www.reconnet.pl Strona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy  Statystyki  Rejestracja  Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Przesunięty przez: Tanto
2010-07-29, 05:28
Szlakiem Leśnych Ludzi.
Autor Wiadomość
yaktra 
tropiciel/ fotograf


Pomógł: 5 razy
Wiek: 57
Dołączył: 05 Kwi 2010
Posty: 833
Skąd: z krainy szaraka
Wysłany: 2010-07-26, 18:11   Szlakiem Leśnych Ludzi.

Chłopiec.

Dziwnie ubrany szczupły mężczyzna szedł środkiem polany. Wyglądał niczym zjawa. Stara kurtka w kolorze khaki, takie same stare spodnie, stóptuty i zawiązana flanelowa apaszka na szyi zdradzały wędrowca lub jakiegoś pustelnika. Mocno naciągnięty na oczy kapelusz nie zachęcał aby spojrzeć mu w oczy. Jednak kapelusz zakładał po to aby chronić wzrok przed silnym wrześniowym porannym słońcem. Tak samo jak jego ubiór, miał być funkcjonalny a nie szpanerski. Dziwna postać miała przewieszony przez szyję aparat a na ramieniu oparty krótki statyw z kamerą. To jednak można było wyczytać dopiero z bliska. Nieznajomy odstraszał raczej swoim wyglądem a szare oczy nie zachęcały do rozmowy. Stara blizna na nosie świadczyła o "mocnej" niegdyś bójce i psuła zupełnie twarz nieznajomego. Jednak ta postać miała w duszy swoiste ciepło a na ustach gościł uśmiech. Zarezerwowany niestety tylko dla bliskich...

Plecak swoim wyglądem "głosił" całodzienną wyprawę. Wędrowiec zatrzymał się na chwilę stawiając zarazem kamerę na ziemi. Zagarnął dłońmi rosę z trawy i schłodził nią twarz. Zdjął kapelusz i czochrając nim po rosie zwilżył go całkowicie. Twarz dojrzałego mężczyzny była radosna choć pokonał już około ośmiu kilometrów a brzemię na plecach pewnikiem trochę ważyło. Sterczące krótkie siwiejące włosy zdradzały, że była to niegdyś spora czupryna. Naciągnął ponownie kapelusz na oczy i podnosząc kamerę z ziemi ruszył dalej. Cel swojej "sentymentalnej podróży" znał na pamięć. Jeszcze 200/ 300 metrów i zejdzie z polany pod las. Choć wychodził z domu kiedy było jeszcze ciemno to wiedział gdzie idzie. Minął potężnych rozmiarów akację, skręcił na północ i raptem się zatrzymał. To tu stała jego ukochana ambona. Dziś szarpnięta zębem czasu oparła się o dojrzałą olchę. Drzewo które niegdyś korzystało z jej schronienia. Teraz role się odwróciły. To olcha "podała dłoń" upadającej ambonie przedłużając tym samym jej żywot. Czy zmurszała staruszka poznała wędrowca? trudno powiedzieć - tyle to już lat. Mężczyzna zrzucił plecak z ramion i zasiadł na zmurszałym szczeblu drabiny. Powolnym spokojnym ruchem wyjął z kieszeni kurtki fajkę i starannie ją nabił. Zapalił. Dym zapachowego tytoniu rozniósł się w powietrzu. Palił podobne tytonie co jego dziadek. Na wzór dziadka po przypaleniu fajki głośno powiedział - witaj staruszko, co tam dzisiaj łazi.
Pykał z fajeczki i myślał o pierwszej swojej szczenięcej wyprawie. Oczy widziały obrazy z przed lat. Szare nic nie mówiące do tej pory oczy nabrały ciepła i blasku a rysy twarze zelżały...


Czternastoletni chłopiec siedząc na ganku rzeźbił postać ptaka w kostce szarego mydła.
Pochylony nad tą dziwną czynnością co rusz zerkał spod luźnej grzywki na postać dziadka.
Gęsta czupryna włosów i żywe rozbiegane szare oczy zdradzały niepokój chłopca.
Co innego robił a myślał o czym innym.
Baczny obserwator w lot zobaczyłby dlaczego. Duże strupy na kolanach chłopca zapisały mocny upadek z roweru.
Pobyt na podwórku to była kara za nadpobudliwość.
Co chwilę oczy chłopca biegły na dwie a jakże różne postacie.
Dziadek wypompowywał szambo.
Spokojne płynne ruchy mówiły o sile charakteru tego starszego siwego człowieka.
Żylaste spracowane ręce nie odczuwały zmęczenia.
Oczy chłopca pobiegły w kierunku postaci ojca. Ten natomiast grzebał coś w swoim wypieszczonym motocyklu WSK.
Jak różne to były postacie.
Pierwszy, siwy, to prosty człowiek, zawsze spokojny, opanowany, kochający rodzinę i łowieckie tradycje. Myśliwy.
Drugi z nich w sile wieku, zaradny ale człowiek kochający tylko technikę i motoryzację.
Alkoholik z wyboru.
Oczy chłopca i ojca spotkały się na chwilę. Chłopiec szybko spuścił wzrok udając, że rzeźbi.
Ojciec pobiegł wzrokiem w kierunku postaci teścia. Obserwował jego ruchy.
Wiedział, że teść go nie lubi, wiedział, że jest akceptowany tylko dlatego, że jest mężem jego córki.
Cieszył się jednak, że młodszy z synów naśladuje dziadka. Pewno myślał, że to lepiej jeśli syn pokocha las.
Pokocha cokolwiek innego niż on który pokochał alkohol.
Może kiedyś byłby to chłopcu powiedział, lecz cóż, odszedł z tego "padołu łez" kiedy syn był jeszcze za młody na podobne tematy.
Po pewnej chwili dziadek przestał pompować szambo i podszedł do zięcia, ten również porzucił swoją czynność i zaczęli rozmawiać.
Chłopiec zmarszczył brwi. Myślał.
Rozmowa przedłużała się niepokojąco. Coś wisiało w powietrzu.
To źle czy dobrze - intensywnie myślał.
Wiedział, że ojciec jest silny i agresywny. Choć dziadek nie należał do ułomków to jednak wiek robił swoje.
Drobne pięści chłopca zacisnęły się na maleńkim scyzoryku i mydle.
Był gotów bronić dziadka za wszelką cenę.
Jednak ojciec nie zdradzał agresji. Znał twarz ojca i ruchy. Nie nie, to spokojna rozmowa. Ojciec zerknął na syna. Ten szybko skupił się na kostce mydła.
Raptem ojciec zawołał - podejdź tu do nas. Chłopak podniósł się z ganku, starannie otrzepał spodnie z mydlanej miazgi i jednym skokiem z betonowej poręczy ganku znalazł się obok nich.
Dziadek zadał pytanie - chcesz iść ze mną w łowisko, bo ojciec pozwalają - gwałtowna radość i wypieki na twarzy chłopca zdradziły odpowiedź.
Uśmiech ojca pozwalał sądzić, że cieszy się i on z tego pytania.
Dziadek kontynuował - zabierzesz lornetkę i nóż, a babcia spakuje nam drugie śniadanie. Musisz być na nogach o trzeciej rano. Chłopiec wytrzeszczył oczy - choć wiedział już, że nie będzie to zwykłe obejście łowiska a polowanie, to jednak wolał się upewnić. Dziadek jednak uprzedził pytanie; tak tak, pójdziem w bór, na kozła.
Chciał wiedzieć coś więcej jednak dziadek urwał rozmowę tak szybko jak zaczął i wrócił do pompowania szamba. Ojciec pochylił się nad motorem i również zaczął coś w nim grzebać.
Chłopak wrócił na ganek. Usiadł. Niedokończona postać ptaka straciła swoją wartość.
Ruszył szybko na korytarz. W starej rzeźbionej dziadkowej komodzie miał swoją szufladę. A w niej swoje ukryte przed rodzeństwem skarby. Sięgnął za tylną ściankę i wyłuskał zeń mały kluczyk. Otworzył szufladę i wyjął dwa najważniejsze podarki - nóż i lornetkę. Oba przedmioty owinięte w kawałek flanelowej koszuli czekały na wyprawę. Szybkimi wprawnymi ruchami oczyścił i tak już lśniące szkła lornetki. Następnie wyłuskał nóż ze skórzanej czarnej pochwy na której wypalona była głowa Indianina z pióropuszem. Choć pochwa zdradzała pochodzenie rynkowe noża to jednak szerokie ostrze było miękkie w ostrzeniu i mocne. Długo ten nóż służył chłopcu kiedy ten był już dorosłym mężczyzną. Zginął w późniejszym czasie na jednej z wypraw na rozlewiska za orzechami laskowymi kiedy to pękła stara wysłużona już pochwa...
Pobiegł do babcinej kuchni - ta krzątała się przy garnkach.
Babciu Babciu, idę na polowanie - wykrzyknął. Wiem - krótko skwitowała starsza kobieta.
Ale babciu, nie na obchód tylko na zasiadkę, na polowanie, znów wykrzyknął. No przecież mówię, że wiem - ucięła babka.
Dał sobie spokój z dalszą rozmową. Stwierdził tylko, że musi naostrzyć nóż. Babcia z uśmiechem politowania kiwnęła głową. Chłopiec nie patrzył już na kobietę. Otworzył drzwi spiżarki i sięgnął po dziadkowe osełki. Wybrał tą najdrobniejszą. Nóż był ostry, wystarczyło lekko przeciągnąć ostrze. Namoczył osełkę w wodzie i wprawnymi ruchami delikatnie dopieścił klingę.
Najszybciej jak potrafił pobiegł na piętro do matki. Tej również oznajmił, że idzie z dziadkiem na polowanie. Na wszelki wypadek dobitnie stwierdził, że ojciec się zgadza. Wiem wiem, odpowiedziała matka. Tym razem chłopak zaskoczył w czym rzecz.
Wszyscy już wcześniej to ustalili.
Zadowolony z siebie ( to była jego dorosłość ) pobiegł na przedpokój, tu wyłuskał wojskowy plecak. Rozpiął go i wyjął flanelowe onucki. Zastanowił się czy będą potrzebne. Choć to wrzesień i wczorajszy ranek był ciepły to jednak na ambonie może być zimno. Zabrał onucki i zbiegł na parter. Wyjął z półki gumofilce i sprawdził ich stan. Były suche i czyste. Na wzór dziadka położył na każdym z nich onuckę. Choć fabryczne to gumofilce i jeden numer za duże to jednak dawały ciepło. Było to wczesne popołudnie, a on był już gotowy na wyprawę.
Zadowolony z siebie pobiegł do dziadka. Ten wraz z ojcem zasiedli na ławce wytrwale o czymś dyskutując. Sprawdził mimikę ojcowskiej twarzy i uspokojony zabrał się za grabienie drugiego podwórka z kurzych odchodów. Nie robił tego jednak z pasją dobrego gospodarza a jedynie dla zabicia czasu. Co jakiś czas opierał się na kiju grabek i chłonął wiatr na wzór dziadka. Czytał tym samym pogodę na jutrzejszy ranek. Nigdy nie potrafił jej odczytać a jednak to robił. Było chyba po osiemnastej kiedy matka zawołała go do mycia. Wieczór!!! ciepły i cichy a tu trzeba iść zjeść kolację i kłaść się spać.
Po nerwowym i zarazem siłowym grabieniu podwórka szybko usnął.

