www.reconnet.pl Strona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy  Statystyki  Rejestracja  Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
z Polski do Hiszpanii na piechotę (i inne wycieczki)
Autor Wiadomość
Michal N 
Metyl Podgrzybek


Pomógł: 10 razy
Wiek: 37
Dołączył: 16 Lut 2009
Posty: 1259
Skąd: Warszawa-Mokotów
Wysłany: 2016-04-26, 16:09   

To tak trochę na rozdrożu jesteś: w prawo, w lewo :-)
_________________
 
 
     
remtt 

Dołączył: 06 Maj 2016
Posty: 1
Skąd: Tudzież
Wysłany: 2016-05-06, 13:02   

i zaległa cisza :(
W sumie to czytam ten wątek już tyle czasu, że jakoś dziwnie się robi kiedy temat nagle milknie. Myślę, ze ze względu na zasługi i pomoc innym, Orety, powinien mieć co najmniej podkategorie na forum głównym.
Bo jeśli nawet, ludzie nie pójdą w jego ślady, to to co pisze pozwala im co najmniej marzyc.
 
     
orety 
Podróże kształcą


Pomógł: 5 razy
Wiek: 54
Dołączył: 07 Gru 2009
Posty: 430
Skąd: z innej bajki
Wysłany: 2016-05-14, 17:02   

Pokoj!

Przez Rimini i Marsylie dotarlem znow do Perpignan. Moja miejscowka (budynek po podstacji transformatorowej wysokiego napiecia) przeszukana, ale wolna. Z powodu deszczowej ostatnio pogody chwile tu zostane.

Pozdrawiam.
Maciek
_________________
Odmiana: orety oretego oretym poproszę.
Jestem wolny jak konik polny
 
     
ceezet 

Dołączył: 14 Maj 2016
Posty: 18
Skąd: Poznań
Wysłany: 2016-05-14, 18:28   

Witam wszystkich śledzących ten wątek.

Zatem udało mi się wyjść w zeszły piątek z poznania. Dzis po 8 dniach, z czego cztery ostatnie idę dokładnie ta sama trasa co Maciek, jestem juz we wsi Osła. Rzeczywiście pęcherze przy tych upałach są najgorsza przypadłością.
Wszystko co do tej pory było.mi dane przeżyć pokrywa się niemal w 100%z przygodami oretego( w tym również błądzenie przed Grodowcem- nie skracajcie sobie drogi ;) ). Ze zmian jakie sie pojawiły, na szczegół a uwagę zasługuje możliwość noclegu tak w Jakubowie jak i Chocińcu. Przy czym o ile Jakubowo ma miejsc kilka o tyle w Chocińcu jest dokladnie jedno. Co ciekawe zapadłeś w pamięć w Oślej. :-) .
To na tyle. Pozdrawiam.

[ Dodano: 2016-05-22, 16:18 ]
Idąc tropem minąłem Lubień, Zgorzelec itd. Do Pragi zostalo jakies 40km. Szedlem dziś przez 6 km wielkiej łąki, "lampa" koszmarna. Przystanki rzeczywiście zdaja egzamin. W lasach na szlaku porozstawiane są czasem zamykane od wewnątrz drewniane domki. Trzeba tylko pamietac by ten mijany w okolicach sidemnastej byl jednak tym w ktorym się zatrzymamy. Na spanie w kościołach raczej nie należy liczyć większość zamknięta.
Pozdrawiam.
 
     
Tresor


Pomógł: 7 razy
Dołączył: 28 Sie 2007
Posty: 715
Skąd: Małopolska
Wysłany: 2016-05-23, 07:52   

Uważaj na ciapatych ktorzy grasują w Niemczech i Francji
 
     
ceezet 

Dołączył: 14 Maj 2016
Posty: 18
Skąd: Poznań
Wysłany: 2016-05-23, 16:52   

Ufff, dotarłem do Pragi tuż przed burzą. Jeszcze w drodze pomyślałem, ze opisze mniej więcej miejsca w których można sie po drodze zatrzymać. A zatem idąc od samego początku:
-Jakubowo. Są miejsca, bodaj sześć, jest łazienka i ubikacja. Jedyna niewiadoma to ksiądz. Mi udalo się akurat trafić na wikarego.
- Grodowiec, tu przyjmą każdego z otwartymi rękami. Budują dom pielgrzyma na 30-40 osób. Nawet jesli przed wami nie zdarzą, nadam pozostaje 5 miejsc wewnątrz plebanii.
- Chocianów. Stosunkowo daleko od Grodowca, ale spokojnie do zrobienia jednego dnia. Istnieje jednak duże ryzyko, ze miejsca nam ksiądz nie użyczy. Jesli sie uda, micha i prysznic zapewnione.
- Osła. To najfajniejsze miejsce w jakim będziecie spali po drodze. Nie ma przymusu wyjścia rano. Slowo, żal wychodzić. Na cześć Macka, przystanek na przeciwko Domu Chleba okrzyknięto wiata pielgrzyma ;) .
- Boleslawiec. Klasztor, znajduje sie na samym końcu miasta. Wyjdziecie czysci, najedzeni i wypoczęci.
- Lubań. Tu dla odmiany klasztor jest na samym początku miasta. Reszta j/w
- Zgorzelec. Po obejściu wszystkiego (łącznie z Jedrzychowicami ) znalazłem kawałek podłogi z dachem i umywalka w kościele św. Bonifacego. Z racji nadgorliwości naszej straży granicznej i policji, zdecydowanie odradzam parki. Dworca niestety nie maja.
- Ostritz. Klucze do apartamentu dostaniecie w sklepie z pamiątkami. Mila odmiana po Zgorzelcu.
- Zittau możecie smialo wykreślić z plano ma spanie. Niestety czeka was ok 10-12 km bonusowego spaceru do Hradka.
Jezeli juz idziecie przez Izery nie szukajcie pieczątek w miejscowościach po drodze. Wszystko pozamykane na głucho. Wychodząc z mylnego jak się później okazało założenia, ze w większych miejscowościach kościoły będą otwarte, spieszyłem się jak łoś do Cieskiego Dubu. Podejrzewam, ze przystanek o ktorym pisał Maciek, to ten sam w ktorym i ja spałem.
- Bakov nad Izera. To juz przedmieścia królestwa Skody. W kościele w Bakovie można zapytać, szanse raczej male.
- Praha Kyje. Kościół św. Bartłomieja. Polski ksiadz. Wiem tyle, że spanie będzie.
Co do reszty nieopisanych: Stadion, las, pod mostem i chyba tyle. Mam nadzieje, że to komuś pomoże zagospodarować dwa tygodnie.
Pozdrawiam.
 
     
Apo 
WATAHA Z POPRAWCZAKA


Pomogła: 6 razy
Wiek: 32
Dołączyła: 28 Lis 2011
Posty: 731
Skąd: Lasy Pomorza
Wysłany: 2016-05-24, 12:16   

Ceezet przybył nie wiadomo skąd i poszedł w siną dal nie wiadomo gdzie :)
_________________
look deep into nature and then you will understand everything better

I've got the power to fly into the wind, the power to be free to die and live again. This power's like fire, fire loves to burn!
 
 
     
ceezet 

Dołączył: 14 Maj 2016
Posty: 18
Skąd: Poznań
Wysłany: 2016-05-25, 20:08   

Do Pilzna zostało mi 40 km i mam nadzieję jutro tego dokonać. A międzyczasie...
Praga Kyje to najbliżej wysunięty kawałek miasta w kierunku Starej Boleslaw. To mile bo droga jet podła. Spieszę donieść, że nocleg u Księdza robi większe wrażenie niż apartamenty w Ostritz. Rano skoro świt, tuz po śniadaniu, no dobra była 10 :) , ruszyłem w pełnym rynsztunku na stare miasto. 12-13 km robi sie naprawde przyjemnie. Znalazłem, podstemplowałem, i ruszyłem w kierunku Pilzna.
Niech tu będzie zapisane, 10 to absolutnie idiotyczna godzina. Samo wyjście z miasta zajęło mi na tyle dużo czasu, że mijając tabliczkę Praha to je konec, zacząłem się rozglądać za noclegiem. O ile w samym mieście było parno, o tyle tuz za jego granicami zaczęło bezceremonialnie lać. Przed samymi Lodenicami, mokry i nieco wściekły znalazłem jakiś opuszczony barak, ponieważ jak mi się wydawało zapytać nie było kogo, wraz zaoczna zgodą poszedłem spać.
23:50 walenie w ściany, piskliwy głosik, cóż było robic przeprosiłem i poszedłem dalej. Po 2 km trafiłem na wiadukt który nosił znamiona przydatności, a ponieważ zmęczenie było juz konkretne, usnąłem od razu.
Rano po kilku kilometrach trafiłem do miejscowości Beroun, i tu właśnie zrozumiałem jakim bledem było siedzenie do 10 w Pradze. Pomimo wczesnej pory dostałem śniadanie, możliwość wysuszenia rzeczy po wczorajszym deszczu i takiee tam :) . Rzeczy nie wyschły, plecak podwoił masę. Ponieważ dalsza droga to niekończące się pasmo gór i dolin, specjalnie dużego odcinka nie zrobiłem. Doszedłem do Zdic. Nocleg w samotnej,wyglądającej na opuszczona, acz w pełni wyposażonej plebani.
Pozdrawiam

[ Dodano: 2016-05-27, 16:25 ]
Te czterdzieści kilometrów to wariant optymistyczny dla zmotoryzowanych. Leśnymi duktami zrobiło sie tego prawie pięćdziesiąt pięć. Ponieważ różnica wysokości w znacznym stopniu wpływa na prędkość marszu, podzieliłem to na dwa etapy. Pierwszy zakończyłem w Rokycanach, spanie podle ale na głowę nie padało, dziś doszedłem do Pilzna. Tu juz konkretniej, znalazłem dom pielgrzyma. Zatem prysznic, pranie i w miasto, a ze finansowo ledwo ledwo załapałem się na szabatowe jedzenie w synagodze, wszak piatek a survival niejedno ma imię.

