętne. Pełno suchych konarów, dużo cienia, goła ziemia. Skoro nie sprawia dobrego wrażenia teraz, to co będzie wieczorem? Podjął trudną lecz słuszną decyzję, by jednak iść dalej.

Ledwie 20 minut później, po drugiej stronie szlaku, odnalazł polankę. Jaka różnica! Porastała ją bujna zielona trawa, oświetlało zachodzące Słońce, cieszyła wzrok. Jedynym problemem było nachylenie, jako że stanowiła część stoku. Znalazł wreszcie lekkie wypłaszczenie tuż za kępą krzaków, tutaj rozbił namiot.

Postanowił spędzić trochę czasu, siedząc pod lasem, na skraju polany. Płócienny domek pozostawał w zasięgu wzroku. Pił wodę z butelki i cieszył się złocistym blaskiem. Gdzieś w oddali słyszał ujadanie psów, na szczęście najbliższa okolica pozostawała zupełnie spokojna. Chociaż nagle usłyszał wyraźny szelest. Coś poruszało się w gęstej trawie. Patrzył cierpliwie. Stworzenie ukazało się w niewielkiej odległości od niego, zupełnie nieświadome obecności człowieka. Borsuk. Tego jegomościa nie sposób pomylić z innym zwierzęciem. Szedł gdzieś, mając na głowie swoje borsucze sprawy. Kiedy zniknął między drzewami, Jacek uśmiechnął się.

Następnego dnia, zgodnie z podjętą wcześniej decyzją, zdecydował się na powrót do Wilkowic. Postąpił rozsądnie, bowiem kolejne godziny z ciężkim plecakiem spowodowały pogorszenia stanu barków i przede wszystkim kolan. Na dworzec PKP dotarł niemal jak inwalida, nie mogąc prawie zginać nóg. Dostał srogą lekcję, materiał do przemyśleń przed następnym wyjazdem, bo mimo wszystko nie wątpił, że z górskich szlaków nie zrezygnuje.
_________________
" YOU create your own reality "
 
     
Młody 
161 crew


Pomógł: 12 razy
Wiek: 27
Dołączył: 01 Sty 2009
Posty: 914
Skąd: Tychy
Wysłany: 2011-05-06, 11:55   

Kierowca na leśnym dukcie ---> nakręciłeś moją wyobraźnię do granic możliwości ;-) miodzio

Biwak niezupełnie udany ---> przypomina mi to historię z życia wziętą :-P
_________________
Forum to nie agencja towarzyska-NIE DOGODZIMY KAŻDEMU !

Życie należy przeżyć tak, aby gołębie przelatujące nad Twoim grobem zesrały się z wrażenia.
https://www.fasttrans.com.pl/
 
 
     
lolek13 
włóczykij

Dołączył: 25 Lip 2011
Posty: 9
Skąd: Śląskie
Wysłany: 2011-08-03, 12:50   

Witam wszystkich.
Od pewnego czasu czytam opowiadania Hillwalkera.
Mogę śmiało powiedzieć, że są super. Najlepsze jest to, że nie ograniczasz się do jednego "typu".
Czekam z niecierpliwością na kolejne.

Pozdrawiam.
_________________
Życie jest za krótkie żeby siedzieć w domu...
 
     
Hillwalker 


Pomógł: 7 razy
Wiek: 43
Dołączył: 03 Wrz 2009
Posty: 270
Skąd: Dąbrowa Górnicza
Wysłany: 2011-08-06, 20:03   

Dzięki za miłe słowa.
Witaj na forum :)