Raptem otworzył oczy, zastanawiał się ile już śpi i która to godzina. Jednak wolał nie zapalać lampki aby nie budzić rodzeństwa. Po chwili usłyszał dzwoniący zegar w pokoju rodziców, a zatem, to mój czas. Szybko zsunął się z łóżka i zanim ojciec wszedł do pokoju on już biegł do łazienki. Ile mam czasu tato - rzucił przez ramie do ojca - pół godziny odpowiedział rodzic. Szybka toaleta i już był w kuchni. Aby pokazać swoją dorosłość powiedział - trzeba było nie wstawać mamo sam bym zrobił sobie śniadanie. Nie marudź, siadaj - skwitowała matka - dodając zarazem - zejdziesz do babci z plecakiem to zapakuje wam drugie śniadanie. To pewnikiem ty będziesz niósł je w swoim plecaku. Chłopak kiwnął tylko głową, i szybko pochłaniał śniadanie. Po chwili już był gotowy. Zbiegł cichutko po schodach i zaszedł do dziadków kuchni. Babcia już czekała. Podał jej swój plecak a ta wsunęła do niego dwa zawiniątka. Domyślał się co zawierają - w jednym był pokrojony chleb, dwa ząbki czosnku "na wzmocnienie" i duże dwa pęta suchej kiełbasy. W drugim metalowy dwulitrowy termos ze zbożową kawą. Babcia chciała coś powiedzieć - wnuk uprzedził babcine rady - wiem wiem, babciu, ten musi być cały czas na stojąco bo to termos z kawą.
Babcia poczochrała wnuka po głowie i nakazała iść już bo dziadek czeka. Wybiegł na korytarz i starannie zwinął onuce aby dobrze "leżały" na nodze. Wsunął stopy w gumofilce i założył starą jesienną kurtkę. Z czapką w ręku i z plecakiem wyszedł na podwórze. Tu spotkał dziadka który pykał fajeczkę przy otwartych drzwiach Syrenki. Podniesiona klapa bagażnika sugerowała, że plecak ma się tam znaleźć. Wsunął plecak do drewnianej skrzynki tak aby się nie przewrócił. Dziadek zajrzał do bagażnika i krótko stwierdził. Jedziem synek na koziołka blisko tu, bo na jedynkę. Zostawimy auto przy polu Pana Bronka i dalej idziem na nogach. Chłopiec pokiwał głową i wskoczył na siedzenie. Dziadek opukał fajkę o próg samochodu jednocześnie pytając - dobrze zwinąłeś onucki czy mama dali skarpety? - nie ja wolę onucki i dobrze zwinąłem - odparł chłopak. Acha skwitował dziadek - no to ruszamy. Nie martwił się zbytnio o wnuka bo ten nie pierwszy raz z nim wędrował - nigdy nie było z nim kłopotu choć dzieciak jeszcze, a już w łowisko łazi od dobrych dwóch lat.
Uruchomił syrenkę. Ta charcząc na swój sposób ruszyła zostawiając domostwo w niebieskiej chmurze gryzącego dymu. Po piętnastu minutach spokojnej jazdy stary wdzięczny samochód dowiózł pasażerów na "Bronkowe pole".
Wysiedli z samochodu. Wnuk wyjął plecak z bagażnika i zarzucił na ramiona a dziadek torbę i broń. Każdy z nich włożył pod pachę koc w które zaopatrzyła ich babcia.
Idź synek pierwszy - komenderował dziadek - masz młodsze oczy to lepiej widzisz. Wnuk udając dorosłego pokiwał głową i ruszył pierwszy. Zanim podążał dziadek. W milczeniu pokonywali odcinek dzielący ich od ambony. Wnuk starał się iść niczym stary łowca. Wiedział, że dziadek obserwuje jego ruchy. Kiedyś podsłuchał rozmowę dziadka i babci kiedy ten chwalił jego zgrabne ruchy i koci chód. Mówił wówczas do swojej połowicy, że będzie z niego dobry myśliwy. Tylko dziadek nie wiedział jeszcze, że raptem dwa lata później odezwie się w chłopcu młodzieńczy bunt. Że ucieczki z domu jakie zacznie "fundować rodzicom" to włóczęgostwo. Przebywanie z dziadkiem w "nocnym łowisku" nauczą chłopca nie bać się nocnych wypraw. Że poczuje się lepiej w leśnych ostępach niźli w ciemnych zakamarkach osiedla. Że pokocha motoryzację odrzucając zarazem piękną wówczas dla niego naturalną książkę - książkę zwaną Bór..

Dotarli wreszcie do ambony. Wnuk niczym kot wspiął się po szczeblach drabiny na ambonę, za nim wspiął się ciężko dziadek. Sapał z wysiłku ale nie narzekał. Wnuk wyjął deskę z zakamarka i usiadł na niej. Szybko rozpakował plecak i wyjął lornetkę. Zawiesił ją na wystającym gwoździu i znieruchomiał. Teraz dziadek przystąpił do swoich czynności. Rozłożył koc na podłodze i zasiadł na nim tak aby pozostała część koca służyła za okrycie pleców. Z torby wyjął pięć kul i załadował je kolejno do magazynka. Sprawdził broń i odstawił na bok za belkę. Teraz okrył ramiona kocem. Zlornetuj teren synek - powiedział - ja odpocznę nieco. Dobrze dziadku - odpowiedział wnuk.
Było jeszcze ciemno więc lornetka niewiele mogła. Jednak chłopiec wiedział, że należy "wczytać" się w ścianę lasu i zapamiętać każdy cień.
Czas wlókł się powoli a dziadek lekko pochrapywał. Było już prawie widno kiedy po łące rozeszło się dziwne kirek - kirek. Chłopak drgnął na ten dźwięk i szybko skierował tam głowę. Szukał kolorowego koguta na szarym tle łąki. Musiał poczekać na kolejne zawołanie aby dokładnie zlokalizować ptaka. Nie czekał długo - już po chwili kogut ponowił zawołanie. Teraz chłopak zauważył ptaka. Zdjął lornetkę z gwoździa i zaczął obserwować kolorowego samca. Ten stał na maleńkim kopczyku i prezentował swoją sylwetkę.
Co tam synek - raptem szepnął dziadek - nic dziadku - szeptem odpowiedział chłopak - bażant się kręci.
To dobrze, czekamy - odpowiedział dziadek.
Mijały kolejne minuty. Chłopak co rusz lornetował przedpole, to było dla niego takie ważne - wskazać łowcy zwierza kiedy ten wyjdzie na łąkę.
Raptem zza ściany drzew wyszło słońce. Eksplozja barw zalała łąkę. Co rusz odzywały się ptaki głosząc wrześniowy świt. Wszystkie do tej pory niewidoczne pajęczyny nabrały blasku. Krople rosy niczym perły osnuły nici pajęczyn. Przepiękna biżuteria dodała piękna tej nowej pachnącej jeszcze drewnem ambonie. Łąka osnuta lekką mgiełką przyciągała wzrok chłopca. Minęła kolejna godzina.
Dziadek poprawił nieco swoją pozycję.
Nie jesteś głodny synek - rzucił raptem - możemy coś zjeść dziadku do puki nic się nie dzieje - odparł wnuk.
Dobra - odpowiedział dziadek - zamienimy się miejscami i ty przygotujesz posiłek.
Najciszej jak mogli zrobili zamianę. Teraz dziadek zasiadł na desce a wnuk wylazł na maleńki tarasik ambony i usiadł. Rozłożył obok siebie mały ręcznik wyjął z plecaka wielki termos i pozostałą część posiłku. Zgniótł lekko nożem dwa ząbki czosnku i szybko je obrał. Nalał do kubków kawy i jeden z nich podał dziadkowi. Następnie czosnek, pętko kiełbasy i chleb. Jedli w milczeniu. Po posiłku dziadek przypalił fajkę. Wnuk chciał zaprotestować ale wiedział co dziadek powie - mamy dobry wiatr więc zwierz nas nie wyczuje - choć chłopiec wiedział, że może być zupełnie na odwrót. Zwinął szybko ręcznik i resztki po posiłku wrzucił do plecaka odstawiając go zarazem na bok. Kiedy wstał aby przesunąć się w głąb ambony jego oczy zarejestrowały ruch. Szybko skierował tam wzrok. W odległości 25/ 30 kroków na "lewej" ścianie lasu stał dorodny kozioł choć myłkus. Dziwne poroże układało się w kształt spłaszczonego zarośniętego kwadratu. Zwierz patrzył na ambonę.
Chłopak zachował zimną krew. Nie poruszając się szepnął do dziadka - na naszej " jedenastej" dziadku.
Łowca jak na komendę skierował tam wzrok.
Tuż od nich lekko schowany za młodą jodłą stał spokojnie kozioł. Widział obu "dwułapych". Starszy mężczyzna analizował spotkanie. Prawą rękę powolnym ruchem skierował na broń. Raptem zaniechał tej próby. Czekał.
Nawet gdyby udało złożyć się do strzału to cel był zasłonięty jedliniakiem. Rykoszet mógł pokaleczyć kozła.
Zmagania wzrokowe trwały jeszcze kilkanaście może sekund.
Raptem kozioł szczeknął i gwałtownym zwrotem ciała oraz silnym odbiciem tylnych stawek wykonał potężny sus w stronę lasu. Jeszcze kilka podobnych i znikł za pierwszymi drzewami.
Eeecchh, sapnął łowca - widziałeś synek jak nas zrobił w konia.
I co teraz dziadku, przecież to niczyja wina - zasugerował wnuk - niczyja niczyja synku - miał szczęście, że tak zza jedliny nas podglądał cwaniak jeden.
Czekamy dziadku prawda - pyta wnuk - a na co mamy czekać - odpowiedział dziadek - on już dzisiaj nie wróci!!! przyjedziem innym razem i tyle.
Niepocieszony wnuk wiedział co znaczą te słowa, czas pakować plecak. W duchu klął te śniadanie, że też musiałem być akurat głodny.
Wolał spytać dziadka czy to prawda, że zabierze go jeszcze na polowanie bo przecież powiedział " przyjedziem inny razem i tyle".
Ja też pojadę dziadku - spytał wnuk - pojedziesz pojedziesz synku - z uśmiechem skwitował dziadek.