[ Dodano: 2016-06-02, 23:51 ]
Czołem.
Ponieważ skończyło sie dobrodziejstwo prepaidu, przerwa dłuższa.
Ale do rzeczy. Z Pilzna wyszedłem okolo 4 rano z zacięciem dojścia do miejscowości Biela nad radbuza. No niestety, całą drogę padał, prześladujący mnie od Pragi deszcz. W okolicach Stankowa zatrzymała sie miła kobieta z propozycja podwiezienia do Domazlic. Specjalnie sie jakos nie opierałem zawsze to pare minut bez deszczu. Dojechaliśmy około 19. Znalazłem kościół i farę, niestety wszystko pozamykane.Ponieważ jednak fara była pod arkadami, a lało niemiłosiernie, odczekałem aż nieco sie uspokoi i kiedy juz mialem zamiar odchodzić pojawił się ksiądz. Jak sie później okazało, polski ksiądz z osiemnastoletnim stażem w tej parafii. Dostałem lóżko, prysznic ale co najweselsze właśnie trwal ślub jednej z chórzystek.No nie nie, zabawa, obżarstwo i rozmowa trwaly dlugo ale zebralem sie z samego rana by wrócić na szlak.
Do eslarn dotarłem okolo 19, ta droga to sama slodycz, dol gora, dol gora. Ponieważ tego dnia nie padało, moja noclegownia byla zadaszoną kawka w lesie.
Zimno i mokro wiec pobudka koło czwartej.
Rzeczywiście szlaki w Niemczech oznakowane są wręcz idealnie, nie mniej zgubiłem sie dokladnie w tym samym miejscu co Maciek. Do Wildstein dotarłem również dzieki pomocy a kolejnym przystankiem miało być Tenuz. Niemcy to piękny kraj, jedyna wada jest to ze albo pod albo z górki. Tenuz osiągnąłem około 18. Kończyła sie msza. Kościelny znalazł mi spanie w domu sekretarki. Była długa rozmowa, kolacja, a po sytym śniadaniu poszukiwanie jakubowej pieczątki. Oprowiantowany i zaopatrzony w 40€, poszedłem dalej. Tego dnia doszedłem do Willchof, gdzie ksiądz grzecznie spuścił mnie na drzewo. Nie zrażony faktem, przespałem sie w nieco zagraconej acz należącej do plebanii komórce. Żeby nie robic sobie i innym problemu okolo 5 ruszyłem dalej. Generalnie okolice piękne ale do chodzenia z ciężkim plecakiem w deszczu takie sobie. Wieczorem dotarłem do kościoła św. Jakuba w Schwandorf gdzie dostałem miejsce w sali rekolekcyjnej. Na głowę nie padało, była ubikacja i bieżąca, co prawda zimna, woda. Z dobrodziejem umowilem sie, ze klucze zostawie w skrzynce pocztowej. Okolo 7, ruszyłem dalej. To niesamowite, ale od samej Pragi prześladował mnie deszcz. Nic nie schło a plecak nabierał masy. Gdzies zaraz za Kostl, powiedzmy ok. 20km przechodząc przez mikroskopijna miejscowość, zaczepił mnie człowiek, na zaczepił, rzucił koszenie trawnika i biegnąc pytał czy robię Jacobsweig. Kiedy juz ustaliliśmy fakty, zaprosil mnie na obiad. Tu na tarasie jego działki spędziłem kolejna noc. Rano ruszyłem z zamiarem osiągnięcia Feucht, skąd właśnie pisze.
Kościół Jakuba i owszem jest, tyle ze nie katolicki i pieczatek nie przyznaje. Obok w parafii dowiedziałem sie ze owszem mogę sie wyspać w barze Charitasu. Pani poprosiła mnie tylko bym puste butelki z lodówki zostawił na blacie, tak by kościół wiedział ile ma zapłacić za mój pobyt.
Jutro Norymberga.
Pozdrawiam
 
     
ceezet 

Dołączył: 14 Maj 2016
Posty: 18
Skąd: Poznań
Wysłany: 2016-06-04, 17:31   

Wybaczenia proszę, rzeczywiście moje zaniedbanie. Nazywam się Grzesiek, mam 45 lat. Czemu właśnie tu a nie w nowym wątku? Otóż czytając ten watek kiedyś irytowałem sie straszliwie brakiem wiary w dokonania Maćka. Irracjonalna ciągła potrzeba by udowadniał ze koniem rzeczywiście nie jest. Postanowiłem pisać tu, jako kontynuacje tego samego wątku.


03/06
Z Fuecht do Rosstal droga jest wyjątkowo malownicza. Sztuczne kanały obrośnięte łacnymi wyjątkowo zadbanymi domkami, leśne drogi do złudzenia przypominające trakt Chocianów - Osła, kamieniołomy i cala masa innych atrakcji.
Wszystko zaczęło sie pięknie, choc mgła która z czasem zamieniła sie w delikatny deszcz nie nastrajała dobrze. W sumie to do takiej aury powinienem sie juz przyzwyczaić. Problem jednak polegał na tym, ze większość szlaków w Niemczech prowadzi przez lasy i pola, a mokra, sięgającą czasem uda trawa, na dłuższych odcinkach robi sie po prostu przykra. Pierwsze 20km to rzeczywiście cudowny spacer. Później droga skręciła w las i tu juz przestało być milo. Strome, błotniste najeżone mokrymi korzeniami podejścia i zejścia, nie dość, ze wymagały wzmożonej uwagi, to dla kogoś z konkretne ciężkim plecakiem były wyjątkowo męczące. Z ciekawostek po drodze, na pewno trzeba zwrócić uwagę na przejście pod kanałem po ktorym dość regularnie przepływają barki. W Reichelsdorfie zaraz po przejściu nad torami, problem wzgórz sie skończył, w ramach atrakcji dostałem rzęsisty deszcz. Ponieważ jednak i tak bylem juz cały mokry, niewzruszenie poszedłem dalej. Poszedłem gubiąc szlak. Okazuje się bowiem, ze szlak był w przebudowie i oznaczenia biegły dwiema równoległymi nitkami. Z racji braku mapy postanowiłem za wszelka cenę trzymać sie jednak "muszelek" i po kilku cofaniach trafiłem w końcu na właściwą drogę. Buty mokre, spodnie do uda mokre, na szczęście na plecak, prócz pokrowca, założyłem tym razem 240l worek foliowy. I tak dotarłem do Stein. Tu rzęsisty deszcz zmienił sie w ulewę. Ponieważ zadaszone przystaniki nie są norma w D, całość przeczekałem w pod wielkim dębem. Po godzinie zelżało na tyle by iść dalej. Szlak zgubiłem ponownie w okolicach Oberbichlein (skręcajcie w prawo), ponieważ jednak jako cel wyznaczyłem sobie Rosstal, okrężną droga, nadkładając dwie godziny jakoś dotarlem. Miasteczko male ale urokliwe, znalazłem kościół i po 2 godzinach znalazłem również miejsce do spania. To co prawda sala rekolekcyjna, w środku cmentarza, ale jest prysznic, kuchnia i chyba wszystko czego trzeba, a co chyba najważniejsze nic na łeb nie pada. Rzecz dość wazna, kościoły św.Jakuba w D, to zazwyczaj kościoły ewangelickie, co ciekawe przyjmują wszystkich zdecydowanie chętniej niż katolickie.
04/06
Z Rosstal pożegnałem sie około siódmej rano. Tym razem nie planowałem zupełnie miejsca docelowego, a ponieważ pierwszy raz od kilkunastu dni zaświeciło konkretne słońce droga mijala jakos szybko. Bez deszczu, gliniastego błota, gór i dołów i w suchych spodniach maszeruje się zdecydowanie lepiej. Nad urokami drogi tym razem nie ma sie co rozwodzić, urozmaiceniem dla lasów były pola i na odwrót. Może fakt, że lasy pełne są dzikiego zwierza zainteresuje kogoś na tyle, by przywiązywać uwagę do dzisiejszego przejścia, aczkolwiek bieg przed wyrojona watahą os, jakimś tam przeżyciem był. Spotkałem dzis na szlaku starszego pana, szedł co prawda w przeciwnym kierunku, był w drodze do brata w Berlinie. Wracając do trasy: Rosstal, Buttendorf, Fernabrunst, Wendsdorf, Burglein, Bollingsdorf, Heilsbronn, Grosshaslach, Forst i dotarlem do Weihenzell, gdzie w ewangelickim kościele dostałem miejsce do spania.
Pozdrawiam
 
     
orety 
Podróże kształcą


Pomógł: 5 razy
Wiek: 54
Dołączył: 07 Gru 2009
Posty: 430
Skąd: z innej bajki
Wysłany: 2016-06-05, 12:27   

Pokój!

Zupełnie bez wolnego czasu :-( , chwilowo z Warszawy

pozdrawia

Maciek.

P.S. ceezet swoją obecnością sprawia mi ogromną radość.


Pzdr.
M.
:564:
_________________
Odmiana: orety oretego oretym poproszę.
Jestem wolny jak konik polny
Ostatnio zmieniony przez orety 2016-06-06, 11:01, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
ceezet 

Dołączył: 14 Maj 2016
Posty: 18
Skąd: Poznań
Wysłany: 2016-06-06, 10:39   

Pozdrowienia z Rothenburga. W końcu przestało padac. Jak znajdę chwile skrobnę cos więcej o odcinku do Rothenburga. Swoja droga przepiękne miasto.

[ Dodano: 2016-06-10, 11:47 ]
Chwila odpoczynku w Bad Rappenau. Totalny brak oznaczeń szlaku :( .
Pozdrawiam
 
     
Apo 
WATAHA Z POPRAWCZAKA


Pomogła: 6 razy
Wiek: 32
Dołączyła: 28 Lis 2011
Posty: 731
Skąd: Lasy Pomorza
Wysłany: 2016-06-13, 15:39   

Chłopaki pewno się spotkają w końcu gdzieś na trasie :) Cały czas trzymam kciuki, żeby wszystko szło Wam dobrze.

orety napisał/a:
chwilowo z Warszawy

No proszę.. nikt nie zgadnie gdzie Macieja nogi poniosą. A tu pod naszym nosem jest ;)
_________________
look deep into nature and then you will understand everything better

I've got the power to fly into the wind, the power to be free to die and live again. This power's like fire, fire loves to burn!
 