[ Dodano: 2011-11-01, 06:54 ]
Gruby na szlaku


Upływała piąta godzina intensywnego marszu. Maciek ważył trochę więcej niż przeciętna osoba jego wzrostu, więc mimo wiedzy z zakresu tak zwanej turystyki ultra-light i umiejętności jej stosowania, czuł zmęczenie. Jego plecak, nie licząc wody, ważył niespełna sześć kilogramów, wynik znakomity, a miał w nim sporo rzeczy, wszak nadeszła jesień i warunki pogodowe w górach mogły sprawić sporo kłopotu turystom nie przygotowanym na skoki temperatury i silny wiatr. Nie zmienia to faktu, że brzuch ważył więcej niż ekwipunek. Po tej stronie pola walki z niepotrzebnymi kilogramami na razie ponosił porażkę.
Oddychając ciężko stanął wreszcie na porośniętym trawą wierzchołku. Brak ruchu i powiew sprawiły, że poczuł chłód i szybko narzucił na siebie wiatrówkę. Podziwiał widoki. Widział inne okoliczne szczyty, niektóre porośnięte lasem, inne nagie. Na jednym postawiono wysoką wieżę, pod innym dostrzegał grupkę zabudowań. Wszystko to w znacznej odległości. Uświadomił sobie, że zejście na dół do cywilizacji zajmie co najmniej trzy godziny. Niedobra wiadomość. Zgłodniał i chciał odpocząć. Najgorszy był ten głód, nad zmęczeniem potrafił łatwiej panować, brak kalorii w krótkim czasie wpędzał go w depresję.
Gdzieś tam na dole są restauracje, bary, inne jadłodajnie. Gdyby istniał jakiś sposób na szybkie dotarcie w doliny... Można by spróbować na przełaj. Podszedł kilka kroków nie kierując się szlakiem, lecz bezpośrednio ku górskiej miejscowości. Zrobiło się jednak zbyt stromo i skrót mógł okazać się, jak to zwykle bywa, pozorny. Zawrócił, by podejść z powrotem na szczyt, lecz stopa odjechała mu do tyłu. Upadł, uderzył brzuchem o murawę, odbił się, zdążył krzyknąć „Łoj!”, wykonać w powietrzu półobrót aby wylądować na pośladkach, po czym ruszył ślizgiem na dół.
Na początku nawet nie wyglądało to źle. Można powiedzieć: wszystko szło gładko. Traf chciał, że akurat niedawno, na rozległej polanie, wykopał sobie wyjście na zewnątrz kret. Właśnie stał na swoim kopczyku. Kret jak to kret, stary czy młody, i tak nic nie widzi, w przeciwieństwie do Maćka, który wyraźnie dostrzegał, że sunie prosto na ów kopczyk. Zwierzę w ostatniej chwili czmychnęło, lecz Maciek z impetem wpadł na nierówność, skosił ją, stęknął i pędził coraz niżej i niżej, myśląc czy po tym uderzeniu nie zmieni mu się głos na bardziej piskliwy.
Musiał błyskawicznie opracować jakąś metodę sterowania, wszak nie można w górach poruszać się po linii prostej. Wyjątkiem są wspinacze, którzy robią „direttisimę”, czyli pokonują ścianę bez robienia zakosów. W tej chwili direttisima nie wchodziła w ogóle w grę, bowiem wjechał na teren, gdzie pasło się sporo krów i okolica usiana była „minami”, „plackami” czy jakkolwiek inaczej nazwiemy te brązowe niespodzianki. Maciek sięgnął rękami do tyłu i wyszarpnął kijki trekkingowe. Były złożone, zatem krótkie, lecz świetnie nadawały się do sterowania. Rozpoczął prawdziwy slalom gigant, o tyle trudny, że „chorągiewki” widział dopiero z niewielkiej odległości i miał bardzo mało czasu na manewr. Dał radę, z czego byłby dumny gdyby miał na to czas, niestety wpadł w teren porośnięty krzewami, tu i ówdzie drzewami, więc musiał walczyć o przetrwanie.
Znowu wypadł na polanę. Pod wiatą zaczęli stołować się turyści, niewielka grupa, sześć osób. Rozkładali stalowe kubki, wyjęli termosy i kanapki, kabanosy, chrupki, nawet pojawiło się piwo. Maciek bezskutecznie próbował wyhamować, rosa nie pozwalała na zwolnienie tempa. Krzyknął im tylko uprzejme „cześć” i sunął dalej, szukając coraz bardziej nerwowym wzrokiem miejsca, w którym mógłby zwolnić. Los postawił na jego drodze malutki budynek, najwyżej w okolicy położoną jadłodajnie. Szczęście, że ktoś zostawił otwarte drzwi.
Wpadł do środka. Zatrzymał się na ścianie, pod okienkiem, z którego właśnie dobiegł kobiecy okrzyk:
Jajecznica na boczku!
Uśmiechnął się błogo...





Miała być dłuższa przerwa w pisaniu ale ten tekst wszedł mi do głowy i za nic nie chciał zniknąć. Więc wyrzucam go na forum.
Co za ulga!
_________________
" YOU create your own reality "
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,23 sekundy. Zapytań do SQL: 11