Zeszli z ambony i wolnym krokiem wracali do samochodu. Tym razem pierwszy szedł dziadek a za nim podążał wnuk...

W zamyśleniu mężczyzna zapomniał o fajce, a ta w tym czasie zgasła.
Pociągnął kilka razy zasłaniając komin, nic to nie dało.
Wstał ze szczebla drabiny i przeciągnął się mocno.
Zjem sobie tutaj śniadanie i pociągną z fajeczki - pomyślał.
Rozpakował plecak nalał z termosu kawy zbożowej obrał ząbek czosnku i zajadając suchą kiełbasę myślał gdzie by tu znaleźć nową ambonę. Po krótkim posiłku podniósł się ze szczebla starej drabiny zrobił zwrot aby spojrzeć na zarośniętą łąkę. Kontem oka dostrzegł ruch na "jedenastej".
Na "lewej" ścianie lasu stał dorodny kozioł i z odległości 25/ 30 kroków obserwował postać "dwułapego". Doświadczony wędrowiec nie poruszył się jednak. Spojrzał w dół na kapelusz gdzie spoczywał nań aparat. Spojrzał w prawo, ale kamera była poza zasięgiem ręki.
Zmagania wzrokowe trwały jeszcze kilkanaście może sekund.
Raptem na twarzy wędrowca zagościł szeroki uśmiech, zsunął kapelusz zawadiacko na tył głowy i głośno powiedział - spadaj draniu.
Jak na komendę kozioł szczeknął i gwałtownym zwrotem ciała oraz silnym odbiciem tylnych stawek wykonał potężny sus w stronę lasu. Jeszcze kilka podobnych i znikł za pierwszymi drzewami.

Wędrowiec zarzucił plecak na ramiona zawiesił aparat na szyję, jedną ręką sięgnął po kamerę a drugą mocno wcisnął na głowę kapelusz. Spojrzał na las gdzie uszedł dorodny kozioł. Zmierzył wzrokiem ambonę cicho szepcąc pod nosem - trzymaj się staruszko.
Ruszył powoli w drogę powrotną.
Spod ronda kapelusza patrzyły na łąkę te same szare nic nie mówiące oczy...

mikesz ( yaktra )
_________________
Okiem naszych obiektywów http://yaktrafotografia.jimdo.com/
Ostatnio zmieniony przez yaktra 2010-07-29, 16:59, w całości zmieniany 3 razy  
 
     
Hillwalker 


Pomógł: 7 razy
Wiek: 43
Dołączył: 03 Wrz 2009
Posty: 270
Skąd: Dąbrowa Górnicza
Wysłany: 2010-07-26, 19:37   

Długi tekst, ale chyba niezły, skoro przeczytałem w całości.
Będą następne części?
Rozumiem, że główny bohater zwie się czasem "yaktra"? ;-)
_________________
" YOU create your own reality "
 
     
NumLock 
vel Numeryczny


Pomógł: 15 razy
Dołączył: 03 Gru 2008
Posty: 494
Skąd: Podkarpacie
Wysłany: 2010-07-26, 20:27   

Historia poruszająca, bardzo lekko się czyta. Więcej takich opowiadań!
_________________
"Zarozumiałością oraz bezczelnością człowieka jest mówienie, że zwierzęta są nieme, tylko dlatego, że są nieme dla jego tępej percepcji" - Mark Twain.
 
     
Hakas 
KAPKANCZYK


Pomógł: 1 raz
Dołączył: 02 Lip 2008
Posty: 209
Skąd: Pomorze Zachodnie
Wysłany: 2010-07-26, 23:47   

Przeżycia z dzieciństwa kształtują naszą późniejszą tożsamość. Ciężkie chwile czynią nas twardymi a ciepło, miłość i atmosfera rodzinego domu pozwala nam w dorosłym życiu stworzyć dom naszym dzieciom i przekazać prawdziwe wartości.
Piękne wspomnienie zaklęte w opowiadanie.
Dobrze jest nie tylko pisać ale i czytać.
Hakas
_________________
Wędruję poprzez świat polując, walcząc
i uzdrawiając

Przeklęty, kto miecz swój trzyma z dala od krwi - Bellicosa anima
Damnatus, qui gladio suo ab sanguem reservat - Bellicosa anima
 
     
wolf78 


Pomógł: 4 razy
Wiek: 41
Dołączył: 27 Mar 2008
Posty: 194
Skąd: Kołobrzeg
Wysłany: 2010-07-27, 13:58   

Dobrze sie czyta, :-) opowiadanie super :-) ,czekam na dalszą część :-)
_________________
http://wilkwkuchniczylimojegotowanie.blogspot.com/
 
 
     
ZEN 


Pomógł: 1 raz
Wiek: 43
Dołączył: 09 Kwi 2010
Posty: 119
Skąd: Lublin
Wysłany: 2010-08-02, 13:42   

Spodobało mi się,łatwo się czyta i można uwolnić wyobraźnię.
Opisany wyjazd Syrenką przeniósł mnie w czasy, kiedy to sam posiadałem taki pojazd.
Warkot silnika i zapach mieszanki, tego się nie zapomina. :567:
 
     
yaktra 
tropiciel/ fotograf


Pomógł: 5 razy
Wiek: 57
Dołączył: 05 Kwi 2010
Posty: 833
Skąd: z krainy szaraka
Wysłany: 2010-08-02, 15:34   

Dziękuję za wszystkie wypowiedzi. To miłe.
Jest to jedna z moich lepszych publikacji w;
ŁOWIECKI

:mrgreen:
_________________
Okiem naszych obiektywów http://yaktrafotografia.jimdo.com/
 
     
Krzysztof 
iwaś


Wiek: 43
Dołączył: 19 Sty 2010
Posty: 8
Skąd: Prudnik
Wysłany: 2010-08-11, 14:25   

Opowiadanie piękne, bardzo mi się pododało. Oby więcej takich
_________________
Iwaś
 
     
babajaga 


Wiek: 36
Dołączyła: 21 Sie 2010
Posty: 24
Skąd: okolice Mielca/UK
Wysłany: 2010-08-25, 03:36   

Poruszające i klimatyczne, naprawdę bardzo dobre opowiadanie :-)
 
     
yaktra 
tropiciel/ fotograf


Pomógł: 5 razy
Wiek: 57
Dołączył: 05 Kwi 2010
Posty: 833
Skąd: z krainy szaraka
Wysłany: 2010-12-08, 19:10   

Egzamin z rury.

Wrześniowy ciepły dzień chylił się ku końcowi, choć było jeszcze widno to do zmroku została tylko godzina lub nieco więcej. Mężczyzna właśnie teraz ruszył na szlak, wypchany plecak i podwieszony pod nim zrolowany stary koc w opakowaniu koloru khaki sugerował nocleg w terenie.
Jak na tę porę roku wędrowiec obuł stopy w ciepłe zimowe buty. Doświadczenie nabyte przez lata wędrówek podpowiadało, że zasiadka może być zimna.
Spokojnym, energicznym jednak krokiem, mijał kolejne bloki na osiedlu. Co jakiś czas podnosił rękę w geście powitania - to znajomy, to sąsiad.

Echhh, pomyślał w duchu – jak czasy się zmieniają - za „komuny” wojskowa panterka, taki sam plecak i gumofilce budziły politowanie mijających go ludzi. Brak wędki w ręku sugerował dziwaka. Najczęściej znajomi pukali się w czoło kiedy byli pewni, że wędrowiec tego nie widzi. Teraz kiedy czas fotografii nabrał „stylu” sąsiedzi najczęściej zadają pytanie - gdzie się wybierasz??? - uśmiechnął się do swoich myśli – jak dobrze, że może polować z aparatem czy kamerą – jak dobrze, że są jeszcze miejsca tak dzikie, że nie każdy chce w takim miejscu postawić swoją stopę – jak dobrze, że nie każdy potrafi znieść trudy wędrówek po leśnych uroczyskach, rozlewiskach czy bagnach...