 
     
ceezet 

Dołączył: 14 Maj 2016
Posty: 18
Skąd: Poznań
Wysłany: 2016-06-18, 08:47   

Właśnie opuszczam Strasburg. Taki tam troche większy Rzeszów :) . Pozdrawiam
 
     
Q_x 
człowiek-samodział


Pomógł: 4 razy
Wiek: 37
Dołączył: 19 Lut 2011
Posty: 590
Skąd: G-dz
Wysłany: 2016-06-23, 08:36   

Człowiek na chwilę wybędzie, wraca i... Ooomatko co tu się nawyrabiało! Dużo czytania! Orety w domu, piekło zamarzło? Trzymam kciuki! Dzięki!
_________________
https://www.flickr.com/photos/100242903@N03/
 
     
ceezet 

Dołączył: 14 Maj 2016
Posty: 18
Skąd: Poznań
Wysłany: 2016-06-23, 19:33   

Ponieważ jakimś dziwnym przypadkiem straciłem mapę, odcinek do i z Rottenburga postaram się uzupełnić później.
Do Schontal trafiłem wieczorem pogoniony przez jakiegoś księdza z poprzedniej miejscowości, pchany obietnica spania w godziwych warunkach zaryzykowałem te dwa kilometry. W sumie to mocna przesada pisac o jakimkolwiek ryzyku, wszak do przodu i tak iść musiałem. Dotarłem okolo osiemnastej i nauczony doświadczeniem od razu zacząłem szukac siedziby parafii. Kloster Schontal to dość specyficzne miejsce, do miasto w kościele lub jak kto woli miasto kościół. Troche to nie do pojecia w naszych warunkach, nie mniej tak właśnie to wygląda. Całość łącznie z hotelem, kawiarnia, piekarnią i sklepem otoczona tym samym murem. Owszem poza nim są domy, może dwa lub trzy. Wyglądają jednak jak troche na sile doklejone do miejsca.
Frau, zajmująca sie jak to w każdym kościele w Niemczech jest przyjęte, buchalterią, wskazała mi właściwy kierunek i popchnęła z dobrym słowem. Hotel wyglądał imponująco. Niewyobrażalny przepych, tak miejsca jak i samego hotelu, robi ogromne wrażenie. I na tym poprzestańmy bo miejsca, dla utytłanego błotem pielgrzyma niestety nie było. Warto tu dodac, ze miejsce ma charakter podobny do Ostritz, i pokoje dla pielgrzymów są absolutnie darmowe. Ponieważ bylem juz strasznie zmęczony, mokry i nieco zirytowany swoim beznadziejnym położeniem wróciłem do zakrystii. Pani, zdziwiona brakiem miejsc, wykonała kilka telefonów i w efekcie dostałem gościnny apartament kardynalski. Mówiąc w skrócie - huh!. Wstałem okolo 6, zjadłem śniadanie, i wraz z aprowizacja ruszyłem w dalsza drogę. Schontal to miejsce gdzie szlak dzieli się na dwie równolegle drogi. Z racji większej ilości miasteczek wybrałem południową. W tym miejscu należy chyba wspomnieć, ze o ile Czechy atakują darmowym Internetem z kazdej strony, o tyle w Niemczech jest z tym konkretny problem. Idąc za ciosem i śpiąc zazwyczaj w luterańskich parafiach, tam jakos nigdy nie spotkałem sie z odmowa, dotarlem do Rot. Mala nic nie znaczącą miejscowość, przyjęła mnie od dawna zapowiadanym juz deszczem. Była szesnasta, a po wczorajszym marszu jakos nie do konca uśmiechało mi sie dzis szukac kolejny raz, aż tak rozpaczliwie. Miejscowość miała, kościół, market kilkadziesiąt domów, a ja trafiłem na lokalny festyn społeczności zgromadzonej wokół kościoła. O ile dobrze zrozumiałem było to przekazanie obowiązków starszych ministrantów na rzecz młodzieży. Załapałem sie na suta ucztę z obietnica noclegu. I pochwalić sie musze, ze konkretnie najedzony i opity spać poszedłem w wyjątkowo dobrych, jak na to przedsięwzięcie warunkach. Swoja droga, strasznie mi się podobało, jak nastoletnia młodzież doskonale potrafi sie bawić. Ci starsi bawili sie równie dobrze, tyle, ze czasami w podstawowej na ta lokalizacje grze brakowało celności w uderzeniu młotkiem ;) . Rano, zaopatrzony jak na wojnę, ruszyłem dalej. Dalej w kierunku Speyer. Pomnik pielgrzyma jest tuz koło katedry. Biorąc przykład z Macka zasiadłem grzecznie i po okolo 2h cieszyłem sie juz napchanym trzosem. Sam napchałem sie kebabami, i ruszyłem dalej. Zwyczajowo deszcz niemiłosierny, wiec jakos specjalnie daleko nie uszedłem. Trafiłem do kościoła gdzie właśnie skończyły sie chrzciny, ksiądz ulotnił sie na tyle szybko, ze specjalnie nie było z kim rozmawiać. Pani zamykająca kościół ni w ząb po angielsku, była jednak na tyle obrotna, ze cofnęła księdza i wezwała polskich tłumaczy. Ksiądz myślał krótko, i na koszt caritasu wynajął mi pokój w hotelu***. Uwielbiam go, bo nie dość ze polska obsługa, nie dość, ze polska grala akurat z ...kimś, to jeszcze zalatwil mi obiad i śniadanie z aprowizacja.
Rano ruszyłem dalej. I tu pomijając wszelakie mniejsze miejscowości w których spalem zazwyczaj w luterańskich domach parafialnych, dotarlem do Maćkowego Wissembourga. Rzeczywiście jest market, ba trzy nawet. Nikt niestety nic nie wrzucili. Zatem do Francji wchodziłem dokladnie tak jak do Czech, bez grosza przy duszy. Przeszedłem może kilometr od granicy i zatrzyma sie koło mnie Nissan Patrol. Bla, bla, bla, jestem księdzem z Wissembourga dojdź do kościoła, poczekam. Generalnie spanie, po sutym grilowaniu. Ruszyłem z samego rana, objuczony wałówką. Tu należy wspomnieć ser który dostałem. Przez dwa kolejne dni, zastanawiałem sie co tak "wali" kiedy klade sie spać-stawiałem na buty. Wyeliminowałem źródło. Po ciężkim dniu dotarlem do Hangenau, gdzie przez absolutny przypadek trafiłem na wernisaż. Twórczyni byla tak zaabsorbowana, ze w swojej mowie wspominała tylko zjawisko pojawienia sie mnie w tym czasie i miejscu. O ironio, w tym miejscu pojawił sie również ksiądz, polski ksiądz. Spalem, jadlem, aprowizacja, a co najważniejsze, namiary na polskiego księdza w Strasburgu. Droga nudna, padało, a właściwie jak to określono po drodze - to nie byl deszcz, to byl prysznic, parłem do przodu. Ze Strasburga, idąc brzegiem kanału trafiłem do Molscheim. Pomimo dość późnej, jak na małe miejscowości pory, miasteczko tętniło życiem. Okazało sie, ze tu właśnie konczy sie lokalny maraton. Tradycyjnie, po ówczesnym sprawdzeniu kościoła, który zwyczajowo byl zamknięty, zacząłem szukac budynku parafialnego. Wszystko zamknięte, ale w kaplicy trwała msza. Zaraz po niej wyłowiłem z tłumu księdza który bez żadnych zbędnych pytan zabrał mnie do Bischoffsheim. Jak sie później okazało byl nomen-omen redemptorysta, a właśnie w Bischoffsheim siedzibę miał ich zakon. Na dość sporym terenie porozstawiane były olbrzymie, przemysłowe wręcz namioty, wewnątrz każdego trzy rzędy law zapełnionych po brzegi ludźmi. Kiedy zostałem juz przedstawiony wszystkim ucztującym, wskazano mi miejsce i podano do stołu :) . Odpowiednik pizzy, przygotowany na cieniuteńkim cieście, wysmarowany po brzegi serem bree, oprószony cebula i drobno siekanym boczkiem, podawany byl na kwadratowych kawałkach sklejki. Zasada byla prosta, jesli sklejka byla do cna wygarniętą, podstawiano zupełnie nowy placek na kolejnym kawałku sklejki wraz z nowa butelka wina. Dotarlem tak okolo osiemnastej, ciężko mi powiedziec o której położyłem sie spać. Fakt pozostaje faktem, ze spalem jak dziecko do rana. Obudziłem sie sprowokowany waleniem do drzwi. Łeb pęka, wszędzie bałagan ( początki remanentu plecaka), a tu znikąd pomocy. Wstałem kaszląc niemiłosiernie, otwieram a tu mój dobrodziej z dnia wczorajszego. Spojrzał, uśmiechnął sie lekko i wyprowadził pielgrzyma na śniadanie. Śniadanie było dość zjawiskowe. Ponieważ w przeciwieństwie do zwyczajów panujących w Polsce, tu pierwsza msza zaczyna sie okolo dwunastej, przy śniadaniu asystowali wszyscy zakonnicy. Szczerze mówiąc to bylo kolejne ciekawe doświadczenie. Chleb, masło, konfitury, sery i wędliny, krążyły po stole w miare spożywania. Trzydziestu chlopa dogadywało sie bez słów. Co ciekawe naczyniem zarówno do kawy jak i zupy byla pól litrowa miska. No w końcu jakiś konkretny kubek;). Po tradycyjnej wymianie adresów, wbiciu nowej pieczątki i kolejnych wyrazach uznania dla czasu i drogi, poszedłem dalej.
19/06
Kiedy wychodziłem z tutejszego Biskupina tradycyjnie padało. Co w sumie dziwnym nie powinno być ni troche. Deszcz przyjacielem moim jest juz od Pragi. Zaopatrzony w damska parasolkę, ktora ktos nieopatrznie zostawił dnia poprzedniego na jakiejś ławce w lesie, doszedłem do Andlau. Ponieważ cały czas idę w deszczu, buty totalnie mokre, swoja droga należy przemyśleć ewentualność kaloszy bowiem torebki na psie odchody, z racji kamienistej drogi nie zdaja tu egzaminu. W Andlau jest polski ksiądz, przerażony wszystkim jak polna mysz. Jednak po krótkich negocjacjach, dal mi miejsce. Jak posprzątam to może sie wyspie :) . TO MIEJSCE OMIJAMY ŁUKIEM.
20/06
Ruszyłem z samego rana wzdłuż oznaczeń szlaku. Dodac tu chyba powinienem, ze w przeciwieństwie do Polski, Czech i Niemiec oznaczenia szlaku zmieniają sie dość często. Nowy, a w każdym razie aktualny znajduje sie zawsze przy wyjściu z miejscowości. Pogodziłem sie juz z faktem, ze idę nieco inna droga niż Maciek, ale tak to niestety jest jesli idzie sie zupełnie bez mapy. Juz po 300m wiedziałem, ze dobrym pomysłem bylo opuszczenie Andlau rano. Dwie pierwsze godziny to wspinaczka po błotnistej leśnej drodze, później pól godziny schodzenia i znów godzina w górę. Tak spędziłem czas do czternastej. Później zdecydowałem sie na asfalt. Praktycznie od Barr wszystkie pola są plantacjami winorośli, czasem jedynie poprzedzielanymi pastwiskami dla koni. Reklamacja jest Maćku, bo ani bydła ani dzwonków ;) . Ponieważ od kilku dni bola mnie konkretnie ścięgna prawego stawu kolanowego, podróż zakończyłem w Chatenios, gdzie przemiła pani, po kilku bezskutecznych próbach załatwienia mi lokum na dzisiejsza noc, zabrała mnie do swojego domu.
.... Dwa dni później ruszyłem w dalsza drogę. O ile od samego początku mojej drogi, aż do Landau w Niemczech towarzyszył mi rzepak, o tyle teraz widzę wszędzie pola pełne winorośli. Ubolewam nad faktem, ze dopiero kwitnie i w ramach pocieszenia zażeram sie czereśniami które traktowane są tu nieco po macoszemu. Poprzez St. Hippolit, Rodern, Ribeauville trafiłem do Hunawihr i Riquewihr. Te dwa ostatnie są po prostu zjawiskowe. Nie tknięte ani pierwsza ani tez druga wojna światowa cieszą oko jak malo co, klimat wręcz bajkowy. Zdjęcia naturalnie robię, tyle ze ciężko mi w telefonie zmniejszyć ich wagę. Ponieważ cala droga to kolejne pasmo gór i dolin, a i czas poświęcony na oglądanie ostatnich miasteczek miał tez wpływ, od Katzenheim zacząłem się rozglądać za noclegiem. Pogoniony dwa razy znalazłem miejsce w sali katechetyczno terapeutycznej w Wintzenheim.
Rano, tuz po wyjściu trafiłem do Male wioski, gdzie przy fontannie, tuz obok siedziby Mera spotkałem pierwszego pielgrzyma idącego ta sama droga. Podzieliliśmy sie prowiantem, tytoniem i wrażeniami. Ja ruszyłem, ona czekala na maruderów z którymi szla. Dzień byl potwornie upalny a droga przez Piemont jest oględnie rzecz ujmując, ciężka. To niekończące sie pasmo stromych podejść i śliskich spadków. Różnice wysokości ok 400m. Ciężko, ale wyjątkowo urokliwie. Do momentu kiedy nie wyszedłem na południowe zbocze. Zamiast lasu dającego cień Soultzmatt zalewało koszmarne słońce. Kiedy zszedłem juz na dół pierwsza rzeczą jak zrobiłem bylo wejście w opakowaniu do fontanny. Wbrew pozorom nie bylem jedyny który dokonał takiego wyboru. Zakrystie znalazłem bardzo szybko, a w niej... W niej znalazłem polskiego księdza. Zatem prysznic, micha, spanie.