Do celu pieszej wędrówki miał około pięciu kilometrów. Wiedział, że w takim tempie dotrze do tego miejsca już o zmroku. Nie martwił się tym - to było celowe zamierzenie. Po czterdziestu minutach dotarł do pierwszych zabudowań sąsiedniej już gminy. Tu skręcił na południowy wschód. Jeszcze dwa kilometry – pomyślał. Odruchowo spojrzał na pięknie zaczerwienione niebo. Teraz na nim harcowały nietoperze. Dziwne to były loty. Kiedyś próbował je fotografować. Na kilkanaście zrobionych zdjęć nie wyszło żadne. Uśmiechnął się do swoich myśli. To dopiero była „foto kicha”.
Po kilku kolejnych minutach skończył się chodnik, minął również ostatnie zabudowania wsi. Szedł teraz lewym poboczem. Na czarnym asfalcie odbijała się tablica z przekreśloną nazwą wsi.
To już blisko – pomyślał.
Kiedy minął ten wielki znak informacyjny przeszedł na prawe pobocze. Już po chwili ujrzał szeroki wjazd do lasu. Skręcił w leśną drogę i po kilkunastu krokach dotarł do rozwidlenia. Skręcił na zachód i tu się zatrzymał. Zdjął plecak z ramion i zaczął wyłuskiwać zeń sprzęt. W pierwszej kolejności powiesił na szyi maleńką szwedzką latarkę. Następnie wyjął kamerę. Z pokrowca podwieszonego pod plecak wydobył niewielki statyw. Choć latarka była pod ręką to jednak z niej nie korzystał, palce wyczuwały zagłębienia sprzętu i po omacku trafiały w cel.. Podpiął kamerę do statywu, sprawdził w menu czy włączona jest opcja „noktowizor”. Zarzucił plecak na ramiona, oparł kamerę na prawym barku i ruszył cichym krokiem przed siebie. Po kolejnych kilkunastu krokach dotarł do kolejnego rozwidlenia. Nie interesowała go wąska ścieżka biegnąca na północ jednak wszedł kilka kroków w jej głąb. Spojrzał na dziwną wykarczowaną polanę. Choć oczy nawykły już do ciemności to jednak nie rozróżniały kształtów. Uruchomił kamerę i przyłożył oko do jej wizjera. Noktowizor poradził sobie z ciemnością. Teraz widział dokładnie ciemniejsze kształty które w tym dziwnym świetle wyglądały niczym wielkie papierowe kartony. To były bryły starych niemieckich pomników na niewielkim zapomnianym cmentarzyku. Zlustrował ten teren dość dokładnie.
Brr, pomyślał w duchu – gdyby zobaczył teraz ludzką postać to pewnie by uciekł.
Odgonił od siebie głupie myśli i wyłączył kamerę. Stał jeszcze chwilę aby „porażone” prawe oko znów przyzwyczaiło się do zmroku. Delikatnie opuszkami palców dotknął zimnej rękojeści czeskiego starego bagnetu. Ten podwieszony pod plecak „do góry nogami” był w zasięgu ręki i łatwo można było go wyjąć z metalowej pochwy. Choć jego przeznaczeniem była obrona przed psami to jednak dawał poczucie bezpieczeństwa. Po krótkiej chwili wędrowiec ruszył ponownie na „swoją główną drogę”
Jeszcze kilkadziesiąt kroków i doszedł do skraju lasu. Tu przyczajony wyjrzał na pole zza drzewa. Skoszone pole dawało trochę więcej światła. Na tyle dużo aby zobaczyć dużą mocną ambonę.
Uruchomił ponownie kamerę i belką zoom-u przybliżył do maksimum tę dziwną budowlę. Zlustrował jej wnętrze. Musiał się upewnić czy nie siedzi tam jakiś myśliwy. Raz, że nie chciał komuś przeszkadzać, dwa, wyjście na otwartą przestrzeń mogło być ryzykowne. Uspokojony brakiem innych konturów skierował kamerę w wąską ścieżkę. Pod powaloną potężną sosną myśliwi parkowali tam swoje pojazdy. I tu było pusto. Zadowolony z takiej sytuacji wyłączył kamerę i czekał chwilę aby oczy znów przyzwyczaiły się do ciemności. Był przygotowany na taką ewentualność, że ambona mogła być „zajęta”. Z kilku wypraw jakie tu sobie zrobił znał dwa miejsca w tej okolicy gdzie rozłożyste drzewa dawały możliwość zasiadki w ich koronach. Podczepione pod plecak dwa karabińczyki i system linek gwarantowały bezpieczne wejście. Jednak cieszył się z pustej ambony bo taka budowla to prawie jak hotel.
Ruszył skrajem pola i niczym po ostrzu sierpa dotarł do ambony. Zsunął plecak z ramion i zdjął kurtkę. Wyłuskał z plecaka polarową koszulę założył na siebie a potem ponownie wciągnął kurtkę. Ubrał się jeszcze przed wejściem na ambonę bo tak było łatwiej. Wspiął się szybko na ambonę. Wyjął z kąta szeroką deskę i usiadł na niej. Teraz spokojnie rozpakował plecak. Kanapki i termos powędrowały na podłogę w prawy jej róg. Rozłożył zrolowany koc i ułożył go tak aby można było się w niego opatulić. Lornetkę zawiesił na gwoździu. Teraz miał czas aby nalać do kubka kawy i nabić fajkę. Siedząc na ambonie spokojnie mógł jeszcze „pohałasować” ponieważ przejście po wysokiej suchej trawie dało wiele niepożądanych dźwięków.
Pykał z fajeczki i powoli „wczytywał” się w teren. Wiedział jak ważna jest znajomość ułożenia cieni.
Od swojej szóstej aż do dwunastej miał ścianę lasu do której wtuliło się potężne pole. Od dwunastej do dziewiątej tylko pole. Między dziewiątą a ósmą maleńki lasek który wyglądał niczym wyspa na oceanie. Od ósmej do swojej szóstej, trawiastą łąkę.
Na rżysku tego potężnego pola było dość widno. Czekał jeszcze aż kula księżyca wyjdzie zza ściany lasu. Cieszył się z takich warunków a jednocześnie wiedział, że księżyc choć jego sprzymierzeniec będzie płatał figle w ułożeniu cieni. Ten wielki łysy jegomość niczym generał co rusz będzie wydawał rozkaz swojemu „drzewnemu” wojsku a te z kolei przegrupują cienie grając na nosie obserwatorowi.
Pykał z fajeczki i powoli kończył kawę. Czas wlókł się niemiłosiernie, zrobiło się wyjątkowo cicho. To dzienne ptaki poszły już spać a nocne jeszcze nie wstały.
Czekał na głos puszczyka. To on da sygnał wszelkiej maści drapieżcom i trawożercom, że czas ruszać na łów.
I jemu da sygnał aby skupić się na obserwacji. Odłożył fajkę, przymknął oczy – niech odpoczną - a plecy oparł o ścianę ambony.
Zapadał co jakiś czas w taki dziwny pół sen pół jawę. Kiedy poczuł chłód na plecach opatulił się w koc. Łysy dowódca przegrupował wojsko. Obserwator ponownie wczytał się w cienie.
Cisza.
Znów przymknął oczy. Opatulony kocem poczuł przyjemne ciepło, zapadł ponownie w ten dziwny stan. Drzemał.
Raptem po polu rozeszło się uuuhhhuu uuuhhhuuu puszczyka.
Obserwator na jego komendę otworzył oczy. Zlustrował ponownie ułożenie cieni, włączył kamerę i zaglądając w jej wizjer sprawdził godzinę. Dochodziła północ, a więc czas zacząć.
Puszczyk ponowił wołanie, obserwator spojrzał w kierunku skąd dochodził głos. Nigdy nie widział pierzastego drapieżnego łowcy choć ten musiał być gdzieś blisko. Sięgnął ręką do plecaka i namacał podwieszoną na jego prawym boku papierową gilzę po stretch-u.
Wypiął rurkę poprawił się na siedzisku z deski i zwilżył językiem wargi. Teraz przyłożył rurę do ust i mocno nadął poliki.
Yyyyyy, yy, yy, z rury w kierunku pola rozległ się dźwięk imitujący silnego byka jelenia.
Yyyyyy, yy, yy jeszcze raz ten sam dźwięk popłynął po rżysku. Odbił się od ściany lasu a echo powtórzyło ten dźwięk.
Obserwator odłożył „dziwny” instrument na półkę ambony i zdziwiony hałasem jaki sam uczynił lustrował teren.
Po kilku minutach ponowił ten dźwięk.
Po krótkiej chwili gdzieś na godzinie dziesiątej usłyszał potężny ryk. O mały włos nie podskoczył na siedzisku. Osiem miesięcy nauki dało pożądany skutek ale nie znał częstotliwości wabienia oraz ilości dźwięków. Na chybił trafił znów przyłożył drżącymi rękami „instrument” do ust i ponownie weń zadął.
Yyyyyy, yy, yy pobiegło w kierunku skąd dobiegł potężny głos byka.
Teraz zdenerwowany zwierz potężnym basem oznajmił ponownie chęć spotkania.
Myśli „włóczęgi i fotołowcy ” pobiegły w najdalej odsunięte zakamarki swojego mózgu. Szukał starych wiadomości, szukał opowieści myśliwych, szukał starego bajarza który znał jelenie jak hodowlane owce.
Tym razem jednak nie potrafił skupić myśli. W szarym świetle księżyca szukał byka.
Byka który pewnikiem zbliża się do ambony. Co zrobi ten mądry zwierz ?
Czy da się przechytrzyć ?
Echhh, pomyślał – zwabię jeszcze raz.
Podniósł rurę do ust i ponownie zadął. Z wrażenia zabrakło w ustach śliny. Skurcz jaki temu towarzyszył wywołał nerwowe kaszlnięcie a łzy zalały oczy.
Wędrowiec zaklął w duchu i przecierając oczy wierzchem dłoni skurczył się w sobie.
Czekał.
Szukał nowego cienia, który „płynąc” polem lub jego skrajem zawinie pod ambonę niczym strudzony żeglarz do latarni morskiej.
Czas mijał i wlókł się niemiłosiernie, a „żeglarza” nie widać.
W takim oczekiwaniu zgubił rachubę czasu. Przymyka i otwierał oczy licząc na to, że doświadczenie „podglądacza drapieżnych” i cierpliwość wynagrodzą oczekiwanie...
Cierpiał, bolał kręgosłup od nienaturalnej pozycji na wąskiej desce, bolały oczy „czytające” teren.
Aż wreszcie dał za wygraną. Wyprostował zgarbioną sylwetkę i włączył kamerę. Zajrzał w wizjer aby sprawdzić godzinę. Dochodziła 1: 20.
Gdzieś daleko na sąsiednim lesie ryczały byki. A tu taka gafa – myślał w duchu.
Czas coś zjeść i zdrzemnąć się nieco bo do świtu daleko.
Zszedł z ambony za własną potrzebą. Kiedy wracał już do drabiny zobaczył kontem oka cień gdzieś z prawego boku. Instynktownie spojrzał w tym kierunku. Na szarym tle lasu stał byk. Piękny zwierz przyglądał się spokojnie dziwnej dwułapej postaci. Jak gdyby wiedział, że ten nie zrobi mu krzywdy. Wędrowiec zaklął w duchu – ot cholera – pomyślał, z tej strony to ja się ciebie nie spodziewałem bratku. Mężczyzna odwrócił się płynnym ruchem w kierunku zwierza. Ten nie reagował. Niczym myśliwski pies szukał odwiatru tej dziwnej pewnie postaci. Trwało to dłuższą chwilę. Teraz mężczyzna poczuł zapach zwierza. Zapach podobny do zapachu konia, do zapachu stajni lub krowiej obory. Jednak bardziej intensywny.
Mężczyzna zrozumiał, ruja przecież.
Cieszył oczy patrząc na byka. Wiedział przecież, że ten lada chwila umknie. Nie czas na skok do ambony, nie czas aby uruchomić kamerę.
Popatrzeć sobie – tyle zostało.
Zwierz szarpnął gwałtownie łbem i ukazując koronne poroże zawrócił w las. Prędkość jaką rozwinął w kilku susach był imponujący. Zwierz popłynął skrajem lasu i omijając niewielkie wzniesienie zniknął z oczu mężczyźnie.
Ten dziwnie uśmiechnięty wskoczył po szczeblach drabiny na ambonę.
Po krótkiej chwili zmrok rozświetliła maleńka latarka. Aby nie razić oczu przykryta apaszką dawała na tyle dużo światła aby wędrowiec przygotował sobie śniadanie...

autor - yaktra
_________________
Okiem naszych obiektywów http://yaktrafotografia.jimdo.com/
 
     
Hakas 
KAPKANCZYK


Pomógł: 1 raz
Dołączył: 02 Lip 2008
Posty: 209
Skąd: Pomorze Zachodnie
Wysłany: 2010-12-08, 20:13   

Witaj Yaktra!
Moje uznanie za wspaniałe opowiadanie. W końcu ktoś obudził się z zimowego snu. Czekam na kolejne opowiadanie, które w piękny sposób odmalują naszą przyrodę.
Jaki świat był by piękny gdyby więcej ludzi potrafiło tak widzieć, czuć i rozumieć przyrodę jak ty Leśny Bracie Yaktra.
Hakas
_________________
Wędruję poprzez świat polując, walcząc
i uzdrawiając

Przeklęty, kto miecz swój trzyma z dala od krwi - Bellicosa anima
Damnatus, qui gladio suo ab sanguem reservat - Bellicosa anima
 
     
Hillwalker 


Pomógł: 7 razy
Wiek: 43
Dołączył: 03 Wrz 2009
Posty: 270
Skąd: Dąbrowa Górnicza
Wysłany: 2010-12-10, 19:33   

Kilka tygodni temu podczas wędrówki na Jurze mijałem ambonę. Popatrzyłem chwilę na nią, a potem poszedłem dalej. Teraz na pewno wszedłbym na górę i posiedział! Świetne opowiadanie.
_________________
" YOU create your own reality "
 
     
earthtraveler 
Lubię sobie połazić


Wiek: 40
Dołączył: 04 Cze 2010
Posty: 79
Skąd: Kozłowo
Wysłany: 2010-12-11, 18:08   

Świetne opowiadanie ,czytajac je miałem obraz miejsca i przygody którą przeżyłem podobnie jak bohater , po środku nocy pażdziernikowej na ambonie na skraju lasu...chciało by się wrócic do tych chwil
 
 
     
yaktra 
tropiciel/ fotograf


Pomógł: 5 razy
Wiek: 57
Dołączył: 05 Kwi 2010
Posty: 833
Skąd: z krainy szaraka
Wysłany: 2011-02-14, 19:35   

Biernat.

Peter grabił podwórko z liści. Późna jesień zmuszała gospodarza do systematycznego sprzątania obejścia. Robił to powoli lecz energicznie.
Siwe włosy i ogorzała twarz dziwnie z sobą kontrastowały. Jednak szare roziskrzone oczy mówiły nam, że mężczyzna choć dobiegający już sześćdziesiątki to zdrowy i energiczny jeszcze człowiek. Zaciśnięta w zębach fajka i stary kapelusz myśliwski zdradzały zainteresowania jakimi malował swój świat.
Odpoczywał właśnie opierając się na grabiach kiedy gdzieś z oddali usłyszał warkot silnika. Znał ten charakterystyczny dźwięk. Zmarszczył brwi i pociągnął z fajeczki. Kiedy podjechał UAZ mężczyzna pomyślał tylko - coś w łowisku nie tak kiedy przy sobocie do mnie jadą. Z piskiem starych okładzin hamulcowych "radziecka myśl techniczna" zaparkowała w poprzek drogi. Z samochodu wyskoczył siwy gruby jegomość nad wyraz ruchliwy jak na swoją posturę. Drugi w mundurze milicjanta został w kabinie z dziwnie spuszczoną głową - czytał czy jak?.
Witaj Peter, zagadnął przyjezdny.
Witaj Bronku, co Cię sprowadza w moje skromne progi?
Kłopoty Peter, kłopoty.
To wiem - odpowiedział gospodarz - przecież inaczej bym cię tu nie zobaczył - szeroki uśmiech rozjaśnił twarz Petera.
Ech Peter, nie mam czasu na żarty. Krótko Ci powiem. Zostajesz oddelegowany z Nadleśnictwa do milicji do "Akcji Ślad".
Ktoś w naszym obwodzie kłusuje a jego tropy są dziwne bo wyjątkowe wielkie. Zaprzyjaźnieni grzybiarze mówią, że to Biernat...
i tu potoczyły się szczegóły akcji.
Po kilku minutach kończąc Bronisław powiedział - odprawa w poniedziałek o siódmej, będziesz "Ich" przewodnikiem. Obejdź jutro to uroczysko i sprawdź czy są tam jakieś zmiany, nic więcej nie rób. Uważaj na siebie jak tam pójdziesz Piotrze.
Darz Bór.
Darz Bór Bronku - odpowiedział gospodarz - marszcząc brwi, kiedy Bronek zwracał się do niego po imieniu to znak, że sprawa pilna i nieco ryzykowna.
Oparł łokcie o furtkę i obserwował zmagania kierowcy z UAZ-em. Po chwili udało się kierowcy zawrócić na wąskiej drodze i w tumanach kurzu odjechał w powrotnym kierunku.
Mężczyzna zamyślił się...
Biernat.
Partyzant który przeżył wojnę dzięki okolicznym lasom. To on obmyślał ataki i przeprowadzał brawurowe akcje. To znów był ścigany. Zawsze wyprowadzał chłopaków z opresji a straty w jego oddziale były zawsze najniższe. Był szanowany jako dowódca, bo był najlepszy. Po wojnie wstąpił do milicji i do partii. Potem mając pewne możliwości (teść wysoki rangą urzędnik w UBP a potem SB) pomógł młodzieńcowi ukończyć studia i wejść w szeregi oficerów. Myślistwo którym się zajął było jak gdyby po drodze. W 1984 roku postrzelił śmiertelnie kolegę z tego samego Koła. Dziwnie bo z obu rur dubeltówki i prawie jednocześnie. Biernat na sprawie sądowej błagał o litość. Polował "na pióro z podchodu" a zapadający zmierzch zmylił go kiedy zobaczył postać przy drzewie. Myślał, że to dzik, a to kolega odpoczywał w pozycji siedzącej. Nie udowodniono Biernatowi umyślnego zabójstwa choć ówczesne władze i rodzina zabitego odnosiły się do tego inaczej. Biernat już wcześniej był obserwowany przez kolegów w Kole w którym polował bo mówiono, że kłusuje. Biernat po sprawie został zwolniony ale z wyrokiem w zawieszeniu. Stracił pracę, uprawnienia na broń i co gorsze został rozwodnikiem bo teść tak chciał. Na domiar złego przypłacił to dwoma pobytami w zakładach psychiatrycznych i wylądował na rencie. Teraz po latach był niczym pustelnik, łaził po lasach budował ziemianki, zachowywał się niczym partyzant. I tu koło się zamknęło, albo ktoś patroszy zwierza wykorzystując jego ziemianki lub on sam jest taki głupi. Biernat może być nieobliczalny a w kniei niezwykle niebezpieczny...
Peter otrząsnął się ze swoich myśli. Noo, czas poinformować o wszystkim połowicę a w niedzielę pod pretekstem obejścia łowiska zajrzeć na uroczysko. Cholera - pomyślał w duchu - tyle tam bunkrów, jeśli to Biernat to długo będziemy go szukać. Kto to był ten w mundurze ?...

Peter raptem się obudził, nie podniósł głowy, nie poruszył się jeno otworzył oczy i spojrzał na fosforyzujące skazówki ruskiego budzika MIR. Ten wskazywał 5: 30. Myśli popłynęły w kierunku Biernata i swoich również partyzanckich przygód. Sam złapał się na tym, że choć już tyle minęło czasu to i on ma swoje wojenne przyzwyczajenia. Ustawił budzik tak, aby go widzieć a nie podnosić czy obracać głowy, aby w razie niebezpieczeństwa nie pokazać po sobie, że żyje. Cholera - pomyślał - jeśli Biernatowi odbiło zupełnie i stwierdzi, że jest obserwowany to odezwać się mogą partyzanckie przeżycia i zacznie walczyć, a jeśli posiada jakąś broń to co?
Peter odgonił od siebie złe myśli. Wyłączył budzik aby ten nie zadzwonił. Zsunął się z łóżka i po cichu opuścił sypialnię. Nie chciał budzić żony. Wczorajsza rozmowa była ciężka.
Poszedł do kuchni i nastawił wodę w czajniku. Ruszył powoli do łazienki. Po chwili stary Junkers oznajmił, że gospodarz uraczył się ciepłą wodą.
Po chwili wrócił do kuchni i kiedy czajnik zaczął gwizdać zalał sobie kawę. Spałaszował śniadanie i popił mocną kawą. Przypalił fajkę i myślał. Po krótkich myślowych za i przeciw ruszył na strych z nożyczkami. Znalazł stary koc i wyciął z niego dwa wielkie bo prawie metrowe kwadraty. Zszedł do kuchni i znalazł konopne mocne dwa długie sznurki, zapakował to wszystko do torby myśliwskiej. Wszedł do stołowego pokoju i z szafy wyjął dwururkę i kilka Brenek. Wrócił do kuchni i odruchowo sięgnął po fajkę. Tym razem jednak jej nie zabrał. Przewiesił torbę i broń przez ramię i ruszył do komórki. Wystawił rower (westchnienie kolegów bo wiedzieli, że to Bałtyk) i energicznie wyszedł na drogę. Jedno pchnięcie z nogą na pedale i już siedział na siodełku. Wczesny ranek był mglisty i zimny jednak zapowiadał się piękny dzień. Skręcił w ulicę biegnącą w kierunku kniei. Za zakrętem ale z widokiem na jego podwórko stał brązowy duży Fiat. Przejechał obok ale kierowca i pasażer zawzięcie nad czymś dyskutowali i nie zwracali na niego uwagi. Zaś pasażerów z tyłu nawet nie zauważył a jeden z nich tym razem nie udawał, że czyta jeno bacznie zlustrował rowerzystę. Ki czort - pomyślał Peter - takie ekstra auto pod domem sąsiada?, mam ubeka za miedzą?, obserwują moją chałupę?, a może to ja jestem podejrzany?. Uśmiechnął się do swoich myśli i palnął z cicha, a kto mnie znajdzie na uroczysku.