[ Dodano: 2016-06-23, 22:45 ]
Troche bardziej technicznie.
Internet w Czechach dostępny jest za darmo niemal w kazdej piwiarni. Niemcy chronią swój net jak cnotę, jednak zawsze w informacji turystycznej net jest dostępny. Francja, tu Mc, i biura turystyczne.
Cmentarze w Niemczech to doskonale miejsce zarówno do spania jak odpoczynku czy przepierki. Zawsze jest dach, czadem ciepła woda. Francja tu instytucja toalet publicznych jest żywa, wiec problemu nie ma.Czechy pominę. Spanie w Niemczech tu poszukiwania proponuje zawsze zaczynać w kościołach ewangelickich, we Francji reguły na znalezienie spania nie ma. Jest za to inna, śpiąc na ławce w parku albo budzimy sie na pusto albo budzi nas żandarmeria. O ile z pozyskaniem środków w Czechach czy Niemczech problemów miec nie będziecie o tyle we Francji na datki dla biednego pielgrzyma nie liczcie, z freeganizmem sprawa również nie jest prosta, większość marketów zabudowała dość szczelnie jadłodajnie i samo "Polak potrafi" niestety juz nie wystarcza.

[ Dodano: 2016-06-30, 07:58 ]
Świetny człowiek, cudowne miejsce jednak perspektywa jutrzejszej wspinaczki wygoniła nas z pizzerii przed północą. Rano, tuz po śniadaniu, zaopatrzony w dobre slowo, 20€ i adres kolejnego noclegu, ruszyłem w drogę. Zwyczajowo pod gore, jednak w cieniu. Po drodze mijałem domki zbudowane z myślą o turystach, drwali łupiących kłody drewna na szczapy i masę pomaranczowych ślimaków. Po 2 godzinach dotarlem do Guebwiller. Pierwszy market od dłuższego czasu wiec pora na "zakupy". Niestety i tu, karmnik byl szczelnie zabudowany, skończyło się wiec na Sangrii i paczce mokrych chusteczek. Swoja droga to ciekawe, że od Barr nasze drogi tak się rozeszły. Jestem teraz jakies 50 km na południe od Maćkowej trasy a starałem się iść zgodnie ze szlakiem. Do konca 2190km. Dzień zakończyłem w Thunn. Pomimo starań, księdza niestety nie znalazłem, natomiast nocleg i owszem, we wcześniej umówionym przez poprzedniego księdza miejscu. Na kolejny dzien zapowiadane są burze, zobaczymy jak to wszystko wyjdzie.
24/06 Z Thann przez Rodern, Brettendotarlem dotarłem do Bellemagny. Trwał tam akurat jakiś festiwal muzyczny. Dowiedziałem sie, ze jako pielgrzym nocleg dostane za darmo w klasztorze. Tak tez dokladnie sie stało.
26/06 dzień zakończyłem na obrzeżach Bedford. Pełne szaleństwo, zapewne grała z kimś Francja. Spora część samochodów, ustrojona w barwy narodowe jeździła i trąbiła, dając upust niewątpliwym emocjom związanym z euro, jakie widoczne są tu niemal na każdym kroku. Znalazłem nocleg w sali katechetycznej, znalazłem tez tablice informacyjną z przebiegiem szlaku. Sugestia wynikająca z treści była taka, że powinienem zrobić jeszcze 12 km i zatrzymać sie w Hericourt. Odpuściłem i pomimo wczesnej pory zostalem juz w Betford. Po przebyciu szlaku prowadzącego do miasta mialem wszystko mokre i ubłocone. Tak koszmarnego odcinka drogi jeszcze nie bylo. Po ostatniej ulewie drogi w lasach i na polach zamienily sie w błotniste strumienie. Swoja droga, ani polskie, ani czeskie, ani tez niemieckie szlaki nie są tak podle jak drogi we Francji. W Hericourt znalazłem się okolo 7:30, ponieważ stać mnie bylo jedynie na bagietkę zasiadłem z nią ostentacyjnie na schodach kościoła czekając aż ktos, czytać ksiądz, zainteresuje sie co tu robię. Niestety pierwsza zainteresowała sie police municipal, ktora po sprawdzeniu i krótkich tłumaczeniach wskazała mi presbiterium. Skoro jednak to oni byli mną mocniej zainteresowani pieczątkę uzyskałem na posterunku. Dowiedziałem sie również ze najbliższa miejscowość z funkcjonującym prezbiterium to Villersexel. Według gps nie dalej niż 30 km, trasa Jakubowa wyglądała niestety mniej ciekawie. Tego dnia zrobiłem 62km. Poniedziałek, 20:10, zasiadłem przed budynkiem prezbiterium z nadzieja na rychły powrót księdza. Zanim, ok 21, zamknęły sie wszelkie knajpy, zbunkrowalem plecak, i poszedłem po jakiekolwiek info. O ile Alzacja to region w ktorym angielski jest tak egzotyczny jak papaya na alsace, o tyle tu o angielskim jedynie słyszano z opowieści. To niesamowite jak kraj może się zmienić wraz ze zmiana regionu. Zero miast, zero sklepów a te które są to zazwyczaj piekarnie lub sklepy z tytoniem. Nic! Po prostu jedna wielka wieś, za to na czereśnie, wiśnie i porzeczki nie spojrzę już długo. Kiedy zacząłem szukac miejsca na zapleczu, czytaj w ogrodzie, prezbiterium na w miare sucha i bezpieczna noc, zauważyłem dwójkę szwendaczy. Jak się później okazało pan dorastał w tej miejscowości a przyjechał tu z rodziną tylko na wakacje. Na co dzień mieszkają na malej wyspie koło Madagaskaru. Pomimo niemałych kłopotów językowych udało się nam jakoś dogadać i wraz z nimi zacząłem poszukiwać miejsca na nocleg. Szukaliśmy chyba wszędzie gdzie bylo to możliwe. W klasztorze, w szpitalu w ktorym ów gość spędził kilka lat swojego zycia jako pracownik, w budynku merostwa. Okolo 22.30 kiedy ubawiony całą sytuacja, zacząłem już żartować z długości ich wieczornego spaceru, postanowili wynająć mi pokój w hotelu.... No cóż za niefart, hotel zamknięty pękła rura kanalizacyjna. Miejscowość mała, ale znalazł sie drugi hotel, tyle ze bez miejsc :) . Ja bawiłem sie juz przednio, oni przejęci okolicznościami wybłagali dla mnie jakiś pokój. Ponieważ wyszli tylko na spacer ustalili z właścicielką, że za pobyt zapłacą rano. Na odchodne zażartowałem tylko, cos o adresach które mieliśmy wymienić rano i o zmywaniu naczyń . Umówiliśmy się na 7:30. Stoję czekam a tu nic, podeszła do mnie wlascicielka i mówi żebym się nie przejmował bo z żandarmerią juz tak jest, ze zawsze sie spóźniają ;) . Chwilę później nadjechali moi nowi znajomi i na całe szczęście wyprostowali sytuację. W ferworze wczorajszych opowiadań, nieco przesadzili, wlascicielka również nadgorliwie chciała pomoc, efektem czego zawiadomiła żandarmerię o bezgotówkowym, dopiero co okradzionym polaku. Wyjaśniliśmy wszystko, pokój stal sie darmowy, podziękowałem i pożegnałem się ze wszystkimi, i z 40€ ruszyłem dalej. Ciepło, baaardzo ciepło. W błędzie są wszyscy Ci którzy sadza, ze sklep to norma. Tu sklep, właściwie piekarnia jest jedna na kilka wsi, a i to zazwyczaj otwarta 2x dziennie po kilka godzin. Po 20 km trafiłem na cos, co przypominało market, 1,60€ i 2l sangria moja. Ponieważ poprzedniego dnia zrobiłem cos okolo 60km, postanowiłem zasiąść i upiec padlinę ktora kupiłem. Zanim sie upiekła nie bylo juz czym popić. Się popiło, się zjadło, czas w drogę. Po 4km, narobiłem zamieszania swoja osoba w jakiejś wsi. Dostałem we władanie namiot, prysznic i wieczorna michę. Wiem, ze narzekać w takiej sytuacji nie należy na nic, ale śniadanie bylo niestety tylko symboliczne. Za to kawy opiłem sie w bród. Zupełnie nie zdając sobie sprawy z przedsięwzięcia założyłem, ze dzień skończę w Gy. To jakaś etapowa, dla francuskiego Camino, miejscowość w której szlak dzieli się na zachodni i południowo zachodni. Cała trasa do Gy to pasmo wzniesień i dolin, ot taka tutejsza Bawaria. Nie ma co sie rozpuszczać nad krajobrazem, pola, lasy, błoto i upalne słońce. Około szesnastej było mi juz tak dokładnie wszystko jedno, ze zasiadłem w jakiejś wiosce pod lokalna fontanna. Ta przerwa byla chyba potrzebna, bo juz po trzecim nurkowaniu w lodowatej wodzie ruszyłem dalej. Do Gy dotarlem wieczorem, blado widząc szanse na spotkanie kogokolwiek w kościele. Kiedy juz wdrapałem sie na wzgórze, niemal w ostatniej chwili złapałem, wychodzącą właśnie z biura parafialnego, kobietę. Po krótkiej rozmowie telefonicznej, zapewne z księdzem przedstawiła mi sytuacje. Otóż znalazła dla mnie darmowy nocleg u człowieka który ma delikatnie rzecz ujmując "niezły odchył" na punkcie Camino. Wspaniały dom położony na wzgórzu z widokiem na cala niemal okolice a w nim wygodne lóżko, prysznic i co najważniejsze wielkie cieple żarcie, lodowaty litrowy Kronenburg a w tym wszystkim ja. Bajka! Nie wiem czy juz wspominałem, ale jesli gdzies trafiam na pamiątkowe księgi z wpisami, caly czas przewija sie postać 67 latka z naszych wschodnich rubieży. Otóż ów pan, wraz ze swoim 16 letnim psem przeszedł trasę w dwie strony. Kolejna ciekawa postacią jest Niemiec z Görlitz, ten rzeczona trasę, najprawdopodobniej tylko w jedna stronę, zrobił wychodząc z domu tak jak stal. Spodnie, podkoszulek i rzecz jasna buty. Nie miał ze sobą żadnego bagażu, pieniędzy czy telefonu. Ot jak stal tak wyszedł. Nie mam bladego pojęcia jak nazywa się region w którym jestem, ale na całe szczęście jutro się konczy. Witaj Burgundio.
 