Zjechał z drogi w las. Tu taka limuzyna nie wjedzie, a więc trącał ich pies. Po kilkunastu minutach leśnymi ścieżkami dotarł do bruku. Tu skupił swoją uwagę na drodze aby nie zjeżdżać z kostki i nie zostawić śladów. Przykrył dłonią dzwonek bo ten zaczął hałasować. Kolejne kilka minut i dotarł do zagłębienia w terenie gdzie droga była prawie zarośnięta paprociami. Tu się zatrzymał. Zsiadł z roweru i odczekał chwilę aby wyregulować tętno i wczytać się ciszę. Upewniwszy się, że jest tu sam położył na bruku torbę i oparł o pobliskie drzewo broń. Podniósł rower na bark i wszedł z nim w paprocie. Wystarczyło kilka kroków aby rower stał się niewidoczny. Cofając się do bruku podnosił paprocie aby wróciły do poprzedniej pozycji. Zarzucił torbę przez ramię i wyjął dwie breneki. Załadował fuzję i tak uzbrojony ruszył przed siebie. Nie przeszedł daleko. Teraz należało zejść z bruku i skręcić na wschód bo tam jest uroczysko i jedna z ziemianek. Znów wykorzystał drzewo aby oprzeć broń. Wyjął z torby dwa wycięte płótna i owinął nimi stopy. Konopny sznurek dopełnił całości a tym samym nie pozwolił aby te dziwne owijki zsunęły się z nóg. Tak ubrany ruszył powoli przed siebie. Poczuł tętno w skroniach i suchość w ustach. Muszę być niewidzialny i niesłyszalny - pomyślał - z tym drugim nie było problemu dzięki owijkom, z tym pierwszym, oooo, to już gorzej. Po kilkunastu krokach dotarł do krzaków za którymi była ziemianka. W oddali zarejestrował warkot silnika. Zlekceważył owy dźwięk bo wiedział, że ludzie robią sobie skrót przez Puszczę. Wychylił się lekko zza krzaka i "studiował" tę dziwną budowlę. Z jednej strony oparta o stary bunkier a z drugiej biegnąca ukośnie do tej ściany tworzyła sporą budowlę. Prowizoryczna ale funkcjonalna. Taką mógł zbudować tylko partyzant, tylko Biernat. Obserwował i słuchał kilka minut. Nic, cisza. Zatem można obejść ziemiankę. Wyszedł na maleńką polankę. Zdeptana ściółka świadczyła o sporym ruchu w tym miejscu. Odruchowo spojrzał pod nogi. Obok jego obutych stóp widniał potężny ślad ni to stopy. Nerwowo przełknął ślinę, cholera - pomyślał - trop taki jak ja teraz zostawiam. Biernat draniu !!! kłusujesz !!!! Zostawiasz dziwny trop w tych owijkach albo nie zostawiasz wcale. Kiedy patroszysz to spokojnie możesz deptać posokę bo przecież zdejmiesz szmaty a but czysty będzie i nikt nigdy nie zobaczy protektora !!!
Zreflektował się szybko i skupił się na wejściu do ziemianki. Odsunął wiązkę gałęzi i zajrzał do środka. Ku jego zdziwieniu oparta o krzywą półkę stała skrócona dubeltówka. Obrzyn cholera. Teraz myśli przetoczyły się przez głowę Petera niczym stado koni. On tu jest!!!
Szelest za plecami, unik z półobrotem w prawo pozwolił zmylić przeciwnika. Napastnik zamachnął się i wraz z siekierą wpadł na ścianę z gałęzi upadając jednocześnie.
Peter był już spokojny, zareagował jak za dawnych lat, szybkim acz płynnym ruchem odciągnął kurek broni patrząc leżącemu w oczy. Biernat nie próbował się podnieść, wiedział, że Peter naciśnie spust jeśli spróbuje wstać. Znał przecież Petera, jednego z jego lepszych "chłopaków". Spojrzał i on na dziwne buty Piotra i skierował wzrok na swoje. Puszczę ogarnął szatański śmiech.
Biernat chichotał co raz głośniej i głośniej a po chwili wskazał palcem gdzieś w bok. Peter jednak nie zareagował od razu bo obawiał się, że Biernat celowo wskazuje jakiś cel. Jednak coś go korciło aby spojrzeć za siebie. Odsunął się jednak o kilka kroków i bokiem stanął do przeciwnika. Teraz skierował wzrok w prawo. Ku jego zdziwieniu zobaczył mundurowego milicjanta w stopniu kapitana trzymającego z dłoni pistolet. Tego samego co z UAZ-a. Obok niego stał Bronek i dwóch cywilów z brązowej limuzyny również z bronią. Wszyscy jak jeden mąż mieli owijki takie same.
Chichot Biernata przeszedł w szloch...

Upadek komuny pozwolił Bronkowi naświetlić postać Biernata. Pół roku przed zatrzymaniem w owym uroczysku Biernat udusił myśliwego przy ambonie a dla zmylenia tropu sfingował samobójstwo przez powieszenie. Zginęła wówczas dubeltówka która pojawiła się miesiąc później w łowisku jako broń kłusownicza.
Dlaczego Peter brał w tym udział? nawet Bronek nie wie. Najgorsze było to, że Biernat został w uroczysku na całą noc zaskakując tym samym "wielkie głowy". Peter jadąc rowerem w uroczysko wyprzedził milicyjną obławę ryzykując życiem. Odwrotu już nie było, tylko cichy podchód trzech milicjantów i Bronka mógł uratować życie Peterowi.
Przez wiele lat Bronek pluł sobie w brodę, że naraził przyjaciela na śmierć, podziwiał zimną krew Petera, bo dzięki niej przeżył...

Od autora;
Imion bohaterów już nie pamiętam...
Yaktra
_________________
Okiem naszych obiektywów http://yaktrafotografia.jimdo.com/
 
     
Hakas 
KAPKANCZYK


Pomógł: 1 raz
Dołączył: 02 Lip 2008
Posty: 209
Skąd: Pomorze Zachodnie
Wysłany: 2011-02-14, 21:19   

Witam!
Dobre, na prawdę dobre.
Mnie kołysały opowieści partyzanckie do snu.
Szkoda Biernata.
Hakas
_________________
Wędruję poprzez świat polując, walcząc
i uzdrawiając

Przeklęty, kto miecz swój trzyma z dala od krwi - Bellicosa anima
Damnatus, qui gladio suo ab sanguem reservat - Bellicosa anima
 
     
yaktra 
tropiciel/ fotograf


Pomógł: 5 razy
Wiek: 57
Dołączył: 05 Kwi 2010
Posty: 833
Skąd: z krainy szaraka
Wysłany: 2011-07-12, 18:44   

Witam.

Z Rudym na rżysku

Iść przed siebie. Omijać kałuże po wczorajszym deszczu, ścierać z twarzy poranną mgłę która otula pola. Oddychać, odpoczywać. W porannym blasku słońca oślepiony niczym kret brnie przed siebie. Wrześniowy świt wita wędrowca kaskadą kolorów. Wysokie źdźbła traw moczą spodnie do pasa, przyklejają je do ud, a zimno przenika do szpiku kości. Nic to, myśli wędrowiec, nic to, zaraz będzie droga przecinająca dwie łąki i pole, będzie lepiej. Zmęczenie wczorajszego dnia daje dziś znać o sobie. Zwalnia. Powłóczy nogami. W zasięgu wzroku na środku pola widzi wielką „piramidę” zboża. Tu odpocznę, myśli.

Przecina pole i już po chwili zrzuca plecak z ramion, aby usiąść. Zamiera w połowie tego ruchu. Na szczycie „piramidy” stoi spokojnie Lis. Mykita potwierdza swoja obecność ostrym zapachem piżma. Bystre lampy zwierza lustrują obcego. Trwa to krótką chwilę. Mądry drapieżca robi zwrot i niknie z oczu wędrowca. Skacze na ziemię. Mężczyzna obiega snop, rudego jednak nie ma. Spojrzenie w pole potwierdza przypuszczenia. Zwierz ostrym tempem ucieka w las. Chromy to jednak bieg, Lis najwyraźniej kuleje. Choć wędrowiec nie jest myśliwym rozumie postępowanie drapieżcy. Jak najszybciej pokonać otwarty odcinek, jak najszybciej dopaść ściany lasu, tam będzie bezpiecznie. Mężczyzna wraca do pozostawionego plecaka. Wyjmuje lornetkę i wraca na skraj snopa. Wychyla lekko głowę, aby w szkłach lornetki przeczesać ścianę lasu. Jest. Rudy cwaniak przysiadł pod jednym z drzew i obserwuje balot. Czy widzi człowieka? Trudno powiedzieć. Zapach piżma powoli znika dając miejsce innemu. Mężczyzna analizuje zapach, zna ten zapach. Zapach wsi i czegoś jeszcze. Wędrowiec wytęża zmysły. Tak to zapach myszy. Aaa bratku, uśmiecha się nieznajomy, śniadanko się przedłużyło i spotkałeś człowieka. To było duże ryzyko – myśli. Mogłeś zapłacić frycowe gdybyś trafił na myśliwego.