     
orety 
Podróże kształcą


Pomógł: 5 razy
Wiek: 54
Dołączył: 07 Gru 2009
Posty: 430
Skąd: z innej bajki
Wysłany: 2016-06-30, 12:20   

Pokój!

Konstatuję, iż Grzesiowi wiedzie się znacznie lepiej niż mi, zwłaszcza jeżeli chodzi o zakwaterowanie. Trzymam kciuki, powodzenia. Pisz częściej.


Pozdrawiam.
:564:
Maciek.
_________________
Odmiana: orety oretego oretym poproszę.
Jestem wolny jak konik polny
 
     
ceezet 

Dołączył: 14 Maj 2016
Posty: 18
Skąd: Poznań
Wysłany: 2016-07-06, 08:28   

Ujmując rzecz grzecznie wielka d... a nie Burgundia. W nocy rozszalała się taka burza, ze gospodarze pozwolili mi wyjść dopiero koło południa. Z Gy moja marszruta prowadziła do Marnay, gdzie mialem odebrać nowy kredencjal, bagatela 8€. Szczęściem jednak w kwotę wraz ze znacznym naddatkiem, wyposażony zostałem przy wyjściu. Na tym kawałku drogi poznałem wagę niesionego na sobie błota. Potrójna gleba i minimum 3kg więcej. Marnay to spore miasteczko, zatem wejście pomiędzy kafeterie gościa utytłanego błotem wzbudziło na tyle duży niesmak, ze po 10 minutach opowiadałem sie żandarmerii kto zacz. Później bylo już tylko lepiej. Zupełnie plaska, pozbawioną wzniesień drogą dotarlem do Abbaye d'Acey. To kłopotliwe, bo zarówno miejsce jak i region noszą tą sama nazwę. Jednak moje Abbaye okazało sie być Cysterskim zakonem. Geograficznie, to 6-7 wzgórz po 500m z jednej strony i płaskowyż z drugiej. Wszystko przecięte linia TGV. Ktora chociaż rzeczywiście głośna, nie dawała takiego efektu jak startujące z pobliskiego lotniska samoloty myśliwskie. Słuchaliście kiedys choru gregoriańskiego? Tu każda msza wygląda na zywo dokladnie w taki sposób. Cudo, brak mi słów żeby opisać to co przeżyłem. Po ostatniej mszy, do budynku który dostałem trafił obiad. Było na tyle późno, że odpuściłem jedzenie i poszedłem do niedaleko położonej wsi Bresilley. Poznałem lokalnego Mera, nauczycielkę angielskiego aż w końcu dzieki wspomnianym trafiłem do miejscowej knajpy. Mówiąc knajpa sporo przesadzam, ot człek żyje z tego co inni zjedzą. Rozmawialismy i piliśmy do 2:30. Polska to piękny kraj dla inicjatywy. Tu, w przeliczeniu na nasza gminę jest określona ilość licencji na region na cofeeshopy, tabacshopy, restauracje i tawerny. Przy czym restauracja nie może sprzedać ci piwa bez posiłku. Pfffff. Z Abbey po całym dniu marszu górami trafiłem do miejscowości z której widac bylo szczyt konca mojej podróży. Chcąc nie chcąc, zrobiłem ta 500m gore niemal od zera. Kiedy dotarlem juz do katedry na Mount Roland okazało się, że nikogo tu od trzech lat nie przyjmują, zamknięte na skobel i tyle. Ponieważ jednak miejsce tkwi w okolicach stolicy regionu zacząłem pytać. Zaznaczyć tu muszę, że to nie jest, nie byla prosta rzecz, bowiem angielski obcym językiem jest niemiłosiernie. Po 20 min zatrzymała sie obok mnie kobieta i zaproponowała pomoc. Jak się później okazało, Pani tworzy grupę wsparcia, cos w rodzaju naszej fundacji, na rzecz pielgrzymów. Celem jest uruchomienie wielkiego budynku socjalnego na wzgórzu. Ponieważ jednak upłynie wiele wody zanim to się uda, zaczęliśmy szukac miejsca na tą konkretna noc. Nic! Nic, w efekcie czego wylądowałem w domu owej kobiety. Prysznic, ratatui, wyjście ekspedycyjne na miasto. Rano, zaraz po mszy, uzbrojony w 40€, szprotki, wielki chleb i kawałek sera ruszyłem. Ruszyłem do St-Jean-de-Losne. Zwyczajowo wszystko pozamykane. W biurze turystycznym (czasem przydatne) dowiedziałem się, ze 15 kilometrów dalej jest specjalnie zaaranżowany z mysla o pielgrzymach budynek. Była sobota wieczór, ale cóż robic. Wiedząc juz, ze nocleg mam zapewniony nawiedziłem otwarty market i uzbrojony w zapas jedzenia i picia ruszyłem w drogę. Na miejsce dotarlem w okolicach 22. Przerobiony ze starej stodoły domek, był tak dobrze ukryty w małym lasku, że zajęło mi z piętnaście minut zanim stanąłem przed drzwiami. Kod do zamka który otrzymałem zadziałał bez problemu. A w środku... 2 lóżka, prysznic, pelna i gotowa do użycia kuchnia. Z miejscem pożegnałem się w poniedziałek rano, wieczorem zaś trafiłem do Beaune. W informacji turystycznej dowiedziałem się, że na darmowy nocleg raczej nie mogę tu nigdzie liczyć. Ponoć dwa dni wczesniej ktos juz próbował i nic z tego nie wyszlo. Ja znalazłem po niecałych 20 minutach. Rzeczywiście może i bez rewelacji ale najważniejsze ze pod dachem i z bieżącą wodą. Ponieważ po ostatnich dwóch nocach spędzonych w wygodnym lózku, Tylek nieco odzwyczaił się od twardej podłogi, wstałem o piątej i sprawdziwszy na mapie obrałem kierunek na Givry. Na 3 kilometry przed miejscowością szlak skręcił w kierunku najwyższego wzniesienia. Upal niemiłosierny, droga pod górę usłana kamieniami różnej wielkości a końca nie widać. Pod kościołem znalazłem się około 20. Znalazłem księdza, pieczątkę, za to w temacie miejsca pojawił sie problem. Po namyśle dostałem jednak małą salę na zapleczu kościoła. Niestety bez wody tym razem. I tu właśnie spełniły się wilgotne chustki ;) . Przyszło mi do głowy, ze wato chyba napisać coś o samej drodze. O ile polskie drogi mogą być z powodzeniem okrzyknięte torem testowym dla zawieszeń i ogumienia, o tyle francuskie drogi piesze to istna wykańczalnia obuwia. Błoto, grys, ostre kamienie, mokra trawa robią swoje. Nie pomaga impregnacja, czyszczenie czy jakakolwiek inna kosmetyka.

[ Dodano: 2016-07-10, 09:57 ]
Ujmując rzecz grzecznie wielka d... a nie Burgundia. W nocy rozszalała się taka burza, ze gospodarze pozwolili mi wyjść dopiero koło południa. Z Gy moja marszruta prowadziła do Marnay, gdzie mialem odebrać nowy kredencjal, bagatela 8€. Szczęściem jednak w kwotę wraz ze znacznym naddatkiem, wyposażony zostałem przy wyjściu. Na tym kawałku drogi poznałem wagę niesionego na sobie błota. Potrójna gleba i minimum 3kg więcej. Marnay to spore miasteczko, zatem wejście pomiędzy kafeterie gościa utytłanego błotem wzbudziło na tyle duży niesmak, ze po 10 minutach opowiadałem sie żandarmerii kto zacz. Później bylo już tylko lepiej. Zupełnie plaska, pozbawioną wzniesień drogą dotarlem do Abbaye d'Acey. To kłopotliwe, bo zarówno miejsce jak i region noszą tą sama nazwę. Jednak moje Abbaye okazało sie być Cysterskim zakonem. Geograficznie, to 6-7 wzgórz po 500m z jednej strony i płaskowyż z drugiej. Wszystko przecięte linia TGV. Ktora chociaż rzeczywiście głośna, nie dawała takiego efektu jak startujące z pobliskiego lotniska samoloty myśliwskie. Słuchaliście kiedys choru gregoriańskiego? Tu każda msza wygląda na zywo dokladnie w taki sposób. Cudo, brak mi słów żeby opisać to co przeżyłem. Po ostatniej mszy, do budynku który dostałem trafił obiad. Było na tyle późno, że odpuściłem jedzenie i poszedłem do niedaleko położonej wsi Bresilley. Poznałem lokalnego Mera, nauczycielkę angielskiego aż w końcu dzieki wspomnianym trafiłem do miejscowej knajpy. Mówiąc knajpa sporo przesadzam, ot człek żyje z tego co inni zjedzą. Rozmawialismy i piliśmy do 2:30. Polska to piękny kraj dla inicjatywy. Tu, w przeliczeniu na nasza gminę jest określona ilość licencji na region na cofeeshopy, tabacshopy, restauracje i tawerny. Przy czym restauracja nie może sprzedać ci piwa bez posiłku. Pfffff. Z Abbey po całym dniu marszu górami trafiłem do miejscowości z której widac bylo szczyt konca mojej podróży. Chcąc nie chcąc, zrobiłem ta 500m gore niemal od zera. Kiedy dotarlem juz do katedry na Mount Roland okazało się, że nikogo tu od trzech lat nie przyjmują, zamknięte na skobel i tyle. Ponieważ jednak miejsce tkwi w okolicach stolicy regionu zacząłem pytać. Zaznaczyć tu muszę, że to nie jest, nie byla prosta rzecz, bowiem angielski obcym językiem jest niemiłosiernie. Po 20 min zatrzymała sie obok mnie kobieta i zaproponowała pomoc. Jak się później okazało, Pani tworzy grupę wsparcia, cos w rodzaju naszej fundacji, na rzecz pielgrzymów. Celem jest uruchomienie wielkiego budynku socjalnego na wzgórzu. Ponieważ jednak upłynie wiele wody zanim to się uda, zaczęliśmy szukac miejsca na tą konkretna noc. Nic! Nic, w efekcie czego wylądowałem w domu owej kobiety. Prysznic, ratatui, wyjście ekspedycyjne na miasto. Rano, zaraz po mszy, uzbrojony w 40€, szprotki, wielki chleb i kawałek sera ruszyłem. Ruszyłem do St-Jean-de-Losne. Zwyczajowo wszystko pozamykane. W biurze turystycznym (czasem przydatne) dowiedziałem się, ze 15 kilometrów dalej jest specjalnie zaaranżowany z mysla o pielgrzymach budynek. Była sobota wieczór, ale cóż robic. Wiedząc juz, ze nocleg mam zapewniony nawiedziłem otwarty market i uzbrojony w zapas jedzenia i picia ruszyłem w drogę. Na miejsce dotarlem w okolicach 22. Przerobiony ze starej stodoły domek, był tak dobrze ukryty w małym lasku, że zajęło mi z piętnaście minut zanim stanąłem przed drzwiami. Kod do zamka który otrzymałem zadziałał bez problemu. A w środku... 2 lóżka, prysznic, pelna i gotowa do użycia kuchnia. Z miejscem pożegnałem się w poniedziałek rano, wieczorem zaś trafiłem do Beaune. W informacji turystycznej dowiedziałem się, że na darmowy nocleg raczej nie mogę tu nigdzie liczyć. Ponoć dwa dni wczesniej ktos juz próbował i nic z tego nie wyszlo. Ja znalazłem po niecałych 20 minutach. Rzeczywiście może i bez rewelacji ale najważniejsze ze pod dachem i z bieżącą wodą. Ponieważ po ostatnich dwóch nocach spędzonych w wygodnym lózku, Tylek nieco odzwyczaił się od twardej podłogi, wstałem o piątej i sprawdziwszy na mapie obrałem kierunek na Givry. Na 3 kilometry przed miejscowością szlak skręcił w kierunku najwyższego wzniesienia. Upal niemiłosierny, droga pod górę usłana kamieniami różnej wielkości a końca nie widać. Pod kościołem znalazłem się około 20. Znalazłem księdza, pieczątkę, za to w temacie miejsca pojawił sie problem. Po namyśle dostałem jednak małą salę na zapleczu kościoła. Niestety bez wody tym razem. I tu właśnie spełniły się wilgotne chustki ;) . Przyszło mi do głowy, ze wato chyba napisać coś o samej drodze. O ile polskie drogi mogą być z powodzeniem okrzyknięte torem testowym dla zawieszeń i ogumienia, o tyle francuskie drogi piesze to istna wykańczalnia obuwia. Błoto, grys, ost z re kamienie, mokra trawa robią swoje. Nie pomaga impregnacja, czyszczenie czy jakakolwiek inna kosmetyka.
. ............
No Maciek, rzeczywiście ta 35km aleja do Taize była świetna. Ponieważ jako pielgrzym, dostałem tu darmowe miejsce do spania wraz z aprowizacją dalej juz nie poszedłem. Wielki obóz zapełniony był ludźmi w różnym wieku. Przeważającą jednak grupa wiekowa była hałaśliwa dość internacjonalna młodzież. Po rejestracji, wchłonąłem podwieczorek, wziąłem prysznic i zrobiła sie 19, czas zatem na kolacje a właściwie obiadokolację, po której wszyscy ruszyli w stronę kościoła.. Zjawiskowa msza z udziałem 2-3 tysięcy osób, odprawiona w wielu językach robi niesamowite wręcz wrażenie i daleka jest od celebracji w Polsce. Po zakończeniu cala gawiedź wypłynęła kilkoma rzekami wprost do baru :) . Pokręciłem sie chwile, jeszcze jeden prysznic a ponieważ pokój który zajmowałem nie posiadał żadnego zamknięcia, później nie wychodziłem juz nigdzie. Ouuuu ten obiad to mila odmiana po puszkach. Rano tuż po śniadaniu ruszyłem dalej asfaltowa ścieżka w kierunku Cluny. Chociaż cień byl rzadkością, te 15 km zrobiłem dość szybko i gdzies w centrum miasteczka znalazłem informacje turystyczna a w niej... A w niej dziewczę zaraz po szkole które nie wiedziało dokladnie nic! Wspólnymi siłami znaleźliśmy namiastkę mapy, na odchodne zaś zapytałem o drogę wyjścia z miasta. Ten błąd kosztował mnie 2h błądzenia po górach, powrót do miasta i kolejne góry. W efekcie tego zamieszania, gubiąc absolutnie szlak, około 17 znalazłem się na jakiejś farmie koni. Znalazłem kogoś własnego, zapytałem o miejsce i noc spędziłem na małym wybiegu do koni obleczonym taśmami elektrycznego pastucha. Nie ma możliwości by ta trasę pokonać idealnie tak samo jak Maciek, granice pól są płynne i w zależności od widzi misie koniunktury i włodarzy drogi pojawiają sie w jednych a giną w innych miejscach. Staram sie Maćku odwzorować kierunek, ale wiesz..... sam szedłeś to co ja będę tłumaczył. Wytłumaczyć nogę natomiast co cie tak użarło, mogę bo mam tą samą przypadłość, z ta jednak różnicą, ze ja widziałem oprawce. Bol stawu kolanowego i mięśni z tylu uda, zaś w miejscu ukąszenia po 2 dniach zaczął się tworzyć spory, podszyty płynem bąbel. To to latające, wielkości sporego szerszenia ubarwione na czarno pomarańczowo. Nazwy jednak nie znam. Zauważyłem, że przelatują 2-3 razy i jesli obiekt interesujący nie jest odlatują. Tego dnia kiedy, mieliśmy nieprzyjemność sie poznać bliżej suszyłem jazgotliwie pomarańczową koszulkę z tylu plecaka :( . Zawsze zastanawiałem się co może dać taka droga. Cztery, pięć miesięcy samotności, ciężkie odcinki a w końcu zmaganie sie z problemami tak podstawowymi dla nas jak śniadanie czy prysznic. Kiedy przestaje być juz łatwo, kiedy ogarnia mnie jakaś beznadzieja sytuacji, zawsze znajduje się jakies wyjście. Podobnie jak Maciek pocieszam się rzeczami na pozór błahymi, tym co widziałem, nowymi znajomościami czy choćby bieżącą woda. I o ile przejście Czech, Niemiec czy w końcu Alzacji, bez jakichkolwiek pieniędzy jest rzeczą łatwą, banalną wręcz, o tyle od konca Burgundii, zaczynam cieszyć sie absolutnie wszystkim. Czereśnie skończone, zaczęły się mirabelki i figi, poziomek nie polecam ;) , chyba że macie duży zapas papieru. Ach właśnie, ponieważ wode nosze zawsze w 1,5l butelce po coli (odporność na zniszczenia), nie polecam również przelewania sangrii do owej butelki. Posiadanie wody przy 32st w cieniu to rzecz istotna.(sprawdziłem)
Rano po 4km znalazłem parking z umywalnia, a 20km dalej w miejscowości Tramayes, działająca informacje turystyczna. Zaopatrzony w mapy, adresy a co chyba najważniejsze lokalizacje noclegu ruszyłem w stronę St. Jacques-des-Arrets. Ponieważ teren byl mocno górzysty, wymyśliłem sobie marsz asfaltem. Piekło na ziemi, caly czas otwarta przestrzeń, zero cienia. Kiedy juz doczołgałem sie do miejscowosci, dowiedziałem sie, ze miejsce o które pytam jest 2km w przeciwnym kierunku tyle ze szlakiem. Zapomniano jedynie wspomnieć o wzniesieniu po drodze. Kiedy dotarlem na miejsce przywitał mnie radosny pies, słowem pusto. Po godzinie pojawiła się gospodyni wskazała sale do spania, a po 10 minutach przyniosła cala michę makaronu z warzywami, mniam. Chcąc sie jakkolwiek odwdzięczyć umyłem jej samochód, opieliłem maliny i kiedy mialem juz konczyc zawołała mnie na obiadokolację. Jak się później okazało, ta starsza Pani była malarka, malowała jednak ściany, artystycznie rzecz jasna. Jesli komukolwiek przyjdzie do głowy pokonanie tej trasy w taki sposób, to to miejsce absolutnie polecam. Wieczorem starsza Pani, zapytala o której zaczynam marsz. Odpowiedziałem, ze będzie to pewnie przedział 5-6 rano. W odpowiedzi usłyszałem, ze w takim razie kiedy ona sie obudzi i zobaczy słońce, będzie wiedziała, że ja już wędruje. Pożegnaliśmy się zawczasu i poszedłem spać, nie spodziewając się nawet co czeka mnie rano. Góry, góry i raz jeszcze góry. Po 650-800m, przerywane naturalnie dolinami. Żeby urozmaicić sobie bardziej ten jakże pogodny dzien pomyliłem drogę nadrabiając 11km i kolejna górkę. Okolo 19 dotarlem do Belmont. Tu niestety żadnego noclegu nie udało mi się namierzyć, za to dostałem adres księdza z miejscowosci położonej 6km na północ. Zupełnie nie po drodze, ale ryzyko trzeba było ponieść. Ksiądz rzeczywiście był, ale ni w ząb w żadnym prócz francuskiego nie władał. Posiadał za to ,urocze miejsce do spania, byla bieżąca woda! Zanim na dobre zdążyłem sie rozłożyć, przyszedł ponownie z cala tacą paszy :) . Zastanowiło mnie po co do sera łyżka, chwile później wskazał mi odpowiedz w postaci lodówki w której prócz masy nisko oprocentowanego "chłodziwa", stały LODY!!!. Rano posprzątałem, zostawiłem kartkę z podziękowaniem i ruszyłem do Charlieu