Wczesny świt zachęca do odpoczynku. Kusi, aby posiedzieć. Taka godzina to czas dla Saren. Dobry kierunek dla zdjęć. Ostre światło poranka daje dobre kolory i dobre zdjęcia. Posiedzę sobie godzinkę – myśli. Przysiada i myśli. Lis mocno kulał na lewą tylną stawkę. Uraz pewnie. Po chwili się reflektuje. Trop lisa pomieszany jest z innym, większym, okrągłym. Obok kolejny, ten ogromny. Mężczyzna zmienia pozycję w kucki. Czyta tropy. Niektóre wyraźne inne zamazane.
Psy. Dwa psy. Jeden z nich musiał być bardzo duży. Mężczyzna wstaje i po tropach rusza wokół snopa. Kolejne tropy są mocno pomieszane. Tu doszło do walki. Posoka i sierść. Ruda sierść. A więc, psy dopadły w tym miejscu rudego. Doszło do walki. Mykita jednak zdołał umknąć na snop. Balot ułożony w kształt dziwnych stopni umożliwił nań wejście. Dlaczego psy nie dotarły w to miejsce? Ach, były za ciężkie. Jeszcze raz rozgląda się bacznie. Teraz widzi i czarną sierść. Tak więc i rudy nie pozostał dłużny. Zajadle musiał się bronić. Odważny zwierz. Czy przyjął atak czy też został zaskoczony. Nieważne. Umknął oprawcom, wykazał się sprytem. Kolejne zaskoczenie. Trop butów. Ludzki trop. Gumofilce cholera. Tu był człowiek. Zbieg okoliczności czy psy towarzyszyły człowiekowi. Chwilami widać, że człowiek biegał. Pomagał psom czy odganiał?

Mężczyzna rusza tropem ucieczki Mykity. Dwadzieścia, pięćdziesiąt aż do stu metrów. Lis nie „znaczy” tropu posoką. To dobrze. Rana jak widać musiała się już „zaklepić”. Mężczyzna zadowolony zawraca. Tym razem dotyka opuszkami palców te tropy które są bardzo wyraźne. Obrzeża są mocne, twarde. Świrze, pewnie wczorajsze i to wieczorne bo w dzień padało. Teraz sprawdza te ludzkie, dokładnie to samo.
Czyżbyś rudzielcze przesiedział tu noc – myśli – tak, nocowałeś na snopie. Na śniadanko byś tu nie został bo za wiele hałasu uczyniliście walką. Więc co? Psy nie chciały odpuścić? Tak na pewno tak – wnioskuje wędrowiec. Jak to się stało, że człowiek nie zgonił cię ze snopa. Czyżby nie widział, że tam jesteś? A może było już ciemno? - pewnie tak.

No dobra, nieważne – myśli. Zasiada oparty plecami o snop. Już po chwili zmęczenie osiada na powiekach mężczyzny. Zamyka je coraz częściej. Podciąga plecak pod kolana, a pas aparatu owija wokół lewego nadgarstka. Choć wie, że zapada tylko w letarg to jednak w ten sposób zabezpiecza sprzęt. Tym razem to nie letarg, to sen. Twardy to sen wędrowca kiedy nie słyszy ciągnika jadącego skrajem pola. Dopiero po chwili gdzieś w podświadomości rejestruje ten dźwięk. Otwiera oczy.

Ciągnik właśnie się zatrzymał pod ścianą lasu. Traktorzysta po chwili wysiada. Patrzy wprost na snop. Pewnie zobaczył intruza i zaraz podjedzie. A cóż to? Jednak nie widzi wędrowca. Traktorzysta rozgląda się uważnie wokół. Otwiera burtę przyczepy i zdejmuje coś długiego. Wędrowiec sięga po lornetkę, przykłada ją do oczu. W zbliżeniu widzi drabinę. Zaskoczenie. Co ten facet kombinuje – w pole z drabiną? Lekko z boku w szkłach lornetki rejestruje ruch, szybka poprawka na obiekt. Pies! A z boku jeszcze jeden. Oba psy sadzą wprost na wędrowca. Odkłada lornetkę bo zwierzęta nie mieszczą się już szkłach. O cholera jak blisko! Wędrowiec odsuwa od siebie sprzęt i sięga do plecaka. Szybkim ruchem wyłuskuje stary czeski bagnet, który nosi tak „na wszelkie zło”. Plecak w lewej dłoni osłoni niczym tarcza od ataku. Bagnetem będzie musiał zadać cios. Dwa duże psy - z czego jeden wręcz ogromny – sadzą środkiem pola. Sto pięćdziesiąt metrów. Wędrowiec „rzuca okiem” na rolnika, a ten biegnie z drabiną za psami.

Szybka myśl – wróciłeś draniu po lisa bo nie mogłeś go zgonić ze snopa. Myślałeś, że zdechnie do rana. Sto metrów. Wędrowiec czuje suchość w ustach, zasłania się plecakiem, opiera mocno plecy o snop, a bagnet szykuje do ciosu. Pięćdziesiąt metrów, a może i mniej. Wędrowiec wykrzykuje – ejjjj!
Traktorzysta staje jak wryty. Teraz dopiero zobaczył człowieka. Zawraca do ciągnika. Ty draniu – przelatuje przez głowę mężczyźnie.
Psy zwalniają ostre tempo biegu. Dobiegają jednak do wędrowca., węszą. Złowieszczy warkot dużego rasowego Doga przeraża. Drugi, typowy Owczarek niemiecki, jeży sierść.

Kątem oka wędrowiec widzi zawracający polem ciągnik. Psy reagują na ten dźwięk. Obracają łby, aby zobaczyć co też „pan” robi.
Dog powoli zaczyna się zbliżać. Jego ciało drży z napięcia. Wędrowiec wolnym płynnym ruchem podnosi bagnet ponad swój bark. Wie, że cios musi być tak silny, żeby rozpłatać psi czerep. Jeden i bardzo mocny. Na drugi nie będzie czasu kiedy zaatakuje ten drugi. Owczarek tymczasem zmienia pozycję i próbuje zajść z lewego boku. Mężczyzna śledzi ten ruch nie odwracając głowy. Warkot Doga przechodzi w sapnięcie. Jeszcze raz obraca łeb w kierunku skąd odjechał „jego pan”. Mężczyzna dostaje dziwnego olśnienia. To nie pierwszy atak tych psów. Próbuje przełknąć ślinę próbuje intensywnie myśleć. Nic, pustka w głowie. Czekać, czekać może odpuszczą. Mijają sekundy, a może minuty...

ATAK. Dog mocnym odbiciem tylnych łap podrywa masywne ciało do skoku. Kiedy jego przednie łapy łapią kontakt z plecakiem wędrowiec wymierza silny cios. Już jest spokojny, nerwy odchodzą wraz z zadaniem ciosu. MUS. Skupia się na sile i tym, aby utrzymać w dłoni bagnet. Brązowe przyrdzewiałe ostrze przecina powietrze lądując na kufie psa. Trzewioczaszka zostaje głęboko przecięta, a pies wydaje skowyt bólu. Jednak puszczone w ruch masywne ciało uderza w wędrowca, a ten odbija się od snopa. Wykorzystuje siłę odbicia ruchem ciała w lewo rzuca w Owczarka plecakiem. Ten, aby uniknąć zderzenia z czymś dlań dziwnym i dużym zawraca w miejscu i rwie co sił w kierunku skąd odjechał ciągnik.

Skowyt Doga przechodzi w cichy pisk. Jeszcze przez chwilę rwie rżysko wielkimi łapami, aby po chwili zastygnąć w bezruchu.
Wędrowiec patrzy przez chwilę na psa. Mężczyzna rusza do plecaka, drżącymi dłońmi uwalnia bukłak z wodą podczepiony pod plecak. Pije łapczywie wodę. Klnie siarczyście. Odwraca wzrok bo nie może patrzeć na swoje „dzieło”. Oddycha głęboko, aby uspokoić tętno. Siada przy snopie, grzebie w plecaku. Znów pije wodę. Wreszcie nieco uspokojony przypala fajkę. Zaciąga się niczym normalnym papierosem. Mocno, intensywnie. Przeszklone oczy wędrowca świadczą jak mocno przeżywa to co musiał zrobić. Oczami wyobraźni widzi psy swojego dzieciństwa. Zastanawia się czy można było uniknąć ataku, czy można było zrobić coś innego?

Pustka w głowie, rozbiegane myśli, cholerny świat.
Po kilku minutach wyjmuje telefon aby powiadomić policję...

(wrzesień 2010)
_________________
Okiem naszych obiektywów http://yaktrafotografia.jimdo.com/
 
     
wolf78 


Pomógł: 4 razy
Wiek: 41
Dołączył: 27 Mar 2008
Posty: 194
Skąd: Kołobrzeg
Wysłany: 2011-07-12, 18:56   

Yaktra to opowiadanie jest autentyczne czy fikcja literacka?
:-)
_________________
http://wilkwkuchniczylimojegotowanie.blogspot.com/
 
 
     
Blizbor 
Kniejołaz

Pomógł: 1 raz
Wiek: 33
Dołączył: 03 Sty 2010
Posty: 119
Skąd: Szczecin
Wysłany: 2011-07-12, 18:57   

Rewelacyjnie opisane Yaktra :) Widać - a wręcz czuć - te emocje, gdy czyta się dalszą część - tą z atakiem psów. Co do psiaka to szkoda go, ale winę za jego śmierć ponosi tak naprawdę właściciel, który ewidentnie szkolił czworonoga do takich akcji, tak więc ubicie tego pieska nie dość, że oszczędziło Ci wizyty w szpitalu to jeszcze najprawdopodobniej uratowałeś kogoś, kto w razie kolejnej takiej akcji tego pieska, mógłby nie potrafić się obronić np. jakieś dziecko lub "niedzielnego" spacerowicza.
 