[ Dodano: 2016-07-11, 20:52 ]
Poniewaz Charolles na szlaku nie leży zupełnie, co moim zdaniem jest co najmniej dziwne, jako że w herbie ma trzy przegrzebkowe muszle, mogłem wrócić do Belmont albo pokonać trasę asfaltem. Wstałem na tyle wcześnie by upal nie był mocno doskwierający, wybrałem wiec 18km asfaltu. Na miejsce dotarlem okolo 9:30 i zaopatrzony w kolejna mapę, pieczątkę i butelkę wody, judzony perspektywa snu w kolejnym cysterskim klasztorze ruszyłem do La Benisson-Dieu. Tablica informacji miejskiej pokazywała 36st w cieniu. I tak dokladnie pokazywały solne osady na mojej koszulce. Na cale szczęście, poza kilkoma pierwszymi kilometrami, które tradycyjnie obfitowały we wzgórza i doliny, reszta dnia upłynęła na naprawde miłym leśnym spacerze. Łudząc się, jak się miało okazać, perspektywa kolejnego miłego noclegu w abbaye, nieco się rozczarowałem widząc jedynie zgliszcza klasztoru przyklejone do tylnej ściany kościoła. Natychmiast niemal dowiedziałem sie również w lokalnej informacji turystycznej, że o noclegu nie ma tu co marzyc. Zasiadłem zatem na szerokiej ławce znajdującej sie tuz obok wejścia i postanowiłem odpocząć w miłym cieniu wielkiej akacji. Turyści przyjeżdżali i odjeżdżali a po nich kolejni. Warto dodac, ze kościół jest jakimś szczególnym miejscem dla pielgrzymów, czego niezbicie dowodzą wszelakie Jakubowe insygnia którymi jest udekorowany. Odwróciłem więc plecak tak, by wielka przegrzebkowa muszla stała frontem do klienta i juz po chwili mialem pierwszego rozmówcę. Ustawiłem wiec muszle w poziomie wrzuciłem doń ostatnia drobnicę jaka posiadałem, i kram ruszył ;) . Po 30€ do jednego z domów przyległych do kościoła podjechał samochód a z niego wysiadło 3 księży. Po krótkiej rozmowie dowiedziałem się, że to co zostalo z klasztoru jest teraz przekazywane na rzecz katolicko ekologicznych rodzin. Wstrzeliłem się w moment kiedy miał być spisywany statut i jako jedno z założeń padla myśl o zawsze wolnej celi dla 2-3 pielgrzymów. Ha! Jestem pierwszy. Cudowny dzien zakończył sie ciepłym sytym obiadem, szkoda że wszystko było pozamykane. Wieczorem wszyscy poszliśmy obejzec finalowy mecz, a jako, ze wszyscy nastawieni byli na pewne zwycięstwo Francji, rozsiedlismy sie wygodnie przy suto zastawionym stole przyjaciela moich nowych znajomych. Fety niestety nie bylo, ale spać poszedlem z wyjątkowo pełnym brzuchem.
Nie żeby to był jakikolwiek problem, ale od Taize ktoś wyprzedzał mnie o jeden dzien, dzis jednak albo zrezygnował albo wybrał asfalt, gdyż ścieżka w lesie była tak porośnięta pajęczynami, ze niemal niemożliwością byloby przejście bez dewastacji

[ Dodano: 2016-07-11, 23:21 ]
Padac zaczelo zaraz po wyjściu, zostawiłem zatem szlak i zyskując jakies 25km poszedlem asfaltem. Założyłem sobie, że dotrę do St. Maurice nad Loarą i rzeczywiście okolo 16 tak tez sie stało. Śmiało mogę powiedziec, że z dotychczasowej trasy, pomijając Alzację rzecz jasna, to chyba najpiękniejszą miejscowość. Położona na wzgórzu (czytaj urwisku) tuz nad brzegiem rzeki, z malowniczymi uliczkami i pozostałościami zamku z XIIw. Dwa kościoły oba niestety puste, wyjście awaryjne Informacja turystyczna. Miejsca do darmowego spania i owszem są jednak w czasie mojej bytności właściciele byli na wakacjach. Dziewczę w informacji dwoiło się, troiło i..... nic. Ponieważ zbliżała sie burza stałem smętnie patrząc z nadzieja jak wykonuje kolejny telefon. W końcu odpuściła i zaprosiła mnie do siebie ;) . Po kolacji siedziałem z jej chłopakiem do konca trzeciej butelki wina, rozmawiając o trasie, cenach, oponach i co to tam nam jeszcze do głowy przyszło
 
     
Dźwiedź 
brat cebka


Pomógł: 6 razy
Dołączył: 22 Wrz 2013
Posty: 689
Skąd: GoldenCity
Wysłany: 2016-07-12, 11:47   

Podbije temat bo zaraz ceezetowi poemat wyjdzie :-D
Powodzenia i czekam na dalsze relacje.
_________________
BUK, HUMOR i DZICZYZNA
 
     
ceezet 

Dołączył: 14 Maj 2016
Posty: 18
Skąd: Poznań
Wysłany: 2016-07-17, 21:27   

Minąłem Le Puy. Dzisiejsza noc w St. Alban.
Pozdrawiam
 
     
Apo 
WATAHA Z POPRAWCZAKA


Pomogła: 6 razy
Wiek: 32
Dołączyła: 28 Lis 2011
Posty: 731
Skąd: Lasy Pomorza
Wysłany: 2016-07-21, 22:12   

Podbijam też. Sądzę, że sporo osbó czyta, ale nie bardzo wiemy co komentować ;)
_________________
look deep into nature and then you will understand everything better

I've got the power to fly into the wind, the power to be free to die and live again. This power's like fire, fire loves to burn!
 
 
     
ceezet 

Dołączył: 14 Maj 2016
Posty: 18
Skąd: Poznań
Wysłany: 2016-07-25, 20:09   

Następnego dnia rano, z niewytłumaczalną suchością w ustach, chwile po sutym śniadaniu przygotowanym dla mnie przez właścicieli, po spakowaniu aprowizacji (w tym butelki lokalnego wina i paczki Camel'i) ruszyłem do Dance. Z górki było tylko przez chwile, później pomimo 16 st pociłem się niemiłosiernie podchodząc pod kolejne wzniesienie. Z Benedyktyńską wręcz dokładnością zaplanowano ten odcinek prowadząc go meandrami najwyższych w okolicy wzniesień. Widoki w istocie zapierają dech, podobnie jak zmęczenie :) . I kiedy jesteś juz na szczycie i masz wrażenie, ze to najwyższe wzniesienie w okolicy pól godziny później patrzysz nań z góry stojąc na kolejnym. Po wczorajszym deszczu wybrałem dłuższą asfaltowa drogę, wiele tym nie wskórałem, zaczelo lać. Zrobiłem swoje minimum, jednak okazało się, że w Pommiers na spanie nie ma co liczyć. Postanowiłem iść w bok do najbliższego większego miasteczka. W oczekiwaniu na księdza spędziłem 3h w kościele, niestety innych miejsc osłaniających przed deszczem Saint Germain nie posiada. Ksiądz nie dyskutował, nie zastanawiał sie czy może, czy ma itd. Zaprowadził mnie do małej salki na drugim końcu miasta, zapytał czy mam co jeść. Po godzinie pojawił sie z prowiantem i zaprosil na poranna kawę.
Rano padało, nie zrażony jednak tym faktem ruszyłem w kierunku Montbrison. Zdążyłem ledwie wyjść poza granice miasta, i zatrzymał się koło mnie biały belgot. Kobieta w środku zapytala dokąd idę w taki deszcz, i zaprosiła do środka. Dwa razy nie musiała prosić. Jak się później okazało ojciec Barbary urodził sie w Polsce. Ponieważ dolina Loary obfituje w różnego rodzaju zamki, postanowiła pokazac mi okolice. Zwiedziłem chyba wszystko w promieniu 50km. Na koniec tej wycieczki, zapytala czy mam nr telefonu, bo ona koniecznie musi sprawdzić czy mam gdzie spać tej nocy. Powiedziałem, że telefon jako taki posiadam, niestety bez karty. Podjechała na pocztę, zakupiła i naładowała mi kartę z nakazem wieczornego kontaktu. Sama zaś pojechała do domu szukac starego namiotu który mogla by mi śmiało oddać. Wieczorem dotarlem do Monbrison, znalazłem informacje turystyczna wyzuta ze wszelkiego rodzaju map, posiadająca za to mnóstwo wszelakiej maści ofert noclegu dla pielgrzymów. Ponieważ jednak mnie interesowały wyłącznie darmowe znalezienie konkretnego miejsca chwile zajęło, najważniejsze jednak, że COŚ było. Dwa dni później dotarlem do Le Puy. Było juz strasznie późno 20-21. Jedyny kościół w tym sporym miescie znajdował się naturalnie na szczycie jedynego w okolicy wzniesienia, ale cóż zrobić, jak mus to mus. Kościół, a właściwie kompleks katedralny to labirynt wznoszących sie na zboczu uliczek, porośniętych ściśle przylegającymi do siebie kamienicami. Na samym szczycie, ponad całą tą plątaniną, po wejściu na imponujące schody, znalazłem wejście do katedry. O ile główne było zamknięte, o tyle wszystkie boczne stały nadal otworem. Kiedy wszedłem do środka, pierwsza rzeczą jaka rzuciła mi się w oczy, była sciana obłożona plecakami i wypełniona ludźmi katedra. Nie czekałem jakos specjalnie długo. Chwile po wejściu podeszła do mnie siostra zakonna i chwile później szedłem juz w kierunku budynku z miejscami noclegowymi do pielgrzymów. Ponieważ byłem absolutnie pierwszym Polakiem który dotarł do tego miejsca od poczatku jego istnienia, mój kredencjal stał się nie lada ciekawostką. Zasady panujące wewnątrz byly proste. Zakaz wnoszenia plecaków do dormitorium, koniec dnia o 23 a pobudka o 6:30. Buty należało zostawić w specjalnym miejscu (wszedłem tam tylko dwa razy ;) ). Wszystkie te zasady miały na celu separacje wszelkiego robactwa od miejsc do spania, czytaj pluskiew. Po śniadaniu wszyscy ruszyli do kościoła, a chwile później w drogę. Tego dnia zamieniło się chyba wszystko. Do tej pory widzialem tylko jednego pielgrzyma, teraz ruszyło nas 40. 40 w tym Andreas. Od tego momentu szedłem wraz z nim. Po 2h marszu na naszej drodze pojawił się człowiek z organizacji zajmującej się znakowaniem szlaków. Po krótkiej rozmowie postanowił wskazać nam przebieg starego, o wiele krótszego szlaku. Łamanym angielskim wytłumaczył nam również gdzie możemy sie przespać. Etap specjalny, kończył sie na dnie doliny w malej miejscowosci pozbawionej absolutnie wszystkiego, w której za jedyna oznakę cywilizacji uznać można światła które zapaliły się po zmierzchu. Monistroll posiadało za to urocze wręcz miejsce na nocleg. Wykoszona trawa w pobliżu niewielkiego jeziora wydawała się być doskonałym miejscem na nocleg. Pomijając nocna zabawe w podchody młodzieży z pobliskiego campingu, wszechobecną wilgoć rano i przeraźliwe wręcz zimno, bylo świetnie. Obudziłem sie z zimna około 4, bez wahania rozpaliłem ognisko a po pól godzinie obudziłem Andreasa. Tego dnia droga oscylowała pomiędzy 700 a 1400m, najwyższym wzniesieniem byl pierwotnie niepozorny pagórek, jednak jak się później okazało wysokością wiele od Śnieżki nie odbiegal. Doszliśmy do Saugues. Sklep niestety jeden i to tez niewielki, zatem z karmnika nici. Próby pasywnego żebractwa spełzły na niczym. Moje próby. Andreas preferował żebractwo aktywne i po godzinie wrócił z 10€. On wrócił, ja poszedlem, poszedlem szukac księdza. Po kilku minutach znalazł się sam, niemal zderzylismy sie na ulicy. Poprosiłem o pieczątkę i zapytałem grzecznie czy czasem nie posiada czegos do jedzenia. Wytłumaczyłem mu sytuacje w jakiej jestesmy i po kilku minutach maszerowaliśmy we trójkę do restauracji. Restauracja a właściwie jadłodajnia byla prosta, długa sala z trzema rzędami stołów, i kontuar baru. Ksiądz zapłacił za nas, my grzecznie podziękowaliśmy i na tym zakończyliśmy nasza znajomość. Jedliśmy i piliśmy ponad 2h, ciężko opisać co bo bylo tego zbyt wiele. Wystarczy, ze niewątpliwymi gwiazdami dnia stały się: wielki kawal schabu i dwie butelki wina. Wychodząc z miasta trafiliśmy jeszcze na imprezę rugbystow. Popiwszy obficie piwem żeberka z grila ruszyliśmy do La Clauze. Tym razem to nie słońce pogoda czy góry przeszkadzały nam w drodze :) . Na miejscu zastaliśmy spory kamienny domek, z wielkim stołem i ławami przystosowanymi do spania. Rano po kilkunastu kilometrach asfaltem dotarliśmy do St. Alban. Skacowani, zmęczeni usiedliśmy pod pustym kościołem. Poszedlem popytać i trafiłem na Miję i jej chłopaka. Po krótkiej rozmowie pomogli nam znaleźć darmowy nocleg z pasza. Następnego dnia rozpoczęliśmy marsz przez L'Arubac, ponoć najpiękniejszy region Francji. Faktycznie przepiękny, dziewiczy krajobraz, przerywany czasem murami z usypanych kamieni, stanowiącymi granice pomiędzy kolejnymi pastwiskami. Dość strome podejścia i upalne słońce nie byly w stanie zniweczyć odczuć piękna tej okolicy. Do Arubac dotarliśmy koło 17, w informacji turystycznej przemiła Pani znalazła nam miejsce do spania. Niestety dość odlegle i zupełnie nie na szlaku, jednak na cale szczęście obiecała nam transport. Okolo 19 zabrała nas do Abbaye de Bonneval, zabrała nas do fabryki czekolady ;) . Klasztor sióstr Benedyktynek słynie w okolicy z produkcji wyśmienitej czekolady. Na miejscu przywitał nas człowiek opiekujący się pielgrzymami. Okazuje się, ze dość często mylą oni szlak w górach i calkiem przypadkiem schodza w to urocze miejsce. Przez Espalion Sebrazac dotarliśmy następnego dnia do Estaing. W domu pielgrzyma ciepła micha i równie cieple przyjęcie. Andreas dostal od prowadzących śpiwór i karimate. A po pewnym czasie obaj otrzymaliśmy od ludzi 60€. Kolejny dzien zakończyliśmy w Espeyrac, gdzie wraz właśnie poznanym, francuskim odpowiednikiem Tonego Halika spaliśmy w pokojach gościnnych 1,5km od szlaku. To, ze spaliśmy w łóżkach, ze prysznic, to absolutnie nic. Jedliśmy i piliśmy wino figowe do 2 nad ranem. Rano, po autentycznie rzewnym rozstaniu, bogatsi o 100€ i zapas jedzenia, poszliśmy w swoja droge. Conques to niby tylko 20km, jednak 20 po stromych górach. Tego dnia padało, właściwie to już nie byl deszcz to co padało rozpatrywać należy w kategoriach prysznica. Sklep? Nie, jak zawsze we Francji nic, pusto, piekarnia czy rzeźnik, raz na 10km o ile dobrze trafisz. Ale Conques zdobyliśmy. Jedyny problem polegał na tym, że to miasto docelowe dla tych którzy swój urlop zaczynają w Le Puy i nie ma mowy o donativo. Wychodząc z założenia, że kto nie ryzykuje ten nie ma, poszliśmy do hotelu dla pielgrzymów i juz po chwili leżeliśmy w dormitorium z kwitkiem na posiłki. Conques żyje tylko z pieniędzy turystów a ponieważ tych jest tu ich cala masa wiec i ceny wszystkiego są bardzo wysokie. Kiedy wychodziliśmy rano z miasta minął nas zakonnik, odwrócił sie nagle i pozdrowił nas zwracają się do każdego po imieniu. Szczęka mi opadła ponieważ widzieliśmy go po raz pierwszy. Wyjście z miasta to kolejne obowiązkowe podejscie pod 600m górę, wyjątkowo bolesne podejście. Już po pierwszym odcinku zmieniliśmy plany i dalej dreptaliśmy juz asfaltem. W sumie wyszlo doskonale, bo widoki wręcz bajkowe. Zgodnie z mapą to było ostatnie podejscie tego dnia, pod gore przestaliśmy iść około 14;). Decazeville przywitało nas kolejnym prysznicem co w sumie działało na nasza korzyść. Zostawiając Andreasa w kościele poszedlem szukac noclegu. Nieco przemoczony znalazłem informacje turystyczna. Urocza kobieta bardzo przejęta naszym losem natychmiast zaczęła poszukiwania miejsca. Niestety jedyne w okolicy miejsce donativo bylo akurat nieczynne w sobotę. Uśmiechnęła sie tylko i powiedziała, ze miasto ma miejsca dla biednych i zagrożonych ludzi. Niestety i tu nikt nie odbierał. Susane zaczęła się strasznie tłumaczyć, w miescie tego dnia miała sie odbywać wielka feta na cześć patrona, a co za tym idzie wszyscy pochłonięci byli przygotowaniami. Żeby przestała się stresować zaproponowałem, ze pójdę poszukać księdza i jesli go nie znajdę wrócę do niej. Wróciłem po pól godzinie i juz od progu widziałem jak się radośnie uśmiecha. Powiedziała, ze znalazła dla nas rozwiązanie. Otóż, powiedziała, tu masz pieniądze które zebrałyśmy miedzy sobą, a ja juz wiozę cie na kwaterę. Mam nadzieje, że wystarczy na dwie noce dla dwóch osób. Zajrzałem dyskretnie do koperty i zdębiałem. Dostaliśmy od zupełnie nam obcych ludzi 50€ na nocleg i zakupy. Francuzi to miły naród, do takich wniosków doszliśmy przy 3l Sangrii. Ponieważ kolejny dzien zapowiadał się wyjątkowo upalnie a szlak miał się ciągnąć pod górę przez caly dzien, wystartowaliśmy okolo 6 rano. Okolice wręcz bajkowe, wielkie kaniony przeplatane wstążkami mniejszych i większych rzek. Nic tylko łazić tu z aparatem. Późnym popołudniem dotarliśmy do Figac, a ponieważ na mojej liście darmowych miejsc w tym mieście były aż trzy punkty ignorowaliśmy wszelkie donativo po drodze. W pierwszym z listy spanie bylo rzeczywiście darmowe, warunkiem bylo jednak wykupienie jedzenia,bagatela po 50€ od głowy. Drugi był nieczynny, dezynsekcja. A trzeci najnormalniej w świecie pełny. Stanęliśmy jednak przed tym ostatnim z nadzieja, ze może się jednak nad nami zlitują. Oni nie, natomiast ludzie którzy znali nas od Le Puy zaczęli dyskusje na nasz temat z opiekunem. Po 15 minutach mieliśmy juz lóżka. Tuz po śniadaniu Andreas dostal od prowadzących nowy 45litrowy plecak i po przepakowaniu ruszyliśmy tradycyjnie pod górę. Jak się okazuje nie tylko my zauważyliśmy to zjawisko. Każdy mijany pytal czemu codziennie powtarza sie ta sama historia, budzisz sie i wiesz, ze czeka cie wejście
 
     
Młody 
161 crew


Pomógł: 12 razy
Wiek: 27
Dołączył: 01 Sty 2009
Posty: 911
Skąd: Tychy
Wysłany: 2016-07-25, 23:03   

Podziel ten łam na akapity kolego, bo tego się nie da czytać ;-)
_________________
Forum to nie agencja towarzyska-NIE DOGODZIMY KAŻDEMU !

Życie należy przeżyć tak, aby gołębie przelatujące nad Twoim grobem zesrały się z wrażenia.
https://www.fasttrans.com.pl/
 
 
     
Dźwiedź 
brat cebka


Pomógł: 6 razy
Dołączył: 22 Wrz 2013
Posty: 689
Skąd: GoldenCity
Wysłany: 2016-07-26, 16:05   

Młody, - może z takiego ustrojstwa pisze że się nie da edytować po ludzku. Czasem w terenie tak jest :-(

cezet - jak to czytasz to wysyłaj krótsze teksty a my postaramy się na bieżąco podbijać temat by z twoich relacji nie wyszedł poemat. Bo Młody ma rację - czytać się tego nie da.
_________________
BUK, HUMOR i DZICZYZNA
 
     
vojwoj 

Pomógł: 1 raz
Wiek: 53
Dołączył: 17 Maj 2011
Posty: 73
Skąd: Gliwice
Wysłany: 2016-07-26, 17:24   

A może moderator by podzielił?. Sądzę ,że ceezet nie miał by nic przeciwko :)
 
     
ceezet 

Dołączył: 14 Maj 2016
Posty: 18
Skąd: Poznań
Wysłany: 2016-07-27, 16:20   

Cóż, pewnie, że nic przeciwko nie mam. Ba! powiem więcej jeśli znajdzie się chętny do wrzucania zdjęć z chęcią podam link do nich. Doskonale zdaje sobie sprawę z jakości tego co wklejam, jednak pisze to czasem późnym wieczorem, a czasem w czasie przerwy na pasze. Dlugie? I owszem w tym dziwnym kraju internet należy traktować jak dopust Boży :D . Pozdrawiam
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,26 sekundy. Zapytań do SQL: 10