 
     
yaktra 
tropiciel/ fotograf


Pomógł: 5 razy
Wiek: 57
Dołączył: 05 Kwi 2010
Posty: 833
Skąd: z krainy szaraka
Wysłany: 2011-07-12, 19:07   

Owe opowiadanie chowałem od ubiegłego roku. Napisałem je w grudniu. Bałem się je opublikować ze względu na fakt, że nie jest to moja fikcja literacka. Zresztą, żadne z nich nie jest fikcją. To moje wspomnienia ze szlaku po którym chadzam ponad 20 lat Wolf.
Dużo mam różnych takich opracowań które powoli przelewam na wirtualny papier a jak do tej pory zalegają w grubym zeszycie. Zeszycie który ma również dobre z 17 lat. Są warte poprawki i publikacji. To tylko kwestia czasu i zimowych długich wieczorów.
ps;
lubię psy, baa uwielbiam, całe moje dzieciństwo i lata młodości przeplecione są tymi wspaniałymi czworonogami/ towarzyszami których to ja uważam za doskonałych niezawodnych przyjaciół...
_________________
Okiem naszych obiektywów http://yaktrafotografia.jimdo.com/
 
     
Michal N 
Metyl Podgrzybek


Pomógł: 10 razy
Wiek: 37
Dołączył: 16 Lut 2009
Posty: 1259
Skąd: Warszawa-Mokotów
Wysłany: 2011-07-13, 10:35   

yaktra, przelewaj te opowiadania na wirtualny papier, bo jak są tak samo mocne jak to, to masz we mnie wiernego czytelnika :-)
_________________
 
 
     
Lechu333

Wiek: 21
Dołączył: 13 Lip 2010
Posty: 54
Skąd: Stepnica
Wysłany: 2011-07-13, 11:00   

Na prawdę świetne, szkoda że takie krótkie.
 
 
     
nicco 
....................


Pomógł: 1 raz
Dołączył: 29 Sty 2009
Posty: 108
Skąd: Lubelskie
Wysłany: 2011-07-13, 17:21   

Czytając to pomyślałem, że to mogą być przygody Yaktry. Jednym słowem bardzo fajnie się to czyta i trzyma w napięciu. Czekam na kolejne
 
     
Hillwalker 


Pomógł: 7 razy
Wiek: 43
Dołączył: 03 Wrz 2009
Posty: 270
Skąd: Dąbrowa Górnicza
Wysłany: 2011-07-14, 08:23   

Pierwsze kilkanaście zdań czytałem ze średnim zainteresowaniem, potem złapałem klimat i było świetnie. Dobry tekst i jeśli masz takich więcej, to nie ma co zwlekać z umieszczeniem na forum. Czytelnicy są i czekają.
_________________
" YOU create your own reality "
 
     
yaktra 
tropiciel/ fotograf


Pomógł: 5 razy
Wiek: 57
Dołączył: 05 Kwi 2010
Posty: 833
Skąd: z krainy szaraka
Wysłany: 2011-07-16, 10:42   

Hillwalker napisał/a:
Czytelnicy są i czekają.

Dziękuję za wypowiedzi
Hillwalker napisał/a:
jeśli masz takich więcej, to nie ma co zwlekać z umieszczeniem na forum

Wolę jednak na razie się wstrzymać. Dodać grę słów aby wprowadzić w klimat.
Będą systematycznie dodawane po publikacji na łowiecki.pl
pozdrawiam

[ Dodano: 2013-01-30, 19:48 ]
Witam.
To nieco nowsze - 5 styczeń 2010 (dedykuję żonie)


Zakupiony w czerwcu ponton "mamił" do wodnych wypraw. Nareszcie mogłem wyruszyć na "wodny szlak". Sieć kanałów połączonych starymi poniemieckimi śluzami w Parku Krajobrazowym Doliny Dolnej Odry przekracza 200 km. Przed nami cały sezon pływania. Pierwszy wypad po wcześniejszym swoistym wodowaniu na jez. Binowo zachęcał do wyruszenia na ten nowy nieznany dla mnie szlak. Stabilny ponton o wyporności 300 kg okazał się sprzętem w sam raz na takie kanały.

Niespokojna dla mnie czerwcowa noc z czwartku na piątek nareszcie minęła. Spakowany wcześniej sprzęt i plecak z żywnością czekał na nas w piwnicy. Kiedy zadzwonił zegar (obwieszczając w ten sposób godz. 3.30) zerwałem się na równe nogi. Zafundowałem sobie szybką toaletę. Kiedy żona weszła do łazienki ja szykowałem już śniadanie. Wzrok, jaki zawiesiła na mnie moja połowica, nie wróżył nic dobrego. Nie lubiła kiedy to ja grałem pierwsze skrzypce przed wspólną małżeńską wyprawą. Dobra dobra - pomyślałem w duchu, to inny rodzaj wypadu. Po szybkim śniadaniu wypiłem kawę na "dwa łyki" oznajmiając w ten sposób żonie, że nie czas na "dworskie zachowania". Dochodziła godz. 4. 15, a więc, za chwilę zacznie świtać. Zgarnąłem szybkim ruchem kluczyki od samochodu i zbiegłem do piwnicy. Plecak i marynarski worek z pontonem wylądowały w bagażniku samochodu. Kiedy żona zapakowała się na fotel dla pasażera odetchnąłem z ulgą. Ruszyłem z "kopyta" aby po dziesięciu minutach zaparkować na pobliskiej łące jakim był Klucki Ostrów. Zachęcony przyjazną miną żony wypakowałem sprzęt i zacząłem "dmuchać" ponton używając do tego swoistej pompki. Po kilkunastu minutach kolorowy "gumiak" przybrał kształt pontonu. Mała kosmetyka pod postacią kamuflażu z szarego sznura zmieniła "gumiaka" w profesjonalny sprzęt. Ruszamy - rzuciłem do żony. Z uśmiechem na twarzy wskoczyła do pontonu. Pchnąłem "gumiaka" i wskoczyłem do środka. Kilka ruchów wiosłami wyniosło nas na środek kanału zostawiając za sobą poplątane kaczeńce. Kurs, Wydrzy Przesmyk.

Maleńkie zmarszczki fal i "jazda z prądem" zachęcały do wiosłowania. Krótkie płytkie ruchy wioseł wystarczyły aby pokonać przestrzeń dzielącą nas od punktu docelowego. Trwało to około półtorej godziny. Słoneczko grzało i nic się nie działo. Rzuciłem okiem w wizjer aparatu, minęła szósta trzydzieści. Spytałem żonę co robimy? - odpowiedziała krótko - to twoja wyprawa, a więc decyduj. Zaproponowałem aby wylądować na najbliższej napotkanej wysepce. Ok, zgodziła się, pod warunkiem, że będę mogła się opalać. Dobra - wykrzyknąłem, zaraz coś znajdę. Płynąc wzdłuż lewego brzegu kanału szukałem jakiejś wysepki. Po kilku minutach wylądowaliśmy na małej wykoszonej przez wędkarzy łące. Oznajmiłem żonie, że tu odpoczywamy, jemy drugie śniadanie i opalamy nasze blade "ciałka". Około godziny 10.00 mieliśmy oboje dość "słonecznych kąpieli".
Schodzimy na wodę - zdecydowała Basia. Nawet nie próbowałem protestować. Miałem dość słońca i skwaru. Zmieniliśmy oboje ciuchy. Założyliśmy flanelowe koszule z długimi rękawami aby nie palić ramion. Wcisnąłem mocno kapelusz na oczy aby nie naświetlać wzroku. Płynęliśmy leniwie w kierunku Kluckiego Ostrowia. Nuda jaka towarzyszyła tej "przejażdżce" zachęciła żonę do drzemki. Tak jakoś dziwnie po mojej głowie biegły myśli, że dziwny mamy skwar jak na taką wczesną godzinę. Zlekceważyłem jednak owy sygnał podświadomości. Po kilku minutach moja żona otworzyła raptownie oczy i wskazując mi palcem pobliską zakrzaczoną łąkę oznajmiła - patrz, Bobry biegają!!! Zszokowany dziwnym zachowaniem małżonki skierowałem wzrok na północ. Miała rację !!! Bóbr - dorodny osobnik wspinał się na wielkie żeremie. Cholera - chory czy głupi, że aktywny o tej porze?? - oznajmiłem. Skrzywiona mina mojej żony świadczyła o tym w jakim jestem błędzie. No co ty, odpowiedziała - sam czytałeś w swoich notatkach, że dziwne zachowania Bobrów świadczą o gwałtownych zmianach w pogodzie. Dostałem wówczas olśnienia. Zamachnąłem się lewym wiosłem zgarniając w ten sposób największą ilość wody. Ponton zareagował natychmiast robiąc kółko wokół własnej osi. Tym prostym sposobem mogłem zobaczyć niebo wokół siebie. O zgrozo. Na poł-zachód od nas niebo było granatowo- czarne. O kurcze - zakląłem, idzie burza!!!

Do łąki gdzie mieliśmy zaparkowany samochód dzieliło nas około dwóch kilometrów. Płynąc pod prąd to owy odcinek nie był zbyt łaty. Lądujemy gdziekolwiek, zaproponowała Basia. Nie - odpowiedziałem, będziemy najwyżsi w terenie, za duże ryzyko. Wiosłowałem najszybciej jak potrafiłem. Skurcz jaki towarzyszył niewprawnym mięśniom był bolesny. Zacisnąłem usta i nadrabiając miną wytrwałego żeglarza szukałem bezpiecznego miejsca. Wzmagał się wiatr utrudniając i tak już trudny kurs pod falę. Nie dotrzemy do samochodu - krzyknąłem, obierając kurs na najbliższy brzeg. Wylądowaliśmy na dziwnym grząskim brzegu. Raptowna wichura z burzą zalała nas zimnym deszczem. Przewracając ponton do góry dnem zakryliśmy sprzęt i siebie. Trwało to około dwudziestu minut. Tak szybko jak się burza pojawiła, tak szybko minęła. Zeszliśmy ponownie na wodę obierając kurs wprost na Klucki Ostrów gdzie stał nasz samochód.

Mina mojej żony nie zachęcała do rozmów. Wcześniejsza zapowiedź pogody na dzień wypadu była wówczas jednoznaczna... Wolałem nie podejmować tematu...
_________________
Okiem naszych obiektywów http://yaktrafotografia.jimdo.com/
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,21 sekundy. Zapytań do SQL: 